Lekkość i ciężar – czyli jak można biegać po wodzie ( XIX Niedz.Zw.)

Słowo „ciężar” jest nieodłącznym towarzyszem biegacza niczym buty czy marzenia o starcie w nowojorskim maratonie. Mówimy o obciążeniach treningowych, ciężkiej trasie czy też ciężkim biegu. Biegacz nie unika specjalnie obciążeń. Wpisane one są w aktywność biegową, są jej treścią gdyż odpowiednio stosowane przygotowują organizm do wysiłków startowych.

Obciążenia fizyczne stanowią również wyzwanie dla psyche. Ich pokonywanie buduje hart ducha, wzmacnia mentalnie, pomaga biegaczowi aktywnie stawać wobec problemów życia codziennego.

Nie oznacza to jednak , że nakładanie ciężarów stanowi cel sam w sobie . Fazy obciążeń przeplatają się z fazami odpoczynku który stanowi niezbędny element przygotowania biegowego. Cieszy nasz wzrok widok lekko biegnącego maratończyka , a lekki trening przed  zawodami mobilizuje organizm do wysiłku na starcie biegu.

Lekkość i ciężar – pojęcia wzięte ze świata fizycznego stosujemy również w obszarach zarezerwowanych dla ducha. O lekkości i ciężarach w tym obszarze opowiada Mateusz relacjonując spotkanie Jezusa z Piotrem na środku Jeziora Galilejskiego a którą to relację słyszymy w XIX Niedzielę Zw.Roku Liturgicznego.

Czy i czym jesteśmy obciążeni nie trzeba się zbytnio rozwodzić. Niełatwo jest spinać miesięczny budżet, dogadywać się w codziennych sprawach z rodzinką, szukać pracy, układać się z pracodawcą. Trudno jest przyjmować uwagi , nierzadko złośliwe dotyczące błędów, głupich przyzwyczajeń czy też tych cech charakteru , z którymi już nawet sam nie mam siły walczyć. Jeśli jeszcze słyszę, że tego złego powinienem unikać, to powinienem zmienić na lepsze , w tym powinienem się poprawić – kamień młyński u szyi gotowy.

Aby uwolnić Piotra od zbędnego balastu :

” … Jezus zaraz przemówił do nich: Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się!   „

Jak wygląda poranek, gdy budzisz się i nie boisz o to jak zapłacisz rachunki, jak Cię potraktuje żona/mąż po wczorajszej wpadce , czy dziecko nie wywinie dziś jakiegoś numeru…Nie boisz się nie dlatego, że się to nie zdarzy( chociaż oczywiście dokładamy wszelkich starań aby się nie zdarzyło), ale dlatego że ON JEST. Piotr poszedł po wodzie nie dlatego, że Jezus nauczył go pływać, lub że wymyślił mu pływające buty.Potrzebne i wystarczające było (jest) jego  (moje)  zawołanie , moja zgoda na spotkanie Chrystusa

( … Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie!…)

oraz Jego obecność.

Ta obecność tak trudna do stwierdzenia, bo Chrystus nie jest tam, gdzie intuicyjnie Go szukamy. Wg uczniów powinien być na brzegu.Wydawało by się że Bóg jest z tymi, którzy są w porządku, mniej więcej poprawnie wypełniają swoje zobowiązania wobec otoczenia. Na pewno jest i tam, ale  aby pozbawiać nas strachu on JEST w sytuacjach trudnych, gdy tonę, z czymś sobie nie radzę.Jest obecny szczególnie gdy NIE wypełniam przykazań, gdy robię błędy, i są to te odpowiednie okoliczności w których On przychodzi.(Akcja Mateuszowej opowieści toczy się w oddaleniu od bezpiecznego brzegu przy niesprzyjającej pogodzie) .

Gdy w to uwierzysz, gdy uwierzysz że nie Twoje powinności( spełniane mniej lub bardziej poprawnie) ale Jego Obecność uwalnia Cię od balastu i obciążeń,  z lekkością i swobodą pójdziesz tam, gdzie bałeś się nawet skierować wzrok: do skłóconej teściowej, wymagającej nie lubianych przez Ciebie prac domowych  żony, córki , która porobiła trochę błędów w życiu.

Piotr jest pionierem biegania po wodzie ( podbiegł by prawdopodobnie, gdyby mu nie przeszkadzały sandały). My jako biegacze , ale też członkowie rodzin, pracownicy, mieszkańcy osiedli możemy wkraczać , wbiegać wszędzie tam, gdzie do tej pory lęk, obawa trzymały nas w szachu wiedząc o obecności Chrystusa, która w każdej Eucharystii może wkraczać w nasze życie.

Dlatego wchodząc do kościoła na Mszę Świętą idź śmiało jako grzesznik, jako ten przytłoczony przez różne życiowe ciężary, wziąć Ciało Pańskie  i pozwól aby On zdejmował te ciężary z Ciebie , bo jesteś stworzony do biegania po wodzie.