Zadziwiający i wprost uderzający jest proklamowany dzisiaj fragment Listu, jaki kiedyś napisał św. Paweł do swego ucznia, później biskupa Tymoteusza. Św. Paweł traktował Tymoteusza jako swoje umiłowane dziecko, zrodzone przez Ewangelię. Łączyły więc ich bliskie więzy przyjaźni i doświadczenia łaski w Jezusie Chrystusie. Apostoł napisał do Tymoteusza jako biskupa Efezu dwa listy. Pisał do niego z całą serdecznością przekazując mu to, co uważał za najistotniejsze. Ważne jest już to, jak w pierwszym z tych listów przedstawia się. Właśnie to słyszymy podczas liturgii 24. Niedzieli roku C.

Najpierw, nawiązując do faktu powołania do misji apostolskiej, św. Paweł mówi z wdzięcznością, którą w szczególny sposób motywuje wspomnieniem tego, kim on był w momencie powołania. To wtedy – niewątpliwe odniesienie do wydarzenia pod Damaszkiem – jak pisze Jezus Chrystus:

uznał mnie za godnego wiary,
skoro przeznaczył do posługi sobie mnie,
dawniej bluźniercę, prześladowcę i oszczercę.

Bluźnierca uznany z godnego wiary

Zaskakujące jest to zestawienie: ktoś, kto był bluźniercą, prześladowcą i oszczercą, zostaje wybrany na świadka godnego wiary. Między jednym a drugim stanem (sytuacją życiową i koncepcją życia) musiała dokonać się totalna przemiana.

W swoim Liście św. Paweł – zanim napisze przytoczone wyżej słowa – nie omieszkał wcześniej wyrazić swego stosunku do Prawa oraz do tych, którzy nie zachowują Prawa i postępują jako bezbożni i grzesznicy (1Tm 1,6-11). To jednak nie przeszkadzało mu określić siebie samego jako bluźniercę, prześladowcę oszczercę. W ten sposób też jakby poddał się wyrokowi, jaki czeka wszystkich przestępców.

A jednak

A jednak św. Paweł ma świadomość, że w nim dokonała się przedziwna przemiana. Przestępca został uznany za wiarygodnego świadka. Stało się to za łaską samego Boga przez Jezusa Chrystusa.

Dostąpiłem jednak miłosierdzia,
ponieważ działałem z nieświadomością, w niewierze.
A nad miarę obfita okazała się łaska naszego Pana,
wraz z wiarą i miłością, która jest w Chrystusie Jezusie
.

Jako Apostoł pisze list do swego umiłowanego ucznia, z którym łączyły go nie tylko więzy przyjaźni w Chrystusie, ale także poczucie odpowiedzialności, jaka spoczywała na Tymoteuszu jako biskupie. W ten sposób daje mu wskazania, jak patrzeć na przemianę człowieka dokonującą się w Chrystusie. Paweł wysuwa niejako na pierwszy plan właśnie to swoje doświadczenie przemiany z bluźniercy na wiarygodnego świadka.

Nie wydobywa na pierwszy plan innych swoich cech czy zasług, lecz to ze swej przeszłości, co mogłoby go dyskredytować, gdyby mu zależało na jego dobrym imieniu. Wprost przeciwnie: właśnie to eksponuje i tym samym pośrednio poleca swemu uczniowi – biskupowi, żeby też podobnie myślał o sobie.

Nie zapomina, kim jest

Jest uderzające to, co Paweł już jako Apostoł, który zwraca się do swego ucznia Tymoteusza – biskupa, a więc odpowiedzianego za kierowanie powierzonymi sobie chrześcijanami. Mówi o wielkości i godności tego, co głosi i co przekazuje Tymoteuszowi:

Nauka to godna wiary i zasługująca na całkowite uznanie,
że Chrystus Jezus przyszedł na świat zbawić grzeszników,
spośród których ja jestem pierwszy.
Lecz dostąpiłem miłosierdzia po to,
by we mnie pierwszym
Jezus Chrystus pokazał całą wielkoduszność
jako przykład dla tych,
którzy w Niego wierzyć będą na życie wieczne.

Trudno o bardziej wymowne a w pewnym sensie prowokujące przesłanie i świadectwo tego, co stanowi rdzeń chrześcijańskiej nauki. Apostoł i nauczyciel wiary przedstawia siebie jako grzesznika, który doświadczył miłosierdzia Bożego. To doświadczenie nie zdejmuje z niego prawdy o jego grzeszności, która została oświecona wielkodusznością przygarnięcia przez Jezusa Chrystusa.

Perspektywa

Tę swoją sytuację św. Paweł przedstawia jako przykładową dla wszystkich grzeszników. Jest to też wezwanie i propozycja dla każdego z nas: zbawionych grzeszników. Grzeszników przeżywających swoje zbawienie i tak – dzięki łasce Boga – mającymi udział w świętości Boga.

Na ile to pojmujemy, zostawiamy za sobą i zwlekamy z siebie to wszystko, co bezbożność i bezprawie oraz wszelkie zniewolenie grzechem. Za łaską Boga przeżywamy nawrócenie i wyzwolenia. To jest chrześcijańska perspektywa życia. To też jest pomoc w takim pojmowaniu i przeżywaniu siebie, by właściwie spotykać drugiego, bliźniego i w pokorze oraz wdzięczności za wielkoduszność Boga z tym bliźnim wchodzić w jedność i komunię tworząc Kościół jako wspólnotę odkupionych grzeszników, którzy doświadczają daru świętości od Boga.

Tego sobie życzymy i w tym się wspieramy jako grzesznicy, którzy poznali łaskę Boga i cieszą się komunią i jednością na drodze wyzwolenia i świętości.

Bp ZbK

Usiąść i obliczyć (23. Ndz C – 190908)

by bp Zbigniew Kiernikowski

Kolejna niedziela roku C stawia przed nami sprawę rozeznania naszej sytuacji ludzkiej z której jesteśmy powołani, aby wchodzić w rozeznawanie spraw wiążących się z zamysłem Bożym co do życia każdego z nas. Księga Mądrości mówi, że „mozolnie odkrywamy rzeczy tej ziemi”. Co prawda z  trudem, ale jednak poznajemy wiele rzeczy i prawd, które rządzą naszym życiem na tej ziemi.

Jest jednak jeszcze inny wymiar naszego życia, co do którego nie mamy innego dostępu niż przez Boże objawienie. To objawienie nie jest jednak zazwyczaj jakąś bezpośrednią informacją. Ono dokonuje się jakby na granicy styczności naszych możliwości z tym, co przekracza całkowicie te nasze możliwości.

Trzeba decyzji przekroczenia własnego horyzontu

Wydaje się być paradoksem, ale jest to głęboka prawdą, że właśnie tam, gdzie dochodzimy do kresu naszych możliwości jest dawana nam szansa i okazja, aby wchodzić w ten zakres przekraczający nasz „widnokrąg”. Nie dzieje się to bez naszego wysiłku, podejmowania decyzji a nawet swoistego ryzyka co do obecnego stanu posiadania, znajomości, zabezpieczeń itp.

Autor Księgi Mądrości mówi: Któż poznał Twój zamysł, gdy nie dałeś Mądrości. Chodzi właśnie o przekroczenie naszego widnokręgu (horyzontu) i skorzystanie z tej Mądrości, która na różne sposoby przychodzi do człowieka. Staje się to zazwyczaj w momentach i sytuacjach krytycznych.

Słowa Jezusa do idących za Nim

W wydaniu św. Łukasza słowa Jezusa skierowane do tłumu, który szedł za Jezusem są bardzo radykalne i bardzo jednoznaczne.

Wielkie tłumy szły z Jezusem.
On odwrócił się i rzekł do nich:
«Jeśli ktoś przychodzi do Mnie,
a nie ma w nienawiści swego ojca i matki,
żony i dzieci, braci i sióstr,
nadto i siebie samego,
nie może być moim uczniem.
Kto nie dźwiga swego krzyża,
a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem
.

Gdy wejrzymy w różnego rodzaju komentarze biblijne, znajdziemy cały szereg interpretacji tego tekstu. Zapisane przez Łukasza słowa Jezusa są jednoznaczne: mieć w nienawiści to wszystko, co zdaje się zabezpieczać życie człowieka i to w różnych wymiarach: uczuciowych, społecznych, materialnych itp. Ostatecznie także dotyczy to własnego życia. Czy człowiek jest w stanie to uczynić?

Racjonalna odpowiedź na to pytanie będzie zawsze w jakiejś mierze czy pod jakimś aspektem negatywna. Nie można bowiem skutecznie znienawidzić siebie, swego życia. Nie można świadomie brać na siebie krzyża, czyli tego, co człowieka niszczy (przyprawia o śmierć, o umieranie) i być przekonanym (wierzyć), że właśnie w ten sposób realizuje się siebie jako ucznia Jezusa.

A więc, o co chodzi?

Jak więc jest możliwe wypełnić to Słowo Jezusa? Albo właściwej formułując to pytanie: Jak jest możliwe przyzwolić na wypełnienie się tego Słowa w człowieku?

W dwóch kolejnych obrazowych przypowieściach i w końcowym (rekapitulującym) słowie Jezus daje klucz do właściwej drogi, na której należy szukać rozwiązania, czyli sposobu podejścia do tego ewangelijnego wezwania.

Jezus mówi, że mający zamiar budować wieżę czy mający wyruszyć, by stoczyć bitwę, najpierw usiądzie, zastanowi się i obliczy, czy będzie w stanie sprostać zadaniom, którym zamierza stawić czoła. Trzeba więc usiąść, rozważać i podejmować stosowne decyzje. Ale jakie?

  • Jeśli widzi, że nie ma wystarczających środków, by zbudować wieżę, to zapewne nie będzie rozpoczynał budowy.
  • Jeśli widzi, że nie da rady stawić czoła silniejszemu wojsku, wyprawia poselstwo, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o warunki pokoju.

A Jezus konkluduje: Tak więc nikt z was, jeśli nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem.

Co to oznacza?

Trzeba usiąść (naturalnie można uklęknąć czy nawet – jeśli sytuacja jest tak bardzo angażująca ­ –  leżeć krzyżem) i obliczyć, czy stać mnie na takie konkluzje, w których będzie jasno wynikało, że nie stawiam na żaden z przejawów i aspektów moich możliwości, lecz na umiejętność wyrzekania się wszystkiego, ze względu na związek z Jezusem.

Ten związek z Jezusem i intensywność tego związku poprowadzą mnie do „znienawidzenia” czyli odrzucenia wszystkich typów zależności (oparcia) od moich bliskich i od tego, co posiadam czy tego, co jest w mojej władzy (mam do swojej dyspozycji).

Co znaczy obliczyć w oparciu o Jezusa?

Efektem tych moich „obliczeń” musi ostatecznie być coś w rodzaju: w miarę tego, jak poznaję moc Jezusa, jestem gotów krok po kroku zostawiać wszystko, co jest w mojej mocy i co jest przejawem (tylko) mojej mocy, aby doświadczać mocy Jezusa. To On, czyli Jego moc płynąca z Jego „ukierunkowania” ku Jerozolimie  i Jego wejścia do Jerozolimy, gdzie podda się wydarzeniom Męki i Śmierci na krzyżu i ostatecznie zmartwychwstanie, pozwala mi zwyciężać silniejszego wroga (tego, który nadciąga z dwudziestoma tysiącami) czy tak wszystko rozpoczynać i budować, żeby (właściwa) wieża była ukończona.

Nadto, abym umiał się uczyć prawdy o tym, że czasem de facto będę budował tylko pozornie na Jezusie. To jednak jeszcze nie tragedia. Naturalnie, o ile wtedy też będę umiał przyjmować drwiny, podobne do tych, jakie i Jego spotkały: „Ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał wykończyć”. To też mnie może a nawet musi spotkać. Jezus co prawda nigdy nie budował na siebie, tylko pełnił Wolę Ojca. W tym jednak nie był przez wielu zrozumiany a nierzadko wyśmiany i wydrwiony.

O tym muszę pamiętać, że tak wydrwiono mojego Pana, Jezusa, za którym decyduję się kroczyć: „zamierzał burzyć przybytek i w trzech dniach go odbudowywać”, „innych ratował, a samego siebie nie może zbawić” (zob. Mt 27,42: Mk 15,29-31; Łk 23,35). Jezus jednak stoczył inną walkę, niż te, których my ludzie oczekiwaliśmy. Była to walka zwycięska prze akceptację przegranej na krzyżu. W zmartwychwstaniu odbudował święty przybytek spotkania z Bogiem. Przegrywając na krzyżu w oczach świata ratował wszystkich, którzy niewłaściwie walczą o swoje życie i je budują na niewłaściwych fundamentach.

Jezus przestrzega mnie w dzisiejszej Ewangelii przed niewłaściwym podchodzeniem do realizowania czegokolwiek w Jego imię i daje mi szansę oraz wskazuje drogę, jak przeżywać skutki moich niewłaściwych decyzji – szczególnie tych, co do których byłem przekonany, że czyniłem je w Jego imię, ale de facto nie były całkowicie oparte na Nim.

Pozdrawiam

Bp ZbK

Choroba pyszałka (22. Ndz C – 190901)

by bp Zbigniew Kiernikowski

Liturgia 22 Niedzieli roku C stawia nas przed wezwaniem o prostotę, pokorę prawdę w naszym życiu. Autor księgi „Mądrość Syracha” takie oto daje nam rady:

Synu, z łagodnością prowadź swe sprawy,
a każdy, kto jest prawy, będzie cię miłował.
Im większy jesteś, tym bardziej się uniżaj (. . . ),

Na chorobę pyszałka nie ma lekarstwa,
albowiem nasienie zła zapuściło w nim korzenie

Wizja niebieskiego zgromadzenia

Naturalnie, jako wierzący, wiemy, że nie chodzi tylko o przymioty jakoś wypracowane przez człowieka, ale także – a właściwie przede wszystkim – o to, jak te i podobne przymioty mogą powstawać w wierzących dzięki ich odniesieniu do Tajemnicy Jezusa Chrystusa: Dzięki przystąpieniu do Pośrednika Nowego Testamentu /Przymierza – jak to ujmuje List do Hebrajczyków.

To dzięki postawie nacechowanej tymi przymiotami może realizować się prawdziwe gromadzenie ludzi. Nie tylko w wymiarze społecznym i teraźniejszym, ale także ponad czasowym i wiecznym. Przed nami wizja społeczności, którą stanowi niebieskie Jeruzalem, na uroczyste zgromadzenie, Kościół pierworodnych, którzy są zapisani w niebiosach.

Tu i teraz

Zanim jednak dopełni się ta rzeczywistość nakreślona przez świętych Autorów, żyjemy tu i teraz w tej rzeczywistości, która zazwyczaj nie przedstawia sama sobie wspomnianych cech i przymiotów. Czasem wręcz przeciwnie.

Nasz sposób przeżywania relacji wspólnotowych nierzadko jest nacechowany innymi przymiotami: wpatrzeniem w siebie, zabieganie o własną korzyść i stosowną pozycję, takie włączanie się we wspólnotowość, które tchnie indywidualizmem i partykularnym interesem. Wskutek tego łatwo dochodzi do faworyzowania postaw obłudnych, przewrotnych, aroganckich i nacechowanych fałszem, egzystencjalną nieprawdą.

Tak może dziać się w wymiarze dużych społeczności ale także tych najmniejszych, jaką jest rodzina. Zachodzi to w przeżywaniu tego, czym jest poczucie patriotyzmu i interes społeczny, edukowanie dzieci i młodzieży i tworzenie środowiska kulturalnego – szeroko pojętego. Zachodzi to w przeżywaniu przez małżonków i rodziny wspólnoty dóbr, wspólnoty stołu, wspólnoty łoża, koniecznej troski o słabszego członka rodziny itp.

Jak to jest w nas

Wszyscy – chociaż zapewne na różne sposoby i nie jako z różnych pozycji – odczuwamy jak jesteśmy w taki sposób myślenia i działania uwikłani. Jest to w jakeś mierze nasze choroba, nasze zniekształcenie, zaburzenie, jakaś nasza dewiacja.

Wszystko to wynika z faktu naszego grzechu: Grzechu pierworodnego. Naszego sięgania po owoc z drzewa poznania dobra i zła. Każdy widzi po swojemu; każdy myśli o dobru, lecz zazwyczaj z własnego punktu widzenia. To zniekształcenie i ta choroba jest w każdym z nas – chociaż niewątpliwie w różnym stopniu natężenia i skuteczności.

Mądrość Syracha

Wracamy do jednego ze szczegółów przesłania Księgi Mądrości Syracha:

Na chorobę pyszałka nie ma lekarstwa,
albowiem nasienie zła zapuściło w nim korzenie

Chcę zwrócić uwagę na treść terminu, który jest przełożony przez polski „choroba”. Ten grecki termin (epagoge) jest wieloznaczny. Szerokie jest też jego znaczenie w przekładach Biblii greckiej z Biblii hebrajskiego. Nie jest tutaj miejsce, by wchodzić w detale. Biblia łacińska przekłada ten termin przez plagi albo synagogi. Współczesne przekłady mają cały wachlarz terminów: m.in: rany, zadufanie, nieszczęście itp. W grece pozabiblijnej ten termin może mieć znaczenie wyrażające: sprowadzenie (razem), natarcie, atak, nęcenie, wabienie, czary, zaklęcia, uprowadzenie, indukcja (logika).

Uważam, że dla naszego użytku, gdy wnikamy w przesłanie tego fragmentu tekstu, będzie dobrze, gdy ten termin rozumiemy jako choroba (jak przekłada BT). Nie jest to jednak jakakolwiek choroba, ale jest to choroba jakby samonakręcania się, zwodzenia siebie, wchodzenie w sferę jakiegoś odrealnienia. To zresztą precyzuje drugi termin: „pyszałek” (gr. hyperefanos), wynoszący się, dumny, itp.

Każda wojna ma zazwyczaj coś z tego nakręcenia się wokół siebie, które wywołuje jakiś „przywódca” czy jakaś grupa. Obchodzimy 80. rocznicę wybuchu II wojny światowej. Ileż tam było nakręcania się, buty i arogancji. Zostały pociągnięte tłumy, w tym uczestniczyć. Przeniosło się to także w przestrzeni i czasie jako niszcząca fala. Leczyć może tylko przebaczenie i szukanie sprawiedliwości.

Refleksja

To prowadzi nas do refleksji: jeśli ktoś ma w sobie tę chorobę „samonakręcania się”, tej wewnętrznej indukcji siebie w swoich sprawach, tego zaczarowania sią samym sobą itp., to jest to choroba nieuleczalna, jak długo on zachowa swoją „tożsamość”. Jest to w jego wnętrzu jak nasienie, które stale się rozrasta, bo na dobre zapuściło swe korzenie. Trzeba radykalnej ingerencji, trzeba wymiany wnętrza, trzeba nowego stworzenia. To może stać się jedynie za sprawą działania Boga, na które „musi” przyzwolić człowiek. Tylko w ten sposób może zostać starta głowa przewrotnego węża (zob. Rdz 3,15).

Propozycja skorzystania z procesu leczenia została dana w jedynym Pośredniku Nowego Testamentu / Przymierza – Jezusie. Przystępujemy do Niego z gotowością na przemianę serca i przyjęcie Bożego Prawa (Mądrości) jaka objawiła się w Nim. Zapowiadał to już m.in. prorok Jeremiasz (31,31-34).

Pozdrawiam

Bp ZbK

Nie znam was . . . (21 Ndz C – 190825)

by bp Zbigniew Kiernikowski

W proklamowanej dzisiaj Ewangelii padają mocne słowa Jezusa. Są one związane z sytuację Jezusa, który kontynuuje swoją drogę do Jerozolimy. Wiemy, że to oznacza Jego mękę i śmierć. To właśnie w Jerozolimie ma się dokonać dzieło zbawcze. W tym kontekście pada pytanie ze strony kogoś o to, czy tylko nieliczni będą zbawieni?

Odpowiedź Jezus jest kilkustopniowa. Jezus najpierw mówi o wchodzeniu przez ciasną bramę, o zamkniętych drzwiach i kołataniu do zamkniętych drzwi z prośbą, by je otworzono – by Pan domu otworzył drzwi i umożliwił wejście do środka.

Wtedy to padają słowa Jezusa:

Nie wiem, skąd jesteście
( . . . )
Powiadam wam, nie wiem, skąd jesteście.
Odstąpcie ode Mnie wszyscy,
którzy dopuszczacie się niesprawiedliwości!

Wyrażenie „Nie wiem, skąd jesteście” wskazuje na brak wzajemnej znajomości. Krótko ujmując: wasze myślenie i wasze spojrzenie na życie jest inne niż moje. Pochodzimy jakby z dwóch odrębnych światów.

Niesprawiedliwość

Gdy proszący o otworzenie drzwi powołują się na wcześniejszą znajomość: Przecież jadaliśmy i piliśmy z Tobą, i na ulicach naszych nauczałeś, wtedy pan domu powtórnie wrazi brak znajomości i określi, na czym ten brak znajomości polega. Jest to niesprawiedliwość.

Każdy z proszących, zapewne na różny sposób jest przekonany, że mniej lub więcej kierował się w swoim życiu poczuciem sprawiedliwości. Wszyscy odwołują się do jakiejś znajomości i wspólnoty z Panem domu. Byłeś przecież z nami i my z tobą. Tak, to może prawda. Ale Pan powie: każdy z was patrzał na mnie po swojemu. Interpretował moją obecność dla swojej wygody i realizacji swoich planów. Każdy miał koncepcję własnej sprawiedliwości. Czasem demokratycznie ustalonej i w danej społeczności powszechnie przyjętej.

A jednak każdy z tych proszących i wszyscy razem usłyszą skierowane do nich, każdy do siebie, słowa: Odstąpcie ode Mnie wszyscy, wy czyniący niesprawiedliwość.

Sprawiedliwość Jezusa a nasze ludzkie „sprawiedliwości”

Wśród tych kłaczących do drzwi i proszących o umożliwienie wejścia znajduje się zapewne nie tylko przestępcy wobec prawa, ale wielu takich, którzy mają swoje osiągnięcia i sukcesy. Mają dyplomy uznania i odznaczania przyznawane w różnych systemach i przy zastosowaniu różnych kryteriów wartościowania i sprawiedliwości. Może są tacy, którzy zdobyli uznanie i podziw ze strony ludzi. Tylekroć stawali na różnych pierwszych i zaszczytnych miejscach. I tak dalej.

Teraz słyszą: Odstąpcie ode mnie! Jesteście mi obcymi. Kierowaliście się bowiem innymi prawidłami i kryteriami życiowymi niż moje.

Przesłanie Jezusa jest takie: Ja szedłem do Jerozolimy, by tam oddać swoje życie i w ten sposób usprawiedliwić winnych (zob. np. Rz 4,25). Wy robiliście wszystko, by pełnić i czasem narzucać innym swoją sprawiedliwość. Była to zawsze taka sprawiedliwość, która kierowała się własnym (indywidualnym czy wspólnotowym, ale partykularnym) interesem. Stawialiście na piedestale waszego życia swoje prawa z pominięciem mojego prawa i mojego zbawczego działania, które przechodzi przez Jerozolimę (mękę, śmierć i zmartwychwstanie). Na innym miejscu Jezus powiedział: Umiecie dobrze uchylać przykazanie Boże, aby swoją tradycję zachować (Mk 7,9). Jakże jest to dzisiaj często aktualne!

Naszą troską winno być to, aby wchodzić w bliską znajomość Jezusa, który idzie do Jerozolimy, aby tam objawić Bożą sprawiedliwość w tajemnicy krzyża przez przebaczenie. Być z Nim w bliskości i prawdziwej znajomości. Dokonuje się to przez postawy szukające nie własnej sprawiedliwości, lecz okazujące Bożą sprawiedliwość głównie przez przebaczenie

Bp Zbk

 

 

 

W Ewangelii 20. Niedzieli roku C słyszymy radykalne słowa Jezusa, które – jak może się wydawać – w pewnym sensie kontrastują z Jego ogólnym nauczaniem i z Jego postawą. Zazwyczaj bowiem Jezus nawołuje do jedności, szukania porozumienia i pokoju. Tymczasem dzisiaj wypowiada słowa, które zaskakują a nawet bulwersują.

Przyszedłem ogień rzucić na ziemię
i jakże pragnę, ażeby już zapłonął.
Chrzest mam przyjąć, i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie.
Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój?
Nie, powiadam wam, lecz rozłam.

Ogień

Jezus mówi o ogniu, który rzuca na ziemię. O jaki ogień chodzi? Ogień jest widziany jako żywioł trawiący, konsumujący i niszczący. Jednocześnie także jako siła i środek oczyszczający. To w ogniu metale otrzymują swoje oczyszczenie i zostają odpowiednio konsolidowane.

Ogień jest często wiązany z objawieniem się Boga. Tak było w przypadku płonącego krzewu na pustyni, z którego Bóg objawił się Mojżeszowi. Takiego obrazu używają Psalmy i inne Księgi Pisma mówiąc objawiającym się Bogu i Jego potędze. W Dzień Zesłania Ducha Świętego, kiedy to nad Apostołami ukazały się języki jakby z ognia i rozdzieliły się nad nimi.

Gdy więc Jezus mówi o tym, że przyszedł ogień rzucić na ziemię, wyraża tym samym swoją misję objawienia się w Nim i przez Niego Boga. Będzie to objawienie gwałtowne i oczyszczające. Będzie niosło ze sobą niszczenie i konsolidowanie. To się stanie w Jego Męce i Zmartwychwstaniu. Jezus wyraża to także w obrazie chrztu, który ma przyjąć, czyli wypełnieniu Tajemnicy Paschalnej – gwałtownej, bolesnej Śmierci i zaskakującego wszystkich Zmartwychwstania.

Tymi wypowiedziami Jezus wskazuje na to, że zbawcze dzieło, które podejmuje, będzie związane z wielką ofiarą i będzie stanowić radykalną przemianę. Będzie Go kosztowało wiele – a właściwie „wszystko”. Będzie to ofiara „całopalna” (holokaust). Ta Jego ofiara będzie na ziemi i dla ziemi, dla ludzi tej ziemi. Zgadza się to z obrazem ziarna, które wpadłszy w ziemię obumiera i przynosi owoc. Dzieło zbawienia nie mogło bowiem być dokonane z jakąś błahą cenę. Domagało się ofiary całkowitej. W tym „rzuceniu ognia na ziemię” objawia się człowiekowi Bóg, który zbawia i ratuje człowieka.

Skoro to Jezus przewiduje dal siebie i pragnie, by to się spełniło, jest to też znak dla nas, że w odniesieniu do każdego z nas zbawienie dokonuje się właśnie w takim „ogniu”. Aby człowiek doświadczył zbawienia, musi też w sobie przeżyć coś z tego trawiącego i oczyszczającego ognia.

Rozłam

Drugie określenie, jakim Jezus przedstawia swoje dzieło między ludźmi, to rozłam. Jest to zadziwiające. Użyty termin grecki jest bardzo wymowny. Jest to termin diamerismos, czyli dosłownie rozczłonkowanie, spowodowanie braku jedności. Jak to rozumieć?

Wydaje mi się, że – upraszczając i przedstawiając w skrótowej formie –należy powiedzieć, że chodzi o dokonanie rozłamu czy rozczłonkowania wszystkich niewłaściwych więzadeł, spoiw czy zrośnięć, jakie zachodzą w społeczności (rodzinie itp.), a które są skuteczne tylko do pewnego stopnia i do pewnych granic. Co prawdą są i jakoś funkcjonują. Nie są jednak one w pełni według zamysłu Boga czyli na Jego obraz i podobieństwo.

Odwołuję się do obraz. Jeśli chirurg ortopeda widzi źle zrośnięte kości, to będzie musiał dokonać jakiejś procedury złamania, rozłączenia, aby dać szansę ku temu, by te – wcześniej źle zrośnięte części kości a teraz celowo rozłączone – mogły poprawnie się zrosnąć.

Jezus, jeśli więc mówi o rozłamie, to wskazuje na to, że wprowadzi w relacje międzyludzkie inny typ spoiwa. Trzeba najpierw złamania tego, co niewłaściwe łączy, aby mogło zostać wprowadzone to, co prawdziwie zjednoczy.

Tym spoiwem jest Jego Duch – Duch Jezusa. Jest to Duch, który uzdalnia do służenia drugiemu i kochania go nawet jeśli okazuje się w jakiś sposób nieprzyjacielem.

Tylko w takim kluczu możemy też właściwie rozmieć dalszą część wypowiedz Jezusa zapisaną przez św. Łukasza.

Właściwe rozumienie ognia, który Jezus rzuca na ziemię i rozłamu, którego dokonuje w naszych zwichniętych relacjach, pomaga nam i uzdalnia nas do przeżywania prawdziwego pokoju i jedności.

Bp ZbK

Podczas liturgii niedzielnej słyszymy takie oto słowa z Listu do Hebrajczyków:

Gdyby zaś tę [ojczyznę] wspominali,
z której wyszli,
znaleźliby sposobność powrotu do niej.

Teraz zaś do lepszej dążą,
to jest do niebieskiej.

Dlatego Bóg nie wstydzi się być nazywanym ich Bogiem,
gdyż przysposobił im miasto.

Padają one w kontekście głębokiej refleksji Autora Listu do Hebrajczyków na temat wiary. Jest mowa o Patriarchach – w szczególności o Abrahamie.

Abraham i Obietnica

To Obietnica dana Abrahamowi wyznaczała kierunek jego życiowej drogi. Z chwilą usłyszenia prze niego głosu Boga i uwierzenia w obietnicę Abraham kierował się już nie swoim doświadczeniem, lecz dał się prowadzić w to, co było dla niego nieznane, a co było obiecane i gwarantowane przez Słowo Boga.

Naturalnie takie pojmowanie życia nie odnosiło się tylko do wędrówki w przestrzeni ziemskiej. Odnosiło się to przede wszystkim do pojmowania życia. Zaszczepiony niejako w mentalności Abrahama głos Obietnicy powodował to, że był on niejako nakręcony, by wchodzić w sytuacje i okoliczności, w których to nie on był – i stale miał być – tym, kto miał decydować o przyszłości, o skutkach różnych wydarzeń. Po prostu nie „wracał” do tego, co mu było znane, lecz wchodził w nieznane. Zawsze gotów na zaskoczenie nowością przygotowaną przez Boga.

Znajdowanie sposobu – czy raczej . . .

Autor Listu do Hebrajczyków obdarowuje nas pięknym sformułowaniem „znaleźliby sposobność powrotu do niej”. Użyty tutaj polski termin „sposobność” oddaje grecki termin „kairos”. Taki jest w tekście oryginalnym. Wiadomo „kairos” to jest stosowny moment, dana okazja czy sytuacja, nadarzające się okoliczności, które ktoś umiejętnie potrafi wykorzystać, albo też sytuacja krytyczna, z której trzeba się ratować.

My jesteśmy ludźmi, którzy jesteśmy nastawieni na korzystanie z okazji a czasem nawet na wykorzystywanie i to niejednokrotnie z pominięciem przysłowiowych „reguł gry”. Nadarza się okazja, a więc . . . Mamy ukute powiedzeni: Okazja czyni złodzieja, lub też: Ratuj się, kto może i jak może.

Obietnica – trwanie i czekanie

Tymczasem aby dojść do spełnienia obietnicy, potrzeba innej postawy; innego sposobu postępowania. Trzeba wytrwałości do tego celu, który został nam przedstawiony i przez nas jakoś zaakceptowany. Aby do niego dotrzeć i aby on się spełnił w naszym życiu nie można „okazyjnie” wracać do spełniania swoich oczekiwań a tym bardzie jawiących się chwilowo propozycji.

Tego rodzaju świadomość jest nam potrzebna też w nasilających się ostatnio w naszym społeczeństwie sporach o tożsamość człowieka. Przejawia się to w manifestacjach i czasem w agresji. Trzeba poważnej refleksji nad „docelowością” naszej ludzkiej tożsamości. Nad tym, co stanowi o prawdzie człowieka i co prowadzi do przeżywania pełni człowieczeństwa.

Bez odkrywania w sobie przez każdego z nas złożonej w nas „obietnicy” to znaczy zamysłu Boga, nie dojdziemy do właściwego celu, szczęścia, pełni życia.

Bóg nie wstydzi się być nazywanym naszym Bogiem,
gdyż przysposobił nam miasto.

Tak jest, na ile do niego dążymy, a nie gubimy się na różnych naszych rozdrożach i nie utykamy w naszych meandrach życiowych.

Bp ZbK

W 18. Niedzielę roku C jest proklamowany fragment czytania z księgi Koheleta. Mędrzec Kohelet to bardzo swoisty kaznodzieja, który swoją egzystencję i mądrość odnosi do króla Dawida i króla Salomona. Działał on już pod koniec historii zbawienia Starego Testamentu (III wiek przed Chrystusem).

Przemijalność i doświadczenie marności

Przepowiadanie Koheleta jest przeniknięte realnym sceptycyzmem wobec rzeczywistości ziemskiej. Przebija w nim z jednej strony jakby nuta zwątpienia i poczucia marności, a z drugiej wiara, że wszystko pochodzi od Boga i że Bóg prowadzi z ludzkością i z każdym człowiekiem swój plan. Wobec wszystkich dywagacji na temat znaczenia i wartości rzeczy ziemskich oraz osiągnięć czy potknięć człowieka Kohelet w zakończeniu swojej księgi daje taką radę.

Boga się bój i przykazań Jego przestrzegaj,
bo cały w tym człowiek!
Bóg bowiem każdą sprawę wezwie na sąd,
wszystko, choć ukryte: czy dobre było, czy złe (Koh 12,13-14)

Jest to prosta i zawsze aktualna recepta na właściwe życie człowieka wierzącego i mającego odniesienie do Boga szczególnie wtedy, gdy doświadcza trudności czy zwątpienia. Jest to drogowskaz życia, który zawsze jest prawdziwy i prowadzi do prawdy i dobra.

Psalm 90

W czasie dzisiejszej liturgii jako odpowiedź na czytanie fragmentu z księgi Koheleta śpiewamy Psalm 90. Ten Psalm nie mówi o łatwych sprawach. Mówi o przemijalności życia człowieka. O przeżyciu ucisku, poniżenia i niedoli (ten fragment jest w niedzielnej liturgii opuszczony).

Znamienna jest jednak końcowa część tego Psalmu, na którą chcemy zwrócić uwagę:

Dobroć Pana, Boga naszego, niech będzie nad nami †
i wspieraj pracę rąk naszych, *
dzieło rąk naszych wspieraj!

W szczególności warto zatrzymać się nad wyrażeniem „Dobroć Pana”. Hebrajskie sformułowanie (noam) zawiera w sobie wiele aspektów, które niejako uzupełniają czy rozszerzają rozumienie tej „dobroci”. Termin hebrajski wyraża wszystko to, co jest dobre, wspaniałe, przepełnione światłem, Wszystko to, co powodujące przyjemność i radość z powodu tego, czego się doświadcza.

Warto zauważyć, że Biblia Gdańska (przekład ewangelicki z pierwszej płowy XVII wieku) przekłada ten werset: Niech będzie przyjemność Pana, Boga naszego, przy nas. Natomiast przekład łaciński, Wulgata ma: Et sit splendor Domini Dei nostri super nos. A więc jest mowa o „splendorze” Pana Boga naszego nad nami. Nie chodzi więc dobroć pojmowaną przez nas i z naszego punktu widzenia, lecz taką dobroć, który jest niejako przyjemnością Boga i okazaniem Jego splendoru nad człowiekiem.

Światło i oświecenie, które zmienia życie człowieka

Dla pełniejszego obrazu warto jeszcze zauważyć, że grecki przekład tego Psalmu używa tutaj rzeczownika lamprotes, który oznacz jasność, blask, światłość. Ten rzeczownik jest użyty w greckim tekście Dziejów Apostolskich przez św. Pawła, kiedy w Cezarei Nadmorskiej przed prokuratorem Festusem i Królem Agrypą  mówi o wydarzeniu pod Damaszkiem. Wypowiada wówczas takie oto słowa:

W południe podczas drogi ujrzałem,
o królu, światło z nieba,
jaśniejsze od słońca,
które ogarnęło mnie i moich towarzyszy podróży (Dz 26,13).

Paweł mówi więc, że w południe ogarnęła go światłość jaśniejsza od blasku (lamprotes) słońca. To światło, które objawiło się nad Szawłem, tak go oświeciło, że zmieniło się całkowicie jego życie. Otrzymał łaskę poznania Jezusa Chrystusa i dzięki temu jego życie stało się nowym życie, życiem w Chrystusie Jezusie. Wtedy to okazała się prawdziwa dobroć Boga nad Szawłem, która go wyrwała z jego faryzejskiej służby Bogu i go przemieniła oraz uczyniła nosicielem prawdy Jezusa Chrystusa.

Nasz śpiew i nasze życie

Kiedy więc śpiewamy słowa Psalmu: Dobroć Pana, Boga naszego, niech będzie nad nami – niechaj w nas nie rodzi się myślenie tylko o tym, co my uważamy dla nas za dobre, ale niech nas przenika gotowość na to, aby w nas stawał się Boży plan, odpowiadający Bożemu upodobaniu wobec każdego z nas. Bowiem właśnie ten Boży plan i jego spełnianie się w nas jest przejawem wielorakiej Bożej „dobroci” nawet jeśli nie idzie po myśli naszej „dobroci”.

Potrzebne to jest, aby w naszym życiu przez dokonywanie się dzieł Boga okazywała się Jego chwała i Jego splendor. Abyśmy byli miłą wonią i przyjemnością dla Boga. Naturalnie te ostatnie określenia należy czytać jako antropomorfizm i przenośnie podobnie jak wszystkie sformułowania, w których jest mowa o upodobaniu Boga i o przyjemnej i miłej dla Niego woni płynącej z składanych ofiar i właściwego postępowania człowieka (zob. np. Rz 12,1).

Przeżywanie z wiarą i w mocy wiary trudnych i zwykłych a nawet pozornie bezsensownych momentów naszego życia może być okazją do poznania nad nami przedziwnej obecności Boga: Jego dobroci i chwały.

Bp ZbK

 

Tym skrótem myślowym: „pogrzebani i wskrzeszeni” można krótko ująć i wyrazić prawdę o życiu chrześcijańskim. Tak to słyszymy w dzisiejszym drugim czytaniu z Listu do Kolosan. Teologia tego Listu podkreśla aspekt dopełnienia się życia chrześcijańskiego. Przedkłada przed oczy chrześcijan to, co jest w ich życiu już otrzymaną łaską i udziałem w życiu Boga przez Jezusa Chrystusa. Czyni to, aby nie ulegali innym poglądom i praktykom, które na różne sposoby ukazują chrześcijaństwo jako przede wszystkim wysiłek ludzki i zdobywanie przychylności Boga przez stosowanie się do różnych przepisów i praktyk religijnych.

Z Chrystusem pogrzebani jesteście w chrzcie,
w którym też razem zostaliście wskrzeszeni
przez wiarę w moc Boga, który Go wskrzesił.

Co to praktycznie oznacza „pogrzebanie”

Mamy więc wyraźne odniesienie do chrztu jako zanurzenia w tajemnicy Chrystusa. Ta prawda zostaje podkreślona prze określenie: pogrzebani. Autor wyraża tym samym definitywny aspekt tego, co staje się w chrzcie, kiedy z racji wiązania się z Chrystusem Ukrzyżowanym i Zmartwychwstałym, zostaje przywołany także aspekt pogrzebania, czyli grobu.

To właśnie grób stanowi ów konieczny moment zerwania z tym co było przeszłością życia według własnej koncepcji, by wejść w nowy etap. W chrzcie ten udział w tym przejściu przez grób (przez pogrzebanie) dokonał si w sposób sakramentalny. Trzeba, aby chrześcijanie o tym pamiętali, e niejako stale żyją z pamiątką (pamięcią) tego grobu, a więc zamykania tego, co było owocem działania według koncepcji starego człowieka.

Wiadomo, że ten „stary człowiek” w praktyce codziennego życia stale się odzywa i chce dobierać się do głosu i wykazuje swoje działanie. Sakrament bowiem to nie magia, ale wprowadzania człowieka w świadome przeżywanie tajemnicy Jezusa Chrystusa. Trzeba więc, aby do tego wracał, co otrzymał na chrzcie. Aby sobie przypominał i korzystał z tego „zamkniętego grobu”, z tego grzebania. To zależy od pamięci i od woli. To zależy od tego, czy i na ile chrześcijanin pielęgnuje w sobie ten związek i chce w nim pozostawać.

Za tym pojęciem pogrzebanie kryje się wiele spraw i aspektów życia chrześcijańskiego. To nie tylko jakeś umartwianie się siebie – chociaż to jest także. Czasem jednak pewne formy ascetyzmu przeradzają się w jakież hołdowanie samemu siebie i skażoną pychą wyniosłość. Za tym obrazem „pogrzebania” stoi przede wszystkim gotowość chrześcijanina na to, by inni z nim czynili to, co z nim chcą czynić. Pogrzebu bowiem nikt nie wyprawia sobie samemu. Czyni to inni. Może to wydawać się trochę radykalne czy wprost brutalne. W tym jednak należy szukać istoty naszych prawdziwych umartwień, które mogą stać się okazją do powstawania z martwych, do wskrzeszania.

Kiedy i jak dokonuje się wskrzeszanie ?

Trzeba od razu i prosto powiedzieć: Tak jak grzebanie, czyli składanie do grobu dokonuje się przez działanie innych, tak też wskrzeszanie, czyli wychodzenie z grobu i wchodzenie w nowość życia dokonuje się też nie mocą samego pogrzebanego. Nie dokonuje się mocą samego siebie. zostaliście wskrzeszeni przez wiarę w moc Boga, który Go wskrzesił

Apostoł wyraża to dalej w słowach wskazując na działanie samego Boga właśnie przez Sakrament:

I was, umarłych
na skutek występków i «nieobrzezania» waszego grzesznego ciała,
razem z Nim [Chrystusem] przywrócił do życia.

W dalszej części Apostoł precyzuje to wskrzeszenie jako wprowadzenie w życie przeniknięta darem przebaczenia. Naturalnie chodzi o przebaczenie, które zostaje obwieszczone przez Ewangelię, Dobrą Nowinę i przyjęte w Sakramentach. Prawdziwość przyjęcia tego przebaczenia weryfikuje się w życiu chrześcijan przez niesienie przebaczenia właśnie tym, którzy okazali się na jakiś sposób i w jakieś mierze sprawcami doświadczenia grobu. Jest to krzyż czy niesprawiedliwość jakich się doświadcza i które chce się zazwyczaj jakby wyrównać przez przepisy prawa. Ta logika dochodzenia swego została w Jezusie Chrystusie przybita do krzyża:

Darował nam wszystkie występki,
skreślił zapis dłużny, przygniatający nas nakazami.
To właśnie, co było naszym przeciwnikiem,
usunął z drogi, przygwoździwszy do krzyża.

Chrześcijanie korzystają z przebaczenia i niosą przebaczenie. Są świadkami życia płynącego z mocy Tego, który jako „Pierworodny spośród umarłych” żyje i udziela swej mocy tym ,którzy w Niego wierzą.

Życie wskrzeszonych

Życie wskrzeszonych mocą Jezusa Chrystusa przyjętą w sakramencie chrztu i stale przyjmowaną w pozostałych sakramentach i w uległości Słowu Boga to życie w przebaczeniu. Praktycznie oznacza to stałe doświadczenie godzenia się na „pogrzebania” własnego ja przez innych i wchodzenia w nowe życie przez przebaczenie dzięki mocy Zmartwychwstałego Pana.

Zmartwychwstanie bowiem, to złamanie wszelki „przepisów i przewidywań. Zmartwychwstanie to zaskoczenie i niespodzianka. To nowość dokonująca się w przełamywaniu siebie przy pomocy (przy okazji działania innych często nam obcego i nie po naszej myśli) i w przyjmowaniu mocy Boga, który Go wskrzesił Jezusa z martwych. Jest to stale zwycięski „dialog” dokonujący się wśród grzeszników, którzy poznają moc Boga działającą przez przebaczenie.

Bp ZbK

W 16. Niedzielę roku C otrzymujemy Słowo o Abrahamie. Przedstawia nam jeden z ważnym momentów historii zbawienia związany ze spełnieniem obietnicy, na co Abraham już czekał sporo czasu i nawet zaczął wątpić, co objawiło się zrodzeniem Izmaela z niewolnicy Hagar (zob. Rdz 16). Narodziny Izmaela nie były jednak spełnieniem Bożej obietnicy. Musiało się jeszcze wiele wydarzyć w życiu Abrahama, aby on sam i jego żona Sara doświadczyli, że to sam Bóg jest mocen wypełnić złożoną obietnicę. On jest Panem danej obietnicy i On wyznacza czas i okoliczności jej spełnienia.

W takich oto okolicznościach dokonuje się wydarzenie, o którym mówi czytanie tej niedzieli. Doniosłe i decydujące jest Słowo skierowane przez Boga do Abrahama podczas tego specyficznego nawiedzenia:

O tej porze za rok znów wrócę do ciebie,
twoja zaś żona, Sara, będzie miała wtedy syna.

 

Nawiedzenie

Abraham nauczył się już spotykać Boga. Stało się to już jego doświadczeniem, że gdy dochodzi do jego spotkania z Bogiem jest to zawsze owocne nawiedzenie. Jest to jednak także doświadczenie ingerencji w życie Abrahama, która zmienia jego plany, jego myślenie i wpływa na jego decyzje. Kształtuje na nowy sposób, czasem nawet „nieprzewidywalny” czy nawet niewyobrażalny jego życie. Odkrywał stopniowo, że to jest dla niego dobre i potrzebne. Uczył się dlatego wyczekiwać tego nawiedzenia, a kiedy przychodziła ku temu „okazja”, wołał – jak to mamy w dzisiejszym czytaniu: Nie omijaj mnie proszę.

Logika nawiedzenia stanie się jednym z elementów historii zbawienia. Tak powie o tym Zachariasz, kiedy dojdzie do tego, by nadać jego synowi, zrodzonemu mimo jego swoistej „niewiary”, nadać imię Jan. Powie wówczas: Błogosławiony Pan Bóg Izraela, bo nawiedził swój lud i go wybawił”. To nawiedzenie będzie kształtowała życie Jana Chrzciciela. Ten ostatni z Proroków ogłosi i wskaże na Jezusa jako Baranka, w którym dokonało się najpełniejsze nawiedzenie. To ten Baranek wziął na siebie grzech świata.

Konsekwencje Nawiedzenia w Jezusie i przez Jezusa

Abrahamowi podczas nawiedzenia Bóg zostawił obietnicę – zapewnienie. O tej porze za rok wrócę, twoja zaś żona, Sara, będzie miała wtedy syna. I tak się stało. Nawiedzenie, jakie zostało wyrażone w słowach Zachariasza też stało się. Stało się to w męczeńskiej śmierci Jana Chrzciciela – Prekursora Jezusa. Ta śmierć Jana dokonała się w pewnym sensie w groteskowych okolicznościach. Była jednak wielkim świadectwem Prawdy.

Nawiedzenie, jakie dokonało się w Jezusie Chrystusie, było odkryciem prawdy o grzechu i słabości człowieka. Nie tylko ci, którzy podczas działalności publicznej Jezusa stawali przeciwko Niemu, okazali się skuteczni w skazaniu go na śmierć, ale także ci, którzy byli blisko Jezusa, z Nim chodzili, słuchali Jego nauczania i widzieli Jego cuda, opuścili Go.

W tych okolicznościach ludzkiego odrzucenia i opuszczenia Jezus dokonał najpełniejszego nawiedzenia człowieka. Sam – jako człowiek – wchodził z lękiem i bojaźnią w tę Godzinę Nawiedzenia. Jednocześnie jako posłuszny Ojcu Syn wiedział, że na tę Godzinę przyszedł i przyszedł po to, aby ją wypełnić, aby stał się owoc Nawiedzenia (zob. J 12,27).

Paweł dopełnia

Kto z uczniów Jezusa poznaje rolę i znaczenia tego Nawiedzenia, kto jak Paweł pod Damaszkiem przeżył takie nawiedzenia Boga w Jezusie Chrystusie, kto zna konsekwencje i owoc tego nawiedzenia, będzie na podobieństwo św. Pawła mówił i czynił jako ten, kto

raduje się w cierpieniach za wszystkich i dopełnia niedostatki udręk Chrystusa w swoim ciele dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół.

Obyśmy umieli odkrywać tajemnicę i jej służyć poznając czas nawiedzenia swego, dla dopełniania się zbawienia.

Panie, nie omijaj mnie, proszę . . .

Bp ZbK

Czytany w 15. Niedzielę roku C fragment Powtórzonego Prawa jest wielkim i znamiennym przesłaniem, które jednak nie zawsze jest łatwe do akceptacji przez nas i bardzo łatwo stosujemy wobec tej prawdy różnorakie wykręty lub uciekamy się do tłumaczenie się, że to wcale tak nie jest, że tego nie odczuwamy, że to jakaś teoria odległa od życia. Przesłanie dzisiejsze brzmi:

Słowo to bowiem jest bardzo blisko ciebie:
w twych ustach i w twoim sercu, byś je mógł wypełnić.

To przesłanie dotyczy słuchania Słowa. Słuchania poleceń i postanowień zapisanych w księdze tego Prawa. To Słowo – jak jest dalej powiedziane: nie przekracza twych możliwości i nie jest poza twoim zasięgiem. Nie jest w niebiosach . . . Jakkolwiek to przesłanie jest zapisane w Księdze Prawa, korzysta ono z perspektywy doświadczenia babilońskiego. Jest „powtórzonym Prawem”, stale tym samym, ale ogłaszanym już z innej pozycji. Odnosi się do sytuacji, jakiej Izraelici doświadczyli na Wygnaniu Babilońskim. Dlatego jest mowa o doświadczeniu, gdy

spełnią dla ciebie wszystkie te słowa:
błogosławieństwo i przekleństwo, które ci obwieściłem;
jeśli rozważysz je w swym sercu, będąc między wszystkimi narodami,
do których Pan, Bóg twój, cię wypędzi –

jeśli wrócisz do Pana, Boga swego,
będziesz słuchał jego głosu we wszystkim,
co ja ci dzisiaj rozkazuję . . . (Pwt 30,1-2).

 

W tym kontekście zostaje wypowiedziane jedna z najważniejszych obietnic, jakie Bóg uczynił Izraelitom, która odnosi się do Nowego Przymierza. Ta obietnica jest wyrażona w przedziwnym obrazie i w następujących słowach:

Pan, Bóg twój, dokona obrzezania twego serca
i serca twych potomków,
żebyś miłował Pana, Boga swego,
z całego serca swego i z całej duszy swojej,
po to, abyś żył (Pwt 30,6).

Ta przedziwna zapowiedź i obietnica jest dalej przedstawiona, jako dana i gotowa do spełnienie się w wybranych, którzy na Wygnaniu Babilońskim doświadczyli swojej życiowej porażki i są gotowi uznać swój błąd i grzech oraz poddać się prowadzeniu i działaniu Boga.

Czas / okoliczności spełnienia się obietnicy

Perspektywa spełnienia się tej obietnicy nie zamykała się jednak w ramach historii Starego Testamentu. Powrót Izraelitów z Wygnania był tylko typem i zapowiedzią tego, co miało się dokonać już w stopniu pełnym i nieodwołalnym w Jezusie Chrystusie. Człowiek bowiem sam nie mógł w sobie dokonać owej przemiany swego serca (swego jestestwa).

Mogło się to dokonać tylko jako dzieło Boga w „takim” człowieku, który całkowicie uzna „wygnanie” i wróci do Boga, jako jedynego Źródła życia – czyli do Boga Ojca. Tego mógł dokonać tylko Syn Boży, który przyjął „wygnanie”. Tym było Jego wcielenie, Jego uniżenie (zob. Flp 2,6n). Zostało to zobrazowane w historii dzieciństwa Jezusa, gdy Ewangelista Mateusz odnosi do Jezusa słowa proroka Ozeasza: Z Egiptu wezwałem Syna mojego (Mt 2,15; por Oz 11,1).

Dla nas: potrzebne doświadczenie otwarcia oczu – czasem kryzysu

Prawda o bliskości Słowa Boga w stosunku do nas jest prawdą stale aktualną. Problem jest w tym, że my – jako ludzie zwiedzeni przez grzech – bardzo często tworzymy wokół siebie swoistą sferę obronną przed Słowem. Stajemy się w jakiejś mierze jakby zabezpieczeni przed tym Słowem i trzymamy je na odległość w odniesieniu do wydarzeń naszego życia. Wskutek tego to Słowo wydaje się nam odległe od naszego życia, albo jakby nie pasujące czy nie przystające do naszego życia. Mamy bowiem inną wizję życia. Jesteśmy zainteresowani innymi rozwiązaniami czy propozycjami.

By mogło stać się inaczej musimy przeżyć jakiś kryzys naszych planów i działań. To może dziać się na różnych płaszczyznach i w różnych dziedzinach naszego życia. Obrazowo mówiąc: „musi” dojść do tego, że wydarzenia i doświadczenia, jakie nas spotykają, niejako „podziurawią” ów swoisty nasz pancerz immunologiczny przez nas wytwarzany. Dlatego mowa: kiedy spełnią dla ciebie wszystkie te słowa: błogosławieństwo i przekleństwo . . .

Używając innego obrazu może tak to sformułować: Słowo Boga jest blisko nas podobnie jak otaczające nas powietrze, my jednak łatwo próbujemy korzystać i z innego powietrza, z innej atmosfery, z ideologii, jaka nam z różnych względów w daje chwili odpowiada.

Obyśmy nie ulegali rodzącym się w nas złudzeniom, że sami potrafimy, lecz byli gotowi słuchać Słowa, które jest blisko nas, w zasięgu naszej ręki. Prawda, że to Słowo nierzadko jawi się jako twarda mowa i łatwo bywa przez nas odrzucane na dużą odległość. Obyśmy umieli doceniać różnego rodzaju doświadczenia, które „przebijają i dziurawią” nasze przysłowiowe pancerze, dzięki czemu Słowo może bliżej docierać do nas. Nas dotykać w słabych punktach naszego życia. Może być przez nas dostrzegane i przeżywane jako nam bliskie i sprawiające w nas Boże dzieło.

Bp ZbK

Następna strona »

css.php