Zaskoczenie (Ndz Wlkn – 170416)

by bp Zbigniew Kiernikowski

Fakt, który jest nam obwieszczony w Wielką Noc jest zaskoczeniem. Zaskoczył wówczas osoby bliskie Jezusowie. Zaskakuje także dzisiaj nas. Powinien nas zaskakiwać i to stale.

Tam gdzie przeżywam prawdę, że jest śmierć. Dociera ona do mnie w niektórych momentach. Wówczas zazwyczaj myślimy o końcu. To właśnie w takim kontekście, gdy prawda o śmierci ciśnie się niejako na pierwszy plan i nierzadko powoduje rezygnację, dokonuje się zaskakujące obwieszczenie o zmartwychwstałym Panu. Jest to zaskoczenie. Zdumienie, że coś takiego się stało. Zostały rozerwane kajdany ograniczające moje myślenie i doświadczenie.

Arcykapłani chcieli uprzedzić i zneutralizować to ewentualne zaskoczenie, prze przygotowane ograniczenie. Uprosili Piłata, by dał straże, by strzegli grobu Jezusa, ale była to próba „strzeżenia” swojej prawdy. Nic nie miało się zmienić w ich myśleniu. Nic nie ma się zmienić w tym co my wiemy, o czym decydujemy, na czym polega nasza władza i nasze zarządzanie nad przyszłości.

Tak ma być jak ja chcę. Dotyczy to czasem moich relacji w rodzinie, w pracy itp. Ma być tak, jak ja przewiduję. Wykluczam zaskoczenie. A gdyby coś z tego się stało, to i tak mamy środki, aby przekonywać o naszych racjach i naszym sposobie pojmowania prawdy. Arcykapłani byli w stanie dać sporo pieniędzy strażnikom, żeby rozpowiadali „ustanowioną przez nich prawdę”. Tak się rozeszła ta pogłoska.

Jezus przez fakt zmartwychwstaną zaskoczył uczniów, zaskoczył kobiety, zaskoczył strażników, zaskoczył arcykapłanów. Stale zaskakuje. Nie jest to bowiem prawda, którą można sobie wydedukować i jakoś wcześniej ustalić. Trzeba dać się zaskoczyć, że może być inaczej, niż ja przewidują i wyobrażam sobie. Trzeba nam nauczyć się wchodzić w nieprzewidywalność ludzką. Fakt zmartwychwstania zmienia wszystko i stale nas zaskakuje w naszych konkretnych sytuacjach.

Ogólnie jesteśmy ludźmi wierzącymi. Przekonani, że znamy Boga. Wyznajemy wiarę w kościele recytując Credo czy odmawiając je na modlitwie. Wyznajemy wiarę w jednego Boga. W konkretnych jednak sytuacjach nie zawsze chcemy dać się zaskoczyć i przyzwolić, żeby fakt zmartwychwstania Jezusa stawał sią i był niejako naszym

Tak dzieje się, albo się nie dzieje, kiedy wyciągam rękę do nieprzyjaciela. Może być odrzucona. A może stać się cud przemiany i zmartwychwstania. Może wydaje mi się, że podjęte kroki ku rozwodowi czy życie w rozłamie małżeństwa to już „uzyskane” przeze mnie rozwiązanie. Nie może być inaczej. Niejednokrotnie człowiek wykreśla z horyzontu swego myślenia pojednanie czy nawrócenie i zmiana myślenia.

Bardzo często „ciąży” ludziom mylenia, że nie może być inaczej, niż sami postanowili i że muszą – czasem za wszelką cenę – bronić swojej prawdy. Nie dopuszczają myśli, że może zaistnieć nowość, może zafunkcjonować gest pojednania, który uleczy zastarzałe sprawy i zmieni relacje. Jeśli w posłuszeństwie Ewangelii uczynię gesty i kroki wynikające z tej Dobrej Nowiny, które mi obwieszcza ową logikę zaskoczenia, mogę ja też zostać zaskoczony i może we mnie dokonać się coś, co mnie zaskoczy i wprowadzi w zdumienie na miarę nowego stworzenia. Będzie to stworzenia relacji nowego typu, wzbudzenia nowego sposobu widzenia, przetarcia oczu, które może zaszły mgłą własnych przekonań itp.

Mesjasz, którego wszyscy oczekiwali, kiedy się objawił w swoim słowie i w swoich czynach, nikomu nie pasował. Został więc ukrzyżowany, żeby Jego historia się zamknęła. Żeby nie zaskakiwał, żeby nie był już więcej niewygodny i objawiający prawdę inną niż ta tylko ludzka. A wszystkich zaskoczył. w swoim zmartwychwstaniu. Zaskoczył uczniów w okazanym i przebaczeniu. Więcej: dał im swego Ducha, aby był w nich jako racja i moc nowości. Aby oni zaskakiwali ludzi przez głoszenie Dobrej Nowiny. Aby objawiali, że może być inaczej, niż tylko ludzkie przewidywania, ludzkie lęki, aspiracje i oczekiwania. Pozwalajmy się zaskakiwać Zmartwychwstałemu.

Chrystus jest naszą Paschą.

Bp ZbK

Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie
Taka proklamacja towarzyszyła Jezusowi podczas Jego uroczystego wjazdu do Jerozolimy. Są to słowa z Psalmu 118,26. Jezus przyjął to wołanie ludu jako znak uznania. Jednocześnie wiedział, że to wołanie nie jest jeszcze dojrzałe. Ten lud wołał niewątpliwie szczerze. To była pewna manifestacja wiary w Mesjasza. Jednak ta wiara nie była jeszcze uformowana przez to, co Mesjasz ze sobą niósł i z czym przyszedł do ludzi. Było to wołanie, w którym ujawniało się przekonanie, że Jezus jest tym, który przychodzi, aby dokonać Bożego działa. To było słuszne. Pojmowanie jednak tego działa nie było właściwe i poprawne.

W Psalmie te słowa są wypowiedziane w kontekście obwieszczenia „dnia, który Pan uczynił”. Chodzi więc w tym przesłaniu o działo Boga. Dzieło Boga uczynione według zamysłu Boga. Dzieło, które nie będzie dotyczyło zewnętrznych warunków i okoliczności życia człowieka, lecz będzie dotyczyło samego człowieka. Wówczas oczekiwano najbardziej wyzwolenia spod panowania rzymskiego. Ta okupacja była upokorzeniem dla narodu wybranego. Bali się też o wolność religijną, o świątynię, o to, że mogą być narzucane zwyczaje pogańskie. To wszystko stanowiło realne ograniczenie i zagrożenie narodu i były słuszne obawy i oczekiwania zmiany. Nie o to jednak chodziło w dziele Jezusa.

Prawda Jezusa miała okazać się dopiero w Jerozolimie. I to nie w tryumfalnym Jego wjeździe do miasta, lecz w tym, co się stanie z Jezusem w tym mieście w kilka dni po Jego tak tryumfalnym wjeździe.

To już w Jerozolimie, już po tryumfalnym wjeździe o w obliczu nadchodzących wydarzeń, podczas których Jezus zostanie odrzucony i ostatecznie ukrzyżowany, okaże się kto Go uzna jako przychodzącego w imię Pańskie.
To w Jerozolimie przed pojmaniem Jezus powie:

«Jeruzalem, Jeruzalem! Ty zabijasz proroków i kamienujesz tych, którzy do ciebie są posłani!
Ile razy chciałem zgromadzić twoje dzieci, jak ptak swe pisklęta zbiera pod skrzydła, a nie chcieliście.
Oto wasz dom zostanie wam pusty.
Albowiem powiadam wam:
Nie ujrzycie Mnie odtąd, aż powiecie:
Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie» (Mt 23,37-39).

Będzie to czas próby. Będzie to czas pytania, czy ten odrzucony, ubiczowany, cierniem ukoronowany, niosący krzyż jest tym, który przybywa w Imię Pańskie. Będzie to pytanie czy Ten, który nie broni się przed niesprawiedliwym wyrokiem jest właśnie tym, który przybywa w imię Pańskie. Będzie to czas zdania sobie sprawy z tego, że Ten, kto przychodzi w imię Pańskie, nie przychodzi po to, by ludziom (którzy Go uznają) pomagać realizować swoje plany, lecz by, wprowadzać ich w plan i zamysł Boga. By wprowadzać ich w wypełnianie się w nich działa Pańskiego, czyli przywrócenia człowieka do takiej relacji z Bogiem, że jako uczeń Jezusa, będzie nosił na sobie obraz Boga, tak jak to uczynił właśnie Jezus.

Oby nasze wołanie w tę Palmową Uroczystość i podczas całego Triduum Paschalnego było prawdziwe. Oby tak było w całym naszym życiu.
Bp ZbK

„Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł . . .” Takie oto słowa kieruje do Jezusa najpierw Marta a następnie wypowiada je także Maria. Dzieje się to wtedy, gdy Jezus przybył do ich domu, ze względu na Łazarza. Najpierw słyszał o jego chorobie, a następnie dowiedział się o jego śmierci.

Marta i Maria czekały na Niego. Powiadomiły Go w odpowiednim czasie. On jednak – jak to wynika z ich słów – nie przybył w odpowiednim czasie. Stąd te słowa, które zawierają w sobie coś z wymówki czy są wyrazem jakiegoś żalu. Oczekiwania były inne. Stało się inaczej. Brat Łazarz już nie żyje. Pozostaje płacz i żal. Chociaż nie jest to rozczarowanie.

Marta wyraża jednak swoje zaufanie wobec Jezusa i i wypowiada słowa, które odnoszą tę sytuację do Boga przez Jezusa: „Wiem, że Bóg da Ci wszystko, o cokolwiek byś prosił Boga”. Jest to wyraz gotowości i przyzwolenia na wszystkie wydarzenia, jakie za pośrednictwem Jezusa mogą się stawać. Rzeczywiście, to co, stało się z Łazarze, przekroczyło oczekiwania Marii, Marty i wszystkich, którzy z nimi byli. Co więcej, ten cud wskrzeszenia Łazarza jest znakiem i zapowiedzią zmartwychwstania. I to nie tylko tego zmartwychwstania, którego oczekujemy na końcu czasów, lecz tego, co może się stawać z nami, kiedy uwierzymy i posłucham głosu Jezusa: «Łazarzu, wyjdź na zewnątrz!». To wyjście na zewnątrz, to znak i obraz opuszczenia starego życia (życia starego człowieka) i gotowość wchodzenia w nowe (zob. Rz 6,4-7).

Niejednokrotnie przeżywamy chwile, w których nie spełniają się nasze plany i mówimy albo myślimy: Gdzie jest Pan Bóg? Panie, gdybyś tu był, nie stałoby się to czy tamto! Jaki ma sens w moim życiu takie czy inne wydarzenie? Dlaczego mnie akurat to spotyka. Itp.

To jest wyraz naszej małej wiary oraz wyraz pewnej dominacji naszego planowania i myślenia o przyszłości. Ewangelia dzisiejszej Niedzieli chce nas z tego naszego “zapętlenia się” w sobie samych wyprowadzić. To dokonuje się przez przeprowadzenie nas przez doświadczenie konieczności śmierci i doświadczenie tego, że nasze “choroby” i nasze “umieranie” są nam potrzebne, abyśmy mogli doświadczyć nowości życia.

Obyśmy umieli poznawać i uczyć się tego, że te wydarzenia, które są dotykaniem naszej śmiertelności, nie są ostatecznie dla objawienia się i dla dominacji śmierci, lecz na objawienia się chwały Bożej w naszym życiu. Wprowadzają nas w świat i w krąg wydarzeń, który nie jest nam znany, a który może przed nami otworzyć perspektywy nowego życia. Tego życia, kóre wiąże nas coraz to bardziej z Bogiem, a „odwiązuje nas” (zbawia nas) od dominacji naszego patrzenia na życie i na wszystko.

Przeżywajmy tak te dni kończącego się Wielkiego Postu i przygotowania na Święta Paschalne, kiedy rozbłyśnie blask nowości życia.

Bp ZbK

Czwarta Niedziela Wielkiego Postu jest niedzielą drugiego skrutynium katechumenów. Czytamy w niej Ewangelię o uzdrowieniu niewidomego od urodzenia. Urodził się niewidomym i nie było mu dane poznać otaczającego go świata drogą tego zmysłu, który jest tak ważny w życiu człowieka.

Jednakże ten fakt uzdrowienia, jaki Jezus dokonuje nad tym człowiekiem, jest tylko obrazem do tego, by zwrócić uwagę ludzi, którzy widzą, ale widzą tylko po swojemu. Wymowne są bowiem słowa Jezusa, jakie wypowiada po dokonaniu tego cudu: «Przyszedłem na ten świat, aby przeprowadzić sąd, żeby ci, którzy nie widzą, przejrzeli, a ci, którzy widzą, stali się niewidomymi».

Ze słów Jezusa wynika więc, że można widzieć i właściwie nie widzieć. Takie widzenie albo takie przekonanie o widzeniu możemy nazwać widzeniem według siebie. Widzeniem tego, co chce się widzieć dla siebie. Jest to widzenie ograniczone i zacieśnione do własnego widnokręgu. Ten własny widnokrąg jest zazwyczaj określony własnym interesem i własnymi możliwościami. Jednak te, jakie dzisiaj ma człowiek, nie są oryginalnymi i nie stanowią zamysłu Boga w człowieku. Są kształtowane, a właściwie ograniczane przez to, co stało się w grzechu, gdy człowiek sięgnął po swoje poznanie dobra i zła. Od tego czasu człowiek widzi po swojemu, a nie według tego, co Bóg złoży w człowieku, gdy go stworzył na swj obraz i swoje podobieństwo. Wówczas to – tak możemy powiedzieć – Bóg dał człowiekowi także swój, Boży sposób widzenia. To jednak człowiek stracił, albo przynajmniej zostało to w nim zaburzone i zaciemnione. .

Słyszymy więc w dzisiejszej liturgii: nie tak bowiem, jak człowiek widzi, widzi Bóg, bo człowiek widzi to, co dostępne dla oczu, a Pan widzi serce.

To przejrzenie a właściwie nowy sposób patrzenia dokonał się w Jezusie Chrystusie. On jest światłością świata. Okazuje się wobec świata tą światłością, gdy przyjmuje na siebie to wszystko, co było zniekształcone przez grzech i pozwala ludziom patrzeć na wszystko przez pryzmat swego wydarzenia zbawczego, jakim jest Jego Misterium Paschalne, a więc Męką, Śmierć i Zmartwychwstanie oraz dar Ducha Świętego. To właśnie Misterium zmienia punkt widzenia z tylko ludzkiego na Boży. Dokonuje się to w człowieku, który spotyka Jezusa i pozwoli się Jemu dotknąć przez Tajemnicę. Jezus splunął, uczynił błoto i pomazał oczy niewidomego. Stało się to w szabat. Stało się to po to, aby nastąpiło przejrzenie.

Obyśmy spotykali Jezusa we wszystkich zakamarkach naszej ślepoty.

Bp ZbK

Daj mi pić! (3. Ndz WlkP – 170319)

by bp Zbigniew Kiernikowski

Trzecia Niedziela Wielkiego Postu jest tradycyjnie związana z pierwszym skrutynium katechumenów przygotowujących się do przyjęcia Chrztu podczas najbliżej Wigilii Paschalne. Czytamy wówczas ewangelią o Samarytance (J 4,5-42). Przesłanie tej ewangelii, szczególnie przyjmowane w kontekście skrutynium katechumenalnego, dotyczy pytania o sens i źródło życia i prowadzi do spotkania z Jezusem i uznania oraz wyznania, że On jest Prorokiem, Mesjaszem i że On prawdziwie jest Zbawicielem świata.

Cała scena rozpoczyna się od prowokującego wyzwania czy raczej prośby, którą Jezus kieruje do Samarytanki: «Daj mi pić!»

Samarytanka odpowiada Jezusowi ze zdziwieniem:

«Jakżeż Ty, będąc Żydem, prosisz mnie, Samarytankę, bym Ci dała się napić?»

Moglibyśmy przełożyć to na kolokwialne powiedzenie: Czego mnie się czepiasz, skoro wiesz, kim ty jesteś i kim ja jestem. Dlaczego mnie zagadujesz. Ty masz swój świat. Ja mam swój świat i każdy w tym swoim świcie próbuje sobie radzić, jak potrafi. Każdy też ma swoją religijność i oddaje Bogu cześć, jak potrafi.

I tak można by snuć to przedstawianie oddzielnych światów.

Jednak Jezus wie, że potrzebne jest zaczepienie tej niewiasty (jak Ewangelista potem powie wprost, że Jego uczniowie po powrocie z miasta dziwili się, że rozmawiał z kobietą).

A jednak było potrzebne to „zaczepienie” Samarytanki przez Jezusa. To spotkanie z Jezusem stało się okazją do odkrycia prawdy o jej życiu. On w świetle słów Jezusa zrozumiała, kim ona jest i poznała kim On jest.

Wezwanie, jakie Jezus skierował do samarytanki: Daj mi pić! Jest jednocześnie bowiem pytaniem, czy masz w sobie życie, czy masz w sobie źródło życia. Dalej, czy jesteś człowiekiem, który żyje z mocy Boga i jest na Jego obraz i podobieństwo. Czy jest dzieckiem Boga. Czy też odwrotnie jest kimś, kto ma wielu baalów, bożków i stale musi przychodzić do studni i czerpać, by zabezpieczać sobie życie.

Fakt, że przy okazji tego wezwania (prośby) Jezusa Samarytanka uświadomiła sobie, że to życie, które ma i które podtrzymuje nie jest pełnym życiem, dał jej okazję do poznania Tego, który jest Życiem i który daje życie.

Gdybyśmy mogli zapytać Samarytankę już po tym całym wydarzeniu, czy jest szczęśliwa, że Jezus ją zaczepił i postawią w trudnej sytuacji, jej odpowiedź nie mogłaby być inna, że właśnie to „zaczepienie” przez Jezusa dało totalną nowość jej życiu. Jej życie otrzymało nowe źródło, nowe tchnienie, nową moc. Wszystko to stało się niezależne od jej dotychczasowych zabiegów o życie, o wodę. Zostawiła nawet swój „zwyczajny” dzban, z którym „codziennie” chodziła, by czerpać wodę.

Pozwólmy zaczepiać się Jezusowi.

Nie oddalajmy i nie odrzucajmy Jego „czepiania” się naszego życia. Nawet jeśli czasem te Jego „zaczepki” są nam niewygodne i nie zawsze nam pasują

On wie, że nie mamy w sobie źródła życia. Ale pyta o to, byśmy zostali wyprowadzenie z fałszywych naszych przekonań i poznali Jego moc i łaskę.

Bp ZbK

W drugą Niedzielę Wielkiego Postu czytamy tradycyjnie Ewangelię o Przemienieniu Jezusa na wysokiej górze. Tak jest każdego roku w zmieniających się cyklach. Tradycyjnie przyjmuje się, że była to góra Tabor. Niektórzy jednak uważają, że było to na jednym ze zboczy góry Hermon. Niezależnie od tego, jaka to była góra, ważne jest to, że Jezus wziął wybranych uczniów w górę. Zaprowadził ich na górę? Uniósł ich w górę? Dał im doświadczenie bycia w górze ?

To było na osobności. Już przez sam fakt wybrania trzech uczniów i przez to zabranie ich ze sobą przez Jezusa stanowiło to więc pewne wyrwanie z normalnego i zwyczajnego biegu wydarzeń. Na dodatek to przemienienie. Zobaczyli Go jako całkowicie innego. Nadto z osobami, które mogą być uważane za najbardziej reprezentatywne w całej historii narodu wybranego: Mojżesz i Eliasz; a więc Prawo i Prorocy.

Wreszcie jakby ukoronowanie całego wydarzenia – głos z obłoku: «To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!» Apostołowie zlękli się. Nie pojmowali wydarzenia, chociaż je przeżyli jako wybrani przez Jezusa.

Jezus mówi do niech, aby się nie lękali – nawet jeśli to wszystko w danej chwili ich całkowicie przerastało i przerażało. Skoro to się wydarzyło, to wydarzyło się w określonym celu. Skoro tego nie rozumieją w tej chwili, to też dlatego, że rozumienie tego nie zależy od ich rozumu i inteligencji, ale będzie im dane w stosownym czasie. Tym samym też Jezus daje im do zrozumienia, że to, czego w tej chwili nie pojmują, ma wielkie znaczenie. Nie jest w ich kompetencjach. Nie będzie to owocem ludzkiego dociekania. Zostanie im objawione, kiedy oni przeżyją swoje przemienienie wobec tego, o spotka Jezusa, gdy zostanie wydany w ręce ludzi i ukrzyżowany.

Gdy nadejdzie ten czas, wtedy oni – uciekając przed tym wydarzeniem i opuszczając Jezusa – będą mieć sposobność poznania samych siebie. Wtedy im się objawi to, kim oni są i kim Jest Ten, który wcześniej przez chwilę przemienił się przed nimi na górze, który jednak nie stawił oporu, by wejść w całkowite poniżenie i śmierć krzyżową. Po Jego zmartwychwstaniu – po zmartwychwstaniu Syna Człowieczego dokona się ich przemiana. Będą mogli świadczyć o wydarzeniu Jego przemienienia na górze, o Jego poniżeniu i Jego zmartwychwstaniu. Będą też mogli świadczyć o swojej przemianie w myśleniu i działaniu

Bp ZbK

W pierwszą Niedzielę Wielkiego Postu słyszymy kolejno w latach A B C ewangelie o kuszeniu Jezusa na pustyni (na górze kuszenia) według poszczególnych ewangelii synoptycznych. Ewangelista Marek nie opowiada nam szczegółowo żadnego kuszenia Jezusa ze strony diabła. Natomiast w wydaniu Mateusza i Łukasza mamy przedstawione trzy sceny, chociaż różnią się one co do kolejności. To kuszenie Jezusa miało miejsce zaraz po teofanii nad Jordanem, kiedy to Jezus został przedstawiony jako Mesjasz i Syn Boży. Stało si to przez ukazane niebo otwarte, przez zstąpienie na Jezusa Ducha Świętego w postaci Gołębicy i przez głos Boga Ojca poświadczający, że Jezus to Syn umiłowany Ojca.

Scena kuszenia dokonuje – choć to może brzmieć paradoksalnie – z inspiracji Ducha Świętego. Ewangelista Mateusz powie wprost: „Duch wyprowadził Jezusa na pustynię, aby był kuszony przez diabła” (Mt 4,1).

Odbyły się trzy „ataki” diabła skierowane przeciwko Jezusowi. Jakie to były jednak ataki? Czy to były ataki? Przecież, patrząc po ludzku musimy stwierdzić, że diabeł przychodził do Jezusa ze swoistą pomocą. Wyraźnie to widać przynajmniej w dwóch jego podejściach do Jezusa – pokusa chleba i rzucenia się ze szczytu świątyni. Były to podpowiedzi, jak uniknąć cierpienia i jak zyskać poklask i stać się przywódcą ludu.

Jak się zachował Jezus wobec tych propozycji diabła? Nie walczył z nim wprost i nie kontratakował go, lecz po prostu nie skorzystał z jego atrakcyjnych podpowiedzi.

Kiedy diabeł „zobaczył”, że Jezus nie poszedł na żaden kompromis, diabeł „musiał” odejść. Nie miał wyjścia. Musiał odstąpić od Jezusa i Go opuścić. Jezus miał bowiem swój plan dzieła, do jakiego został posłany przez Ojca. Jezus wiedział, że jakakolwiek próba „ulepszania” tego planu, byłyby zwycięstwem diabła. i nie skorzysta z żadnego

To odnosi się także do nas. To jest przesłanie, które płynie ku nam na początku Wielkiego Postu. Nie potrzebujemy walczyć z diabłem, Nawet nie powinniśmy tego robić. On chce nas wciągnąć w zakres jego działania. Nie powinniśmy wchodzić w jego system działania. Jedyny sposób zwycięstwa nad nim to nie walka z nim, lecz odrzucenie jego propozycji. Prawdziwe zwycięstwo to dokonuje się wtedy, gdy nie skorzystamy z jego „ulepszających” podpowiedzi. To okazanie mu, że jesteśmy dobrze zakotwiczeni w planie Bożym i że jest nam w tym dobrze, nawet jeśli trudno i czasem nie wszystko jest w danej chwili i w danej sytuacji łatwe do zrozumienia.

Gdy diabeł to wyczuje i zobaczy wtedy stanie się to, co stało się w przypadku Jezusa:

Wtedy opuścił Go diabeł, a oto przystąpili aniołowie i usługiwali Mu.

Trzymajmy się Jezusa i wpatrujmy się w Niego. Tylko przez Niego płynie ku nam prawdziwa moc życia od Ojca.

Bp ZbK

W Ewangelii czytanej w 8 Niedzielę roku A słyszymy kolejny fragment Kazania na Górze. Jest to mowa programowa Jezusa. Zarysowuje On w niej obraz życia ucznia, którego spotkała łaska usłyszenia słowa Jezusa i który ma odwagę przystąpić do Jezusa i trwać przy Nim. Jezus obwieszcza podstawową prawdę:

 „Nikt nie może dwom panom służyć. Bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego będzie miłował; albo z jednym będzie trzymał, a drugim wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie” (Mt 6,24).

Tę prawdę Jezus rozpracowuje dalej, albo raczej trzeba powiedzieć niejako przymierza do każdego z nas, którzy mamy jakieś pojęcie o tym, że za Nim idziemy, czy do Niego przystępujemy. Daje nam okazję niejako zestawienia się z liliami polnymi i ptakami podniebnymi.

Słowem, które dominuje określenie stosunku do Jezusa i do Boa jako Ojca jest imperatyw: nie martwcie się. W poprzednim przekładzie było: „nie troszczcie się zbytnio”. Dobrze, że mamy nowy przekład. Oddaje on lepiej przesłanie tekstu oryginalnego. Właściwie można wyrazić to jeszcze bardziej dobitnie: “Nie zamartwiajcie się”.

Chodzi o taki stosunek do dóbr materialnych, który nie pozwoli na zajęcie w sercu i myśleniu człowieka miejsca należnego Bogu. To miejsce należne Bogu w życiu człowieka jest potrzebne nie Bogu, lecz człowiekowi. Miejsce należne Bogu w życiu człowieka to – obrazowo mówiąc – podobne do miejsca należnego silnikowi w samochodzie. On jest tym, który gwarantuje przetwarzanie wszystkiego na siłę i moc życia. On gwarantuje moc życia. Chodzi więc o to, by Bóg miał w naszym życiu należne, to znaczy pierwsze i jedyne albo wręcz wyłączne miejsce.

Jeśli człowiek zacznie się zamartwiać i szukać zabezpieczenia tej mocy w czymś innym poza Bogiem, to tak jakby odrzucał moc Boga. Jeśli zacznie się zamartwiać tym co i jak robić, by sobie zabezpieczyć życia, to zagubi swoją relację z Bogiem, od którego całe życie pochodzi.

Naturalnie człowiek potrzebuje tego wszystkiego, co jest konieczne do życia. Ale o tym też wie Stwórca i Odkupiciel. Uczeń Jezusa będzie się więc normalnie troszczył o to, co jest mu potrzebne. Będzie to robił z poddaniem się prowadzeniu Boga. Nie będzie się zamartwiał tym co i jak to robić, bo wie i wierzy, że Ma Ojca, który Go prowadzi.

Obyśmy umieli właściwie troszczyć się o wszystko pod przewodnictwem Jezusa, a więc o królestwo Boga i Jego sprawiedliwość, a nigdy nie ulegli zamartwianiu się o swoje życie.

Bp ZbK

Być świętym (7. Ndz A 170219)

by bp Zbigniew Kiernikowski

Zaskakujące i w pewnym sensie przerażające wezwanie: „Świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty, mówi Pan”.

Może rodzić się zastrzeżenie. Pan Bóg może to powiedzieć, ale jak ja mam to uczynić. A może lepiej i właściwej: Jaka jest droga, aby to się stało? Abym ja na tej drodze mógł siebie odnaleźć i być szczęśliwym?

Pan Bóg podaje Mojżeszowi drogę, na której ta propozycja życiowa może się spełnić. Podaje cały szereg wskazań i przykazań. Znamy dekalog. W liturgii dzisiejszej niedzieli nie zostaje przedstawiony cały dekalog i wszystkie inne wymagania. Czytamy i słyszymy jeden z fragmentów, który można a nawet trzeba uznać za bardzo znamienny. Stanowi on jeden z najbardziej charakterystycznych wyrazów czy przejawów świętości Boga udzielanej człowiekowi.

Nie będziesz żywił w sercu nienawiści do brata. Będziesz upominał bliźniego, aby nie zaciągnąć winy z jego powodu. Nie będziesz szukał pomsty, nie będziesz żywił urazy do synów twego ludu, ale będziesz miłował bliźniego jak siebie samego. Ja jestem Pan! (Kpł 9,17n).

Tak Bóg mówi i to poleca człowiekowi. Czy jest to jednak możliwe. Jako chrześcijanie możemy powiedzieć, że Bóg nie tylko tak poleca, ale sam tak uczynił wobec ludzkości i wobec każdego człowieka w swoim Synu Jezusie Chrystusie. On to okazał się doskonałą miłością Ojca, kiedy wydany w ręce ludzi i skazany na śmierć, przebaczył ludziom. Usprawiedliwił ludzi, aby nie musieli kierować się swoimi impulsami i pożądaniami. Także poczuciem zemsty i nienawiści. Dał wierzącym w Niego dar Ducha Świętego, który ich jednoczy przez przebaczenie i uzdolnienie do ofiarnej miłości, która nie szuka siebie i niczego nikomu nie zazdrości ani nikogo nie ma w nienawiści.

Tam, gdzie mocą Chrystusa w relacje międzyludzkie wkracza przebaczająca miłość i gdzie mocą Ducha Świętego zostaje pokonana nienawiść, tam staje się świątynia Boga. Tam kształtuje się postawa pokory wobec drugiego człowieka ze względu na to, że Bóg – Syn Boży uniżył siebie i to aż do śmierci krzyżowej. Tam kształtuje się wiara w działanie Boga i zaufanie Jemu, a każde serce wierzącego wyzbywa się chęci dominacji i chełpienia się przed ludźmi. Wszędzie tam, jest jeden Pan i tworzy się Jego Ciało, Świątynia Boga i mieszkanie Ducha Świętego. Aby tak było i tak się działo, potrzebujemy inicjacji. Potrzebujemy wdrożenia w uaktualnianie czy w uruchomienie i pobudzenie do działania (do skuteczności) tego, co już w sobie nosimy z mocy i daru chrztu świętego.

Taka świętość jest dostępna dla każdego. Nie dajmy się odwieść przez jakieś uwagi czy osądy, że to nie dla nas, że to nieżyciowe. Tak bowiem podpowiada świat. W tym kierunku kręci zły duch i ośmiesza to, co jest najbardziej prawdziwe. Nie dajmy się zwodzić. Po prostu bądźmy świętymi, bo Bóg jest święty. Pozwólmy, by On z nas tworzył soją świątynię. On nam proponuje drogę życia, która jest realnie święta, bo najbardziej prawdziwa i najbardziej odpowiadająca człowiekowi.

Pozdrawiam

Bp ZbK

Czy jest możliwa większa sprawiedliwość ?

Słyszymy dziś słowa Pana Jezusa: Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego (Mt 5,20).

Pamiętamy o tym, że faryzeusze i uczeni w Piśmie byli – jak można by powiedzieć współczesnym językiem – rekordzistami w zachowaniu przepisów Prawa zarówno pisanego jak i ustnego. Może więc powstać pytanie: Czy to możliwe, aby ktoś wykazał się większą zdolności zachowania i wykonania przepisów Prawa. To mogłoby być rozumiane tak, jak gdyby ktoś chciał pokonać w biegu na 100 metrów aktualnego rekordzistę świata. Zresztą tak można porównywać się w różnych dyscyplinach. Czy można pokonać aktualnego mistrza? Kto tego może dokonać i być nowym rekordzistą w jakiejś dziedzinie? Udaje się to od czasu do czasu tym, którzy ustanawiają nowe rekordy i zdobywają kolejne medale. Ale zawsze to będą tylko jednostki.

Czy o to Jezusowie chodziło, abyśmy „pokonali” faryzeuszów w dziedzinie sprawiedliwości czyli w zachowaniu Prawa?

Nie jesteśmy w stanie przywołać słów wypowiedzianych przez Jezusa w języku aramejskim. Mamy je zapisane przez Ewangelistę Mateusza w języku greckim. Ewangelista stosuje słowo (czasownik), który nie tyle wyraża wzmocnienie intensywności czy ilości czegoś, lecz wskazuje na zaistnienie takiej sytuacji (także obfitość czy intensywności), że zmienia się kategoria oceny czy obieg. Kończy się pewna jakość czegoś i wchodzi na jej miejsce nowa jakość. Następuje przelanie czegoś, przekroczenie jakiejś granicy i przejście w nowy sposób działania.

Możemy więc rozumieć to słowo Jezusa w następujący sposób: Jeśli wasza sprawiedliwość, czyli wasz sposób podejścia do Prawa (ogólnie mówiąc do wypełniana Woli i zamysłu Boga) nie będzie innej jakości, niż ta, którą praktykują faryzeusze i uczeni w Piśmie . . .

O co więc chodzi?

Proponuję rozumieć te słowa Jezusa w następujący sposób: Uczeń Jezusa zamiast zabiegać o wypełnianie wielu przykazań i tak budować swoją sprawiedliwość, by zdobywać jakieś uznanie u Boga i u ludzi, uzna siebie za grzesznika, który nie wypełnia wielu przepisów, ale – dzięki temu, że przystąpił do Jezusa i uwierzy w Jego ogłoszenie (błogosławieństwa – zob. 5,1nn), pozwoli na to, aby być doświadczonym przez niedostatek, przez niesprawiedliwość. Pozwoli na zabranie szaty i może odda także płaszcza. Przyjmie policzek i może nastawi drugi. Nie będzie się prawował, zabiegając o swoje i potępiając drugiego. Nie zaatakuje drugiego jako wroga, lecz okaże mu miłość i będzie mu dobrze czynił.

Tego rodzaju sprawiedliwości nie da się „wypracować” tylko przez pełnienie (niektórych) dobrych czynów. To rodzaju sprawiedliwość jest darem od Boga dla tych, którzy mają odwagą i pokorę przystąpienia do Jezusa i pójścia za Nim. Jest to sprawiedliwość nie dla wykazania własnej sprawiedliwości, lecz sprawiedliwość pochodzącej z mocy Boga, który usprawiedliwia grzesznika i czyni go zdolnym do dzieł, jakie przynależą naturze Boga objawionej w Jezusie Chrystusie. Jest to sprawiedliwość z zupełnie innej kategorii i z zupełnie innego źródła, niż moc i mentalność człowieka a także to wszystko, co człowiek uważa za swoje prawa, swoją godność i swoje obowiązki.

Bp ZbK

 

Następna strona »

css.php