Podpis

Choć może media sugerują, co innego, ale to nie ekspertyza podpisu L. Wałęsy, ale podpis Donalda Trumpa pod decyzją odmawiającą obywatelom kilku państw islamskich wjazdu do USA, okazał się bardziej emocjonujący dla wielu moich rodaków. Odkrywam to podobnym do państwa zaskoczeniem, bo sam też nie przywiązałem do tego jakiejś szczególnej uwagi, ale kilka gorących rozmów szybko zmieniło mój pogląd. Wymiany zdań były, bowiem tak zaangażowane, że moje zazwyczaj ucinające polityczne dysputy żarty zostały przyjęte na serio i musiałem się gęsto tłumaczyć. Decyzja 45 prezydenta USA podzieliła moich rozmówców dokładnie według wyznaczonej przez nie tylko polskie media granicy. O dziwo ta granica nie jest tożsama z linią frontu politycznego, co by oznaczało, że w tej kwestii przynajmniej moi znajomi starają się mieć własne zdanie.

Odrzuciwszy wszelkie opowieści o miłych egipskich kelnerach lub niesympatycznych, czy nawet nachalnych muzułmanach z Belgii, czy Francji, muszę przyznać, że część moich znajomych sięga głębiej do gazet, czy Internetu, niż tylko lead’y z pierwszej strony. Odwołują się do historii, przywołują cytaty, ba niektórzy deklarują, że sięgają po Koran. Z tym ostatnim to jednak myślę, że delikatnie blefują, bo raczej są to wyrywane z kontekstu cytaty lub nierzadko zmyślone pod tezę nieistniejące sunny, których pełno jest na antyislamskich stronach. Niemniej Donald Trump przyczynił się do czegoś, co dawno postulowałem w kontekście Polski, czyli nie dyskusji, ale wpierw edukacji na temat islamu.

Udawanie, że islam i jego społeczne oraz polityczne konsekwencje, to coś, przed czym wystarczy zatrzasnąć nasze granice, to myślenie nie tylko magiczne, ale zagrażające naszej, nie waham się użyć tych słów, wolności i tożsamości. Odmowa przyjmowania uchodźców z krajów islamskich, zakaz budowy w Polsce meczetów nie uchroni nas przed zagrożeniem terroryzmem, z którym zerojedynkowo utożsamiany jest islam. Tymczasem nawet nie wiedza, ale proste doświadczenie z polskimi potomkami krymskich Tatarów, nakazuje jednak wstrzemięźliwość przed wydawaniem takich osądów. Islam wbrew temu, co czytamy i słyszymy nie jest religią jednolitą. Już po śmierci Mahometa pojawiły się dwa zasadnicze nurty, nie tylko konkurujące między sobą, ale nawet się zwalczające. Wiara proroka niesiona po świecie napotykała różne kultury, z których czerpała nie tylko kulturowe inspiracje. Czy ta oczywistość powinna nas skłaniać do bezrefleksyjnego otwierania drzwi? Oczywiście, że byłaby to naiwność. Ale życie w świadomości, że każdy obcy nosi pas szahida, to najzwyczajniej koszmar.

Islam w Polsce jest od wieków. Jak dotąd jego wyznawcy byli wierni nowej ojczyźnie0, oddając za nią swe życie? Od połowy XX wieku muzułmanie zaczęli szturmować Europę. Nie w sformowanych armiach, ale pojedynczo, rodzinami. Najpierw zapraszani do odbudowy powojennej Europy, potem na potrzeby starzejących się społeczeństw. Dziś przypuszczają atak na granice Unii Europejskiej, która jawi się im jak Ziemia Obiecana. Na razie Polska nie jest w ich rozkładzie jazdy, ale za kilkanaście lat może się to zmienić. Przestańmy się oszukiwać. Ktoś musi zająć miejsce milionów młodych dziś Polaków, którzy wyjechali już na stałe na Zachód. Milion Ukraińców już dziś buduje polską gospodarkę. Za 10 – 15 lat będziemy potrzebowali znacznie większego dopływu rąk do pracy. Alternatywa jest jedna, albo zaczniemy lepiej płacić młodym Polakom, albo już dziś wzorem Niemiec przygotujmy dobre programy asymilacyjne.

PS

A co do podpisu L. Wałęsy, to ja się czuję luksusowo, bo nie muszę zmieniać zdania. Niech w lustro patrzą sobie Ci, co wiedzieli od dawna, ale im to jakoś nie przeszkadzało.

 

Niemodne słowo z marzeń

darza się Państwu olśnienie? Takie cuś, że w jednym momencie na myśl składa się doświadczenie, obserwacja rzeczy, zjawisk na pozór od siebie dalekich w miejscu, czasie i materii? Zapewne nie raz, tak jak i mnie niedawno olśniło rozedrganie, w jakie wpadają nasze panie, no, dobra panowie też. Parę dni temu próbowałem zmienić kanał telewizyjny w poszukiwaniu czegoś zdecydowanie bardziej atrakcyjnego niż w mojej ocenie oglądany film. Wiecie co jest dziś uosobieniem domowej władzy? Oczywiście, że pilot od TV. Próba domowego puczu została zduszona, a ja zmuszony do wyboru komputer czy telewizor, wybrałem medium z romantyczno – dramatycznym kontentem.

Film opowiadał o klasycznej nowoczesnej w wydaniu amerykańskim rodzinie, czyli matce trójki dzieci, każde z innym tatą, przy czym ostatni akurat usiłował pełnić funkcje rodzicielskie, co nie przeszkadzało mu romansować z przyjaciółką domu, co spotykało się z oburzeniem starszych dzieci, zbulwersowanych milczeniem matki, żyjącej w strachu, że zbyt gwałtowna reakcja pozostawi ją samą z dziećmi. I choć scenarzyście bliżej było do Złotych Malin, niż Oskara, to naszło na mnie owo olśnienie obyczajowe.

Z jednej strony marzy nam się świat, w którym wolność oznacza brak odpowiedzialności za słowa, czyny, a zwłaszcza uczucia. Świat pszczółek latających sobie z kwiatka na kwiatek, żyjących na próbę, konkubinatów, trójkątów etc. Świat tak zwanej wolnej miłości bez zobowiązań. Taki nowoczesny, jakby to nazwał Kaźmierz Pawlak, z pigułką na miłość, na spokojność, na brak dzieci, na zapomnienie. Jednocześnie tkwimy po uszy w średniowieczu, bo choć sami zajmowalibyśmy się różnymi kwiatkami, to dobrze by zawsze był jeden taki, co by na nas zawsze czekał, był tylko dla nas. Inaczej marzymy o swobodzie i wolności, ale i o wierności, miłości do grobowej deski. Od wieków ludzie starsi, doświadczeni przez życie pouczali młodszych rwących do przodu o wartości zasad, konieczności szanowania uczuć. Kiedy patrzę na swoich znajomych, którzy już nawet nie po 40 tce, ale i po 50 tce, a nie rzadko i później zaczynają „nowe życie”, stwierdzam, że młodzi mają dziś przegwizdane, bo kto ma się dzielić z nimi doświadczeniem, skoro siwe włosy nie są już synonimem stateczności i rozsądku.

Świat nam oszalał niemal z pokolenia na pokolenie. Antykoncepcyjna pigułka uwolniła ludzkość od odpowiedzialności za życie drugiego człowieka. Miłość sprowadziła do wyłącznie, choć pięknego, ale jednak niedającego pełni szczęścia aktu. Seks przestał być pięknym, przez swą intymność, a zaczął być wyłącznie zaspakajaniem fizycznych potrzeb człowieka. Szaleńcze tempo życia wdarło się też do tej najpiękniejszej sfery istoty ludzkiej, uczuć. Nie mamy czasu na coś głębszego, na poznanie się, na okazywanie uczuć, przeżywanie miłości do drugiego rozumianej, jako pełne i bezgraniczne oddanie. Boimy się takiej miłości, bo to oznacza wystawienie się drugiemu człowiekowi, takimi, jakimi jesteśmy, a nie, jakimi sobie siebie wyobrażamy, jakimi chcemy by nas widział świat. Miłość oznacza odrzucenia pozorów, masek, image. Kochać oznacza być akceptowanym i akceptować drugiego z naszymi i jego wadami i niedoskonałościami. Kto zaryzykuje? Skąd mamy mieć pewność, że odrzuciwszy pozory, maski nie staniemy się ofiarami? A jednocześnie, nowoczesność nie zabiła w nas pierwotnego pragnienia miłości bezwarunkowej, wierności po kres dni. Wzrusza nas miłość staruszków w stopniu równym, co romantyczne komedie o tej jedynej, jedynym. Łzę wyciska nawet miłość Shrek’a i Fiony.

Kim chcemy naprawdę być? Czego pragniemy? Co jest prawdziwsze? Co trwa dłużej niż biurowy romans? Mamy jeszcze dość czasu na zadawanie sobie pytań i udzielanie odpowiedzi. Wszystko w życiu ma swoje miejsce i czas. I nie ma sensu tego ponaglać, nie wolnego tego przegapić i nie ma próbować nadrabiać.

 

Studencki żart

Jakieś 30 lat temu początkujący dziennikarz studenckiego radiowęzła dostał 0zadanie odpytania profesora rektora ds. dydaktyki i wychowania. Jego Magnificencja sama sobie wywiadu zażyczyła uznając radio za medium godne przekazania swego przesłania w kwestiach żackiego rozpasania. Samo umawianie się na ten wywiad było dla profesora ciężką próbą naszego dość lekkiego podejścia do odbierania telefonów. Jeden z moich przyjaciół uparcie odebrał trzy telefony hasłem: „schron przeciwatomowy numer 536 słucham”. Za czwartym podejściem Pan Rektor pierwszy wykrzyknął „Radio Centrum? Co wy sobie … myślicie?” Po takim wstępie dalej mogło być już tylko gorzej. Pamiętam jak zaskoczony przez kolegów zadaniem w pierwszym podejściu śmiertelnie obraziłem Pana Rektora zamieniając mu dość delikatnie ale jednak imię na Roman. Skończyło się na solidnych przeprosinach, które pozostawiły rektora w studio, a mnie na liście studentów. Po latach wspominam historyjkę z uśmiechem, choć wtedy do śmiechu wcale mi nie było.

Pomimo upływu trzech dekad ludzie się nie zmieniają. Pan profesor na 100 procent sytuacji nie pamięta, ale wena do dyscyplinowania innych mu pozostała. Pomysł na resocjalizację opozycji za pomocą prawa dla nieletnich sprawił, że nawet przez moment poczułem sympatię do profesora. Też myślę, że nasi politycy chcąc ograniczyć konkurencję, myślą o likwidacji gimnazjów. Dalej już było tylko lepiej. Okupacja sali sejmowej, której bliżej do działań słynnej Pomarańczowej Alternatywy niż poważnego protestu została podniesiona do rangi zamachu stanu, wartego 10 lat ciężkiego więzienia. Rozrzut ocen i konsekwencji w jednej analizie, każe mi przypuszczać, że Pan Profesor jest wciąż w znakomitej formie tym razem śląc na lewo i prawo rady.

Za kilkanaście lat na okupację sali plenarnej sejmu będziemy wspominać równie lekko co nasze studenckie wygłupy. Owszem będą tacy, którzy spróbują wpisać sobie ją do kombatanckiego życiorysu, ktoś tam wklei sobie swoje zdjęcie ubiegając się o pracę, tak jak to uczyniło kilka tysięcy członków ZBOWID ze słynnym zdjęciem Mieczysława Moczara na białym koniu w lasach świętokrzyskich. Dla zdecydowanej większości Polaków samo wspomnienie będzie graniczyło z cudem. Największymi przegranymi wydają się politycy, którzy w beznadziejnej formie protestu stracili okazję na spokojne święta z rodziną. Co bowiem faktycznie osiągają?

Tylko teoretycznie PiS nie wygrywa na sejmowej okupacji. Naprawdę po raz kolejny pokazuje totalną skuteczność, testuje koalicjantów i obnaża słabość opozycji, a przy okazji rozmontowuje niepokojący ruch społeczny, z którego może wyjść faktyczne zagrożenie w przyszłości, czyli KOD (nie wierzę, że faktury Kijowskiego są znane od kilku dni). Opozycja niczego nie zyskuje, poza wiedzą, że rządzący wciąż są monolitem gotowym do politycznej walki, z podzielonymi ambicjami liderów przeciwnikami. Co prawda, to ważna lekcja, ale zazwyczaj takie się przesypia.

Koalicja będzie miała swoją próbę. Za kilka miesięcy gdy do milionów rodziców, zwłaszcza z regionów zdominowanych przez elektorat PiS dotrą nie zapowiedzi, ale konkretne konsekwencje reformy oświaty. Liczę, że koszty oświatowej reformy już są kalkulowane i wymyślane sposoby na zatrzymanie dość pochopnie poruszonej machiny, która może przekreślić w wielu środowiskach efekt 500 plus.

Ludzkie Narodzenie

Im jestem starszy tym częściej Adwent kojarzy mi się nie z radosnym oczekiwaniem, ale nostalgią. Rozumiem ludzi, którzy w pewnym momencie swego życia przestali liczyć czas od Świąt do Świąt. Z każdą pierwszą gwiazdką coraz mniej tych świąt przed nami. Ten stan smuteczku jak by powiedział poeta pojawia się wraz z pustym nakryciem po rodzicu, którego zabrakło.

Boże Narodzenie najbardziej rodzinne ze świąt. Świat zamiera w oczekiwaniu na cud narodzin Boga w ludzkiej postaci. Okazuje tym nie tylko swą bezgraniczną miłość, ale daje do zrozumienia, jak bezcenny jest dla Niego każdy z nas, a przez to oczekuje od nas wzajemnej miłości bliźniego. Tak często mówimy Jezu, Boże, kocham Was. Ile razy zdarzyło się nam zwrócić w ten sam sposób do obcego człowieka? A kto nam zagwarantuje, że to właśnie nie syn ubogiego cieśli proszący o pracę, wsparcie? Takie myśli przychodzą nam do głowy czasami zbyt późno, gdy już nie możemy niczego naprawić, bo na wigilijnym stole zostaje kolejne puste naczynie.

Przez lata Boże Narodzenie kojarzyło mi się z pokojem wbrew temu co dzieje się wokół nas. Pamiętam Boże narodzenie 1981. Szczególne dla mojej rodziny, bo stan wojenny nie pozwolił zebrać się przy wigilijnej wieczerzy całej rodzinie. Pierwszy dzień świąt z delikatnie podrobioną przepustką, wypełnionym po brzegu pociągu. Nie. Nie było patriotycznych porywów, ale omdlały dzieciak z matką znalazł miejsce w przedziale. Wyobrażacie sobie Państwo taki gest dziś?

Smutek, to najlepsze słowo na określenie tego czego jesteśmy świadkami. Peter Gabriel śpiewał w Games Without Frontiers „Gdyby spojrzenia mogły zabić, pewnie by zabiły, w zabawach bez granic – wojnie bez łez”. 36 lat później gra trwa w najlepsze. Ludzie odpowiadający za nasze tu i teraz rozciągają naszą wyobraźnię, czyniąc nas zakładnikami w czymś co już dawno przestało być grą. Miłość bliźniego? Nawet nikt nie sili się na pustosłowie. Najważniejsze jest być na szczycie i skutecznie deptać palce tych co chcą nas w tym zastąpić. Doczekaliśmy czasów, gdy nie ma prawda nie musi być prawdą, a kłamstwo, kłamstwem. Czasów usprawiedliwiania podłości potrzebą chwili, a nawet dobrem ogółu. Zwiewamy szeregi chcą bronić spraw i rzeczy, które jeszcze 30 lat temu były dla nas antywartościami. Jesteśmy gotowi porywać się barykady by walczyć z samymi sobą o coś czego istoty nawet nie próbujemy zrozumieć, ale jesteśmy w stanie poświęcić to co najważniejsze, to o czym śnimy po nocach, co wspominamy z czasów dzieciństwa, czego zawsze pragnęliśmy. Poczucie bezpieczeństwa, radość wspólnoty dziejów i wartości, które czynią nasze życie spełnionym, potrzebnym.

Jak za siądziemy do polskiej wigilijnej wieczerzy? Z zaciśniętymi pięściami, ustami wykrzywionymi wymuszonym uśmiechem. Złożymy sobie życzenia, które zaraz w głębi duszy przekreślimy, a może już stać nas na to by sobie wykrzyczeć „życzę ci wszystkiego najgorszego”? To ostanie wcale mnie nie zaskoczy.

Co sprawia, że jestem smutny na te Święta? Do mojego stołu zasiądą, wszyscy, których kocham, a oni mnie kochają, ale czy na ten jedyny jaki Bóg nam dał świat spłynie Jego pokój? Czy ludzie pozwolą się narodzić Bogu w sercach?  Smutno mi, gdy widzę jak moi bracia w wierze, przestają sobie wierzyć, pchając ten świat ku przepaści.

 

 

 

Piękna nasza Polska cała

Piękna nasza Polska cała, ale zachodnia jej część jakby piękniejsza, bogatsza, chętniej wybierana, jaki miejsce fabryk, czy jak to woli montowni. Po Mercedesie, Lufthansa i General Motors wybudują tym razem w Środzie Wielkopolskiej serwis silników. Pięknie. W sumie powód do dumy, radości. Duża inwestycja za 250 mln euro, kolejne miejsca pracy w Polsce.. Zachodniej. Jakbym miał szukać dziury w całym, to mógłbym się pokusić n początek o postawienie, a następnie uzasadnienie tezy o regermanizacji Ziem Odzyskanych. Oto niemieckie firmy wykupują odzyskane ziemie piastowskie i zabudowują je swoimi fabrykami. Wybierają też Polskę, bo tania siła robocza, która pozwala maksymalizować zyski, konsumowane przez niemieckich podatników po drugiej strony Odry. Prawda, że zgrabnie mi to wyszło? Nie wykluczam, że ktoś już ocenił inwestycyjny boom na terenach dawnego zaboru pruskiego. Nie jest to trudne, bo przecież sieć nowobudowanych lub naprawianych dróg skupia się właśnie w tym rejonie, co czasami daje asumpt do pytania, czy przypadkiem nie przyłączyliśmy już Ziem Odzyskanych do RFN. Na szczęście sieć powoli acz systematycznie rozrasta się na wschód, północ i południe, choć dziwnym zbiegiem okoliczności wciąż zatrzymuje się na Wiśle. Są „plany na przyłączenie Litwy do Adriatyku”, więc być może za jakiś czas zobaczymy więcej niż kawałek A-4 dalej niż do Krakowa.

Tak na serio, to cieszy zainteresowanie inwestorów Polską. Szkoda, że tylko zachodnią połówką ze zdecydowanym przechyłem na rzecz Dolnego Śląska i Wielkopolski. Myślę, że nie tylko ja życzyłbym sobie logo GM na przykład w siedleckiej strefie gospodarczej, a Lufthansy na bialskim lotnisku. Co powoduje, że nikt nawet nie zapyta o te tereny? Obawa przed białymi niedźwiedziami, bo przecież nie brak wiedzy, że to też Polska, zamieszkana przez równie pracowitych, co tanich polskich robotników. Brak skomunikowania z Zachodnią Europą? Odrzucam ten argument. Drogi mamy marne, ale za to linie kolejowe zmodernizowane. Lotnisk też nie brakuje. Czyżby bliskość wschodniej granicy rodziła aż tak wiele obaw? A może jest inna przyczyna. Niemcy przeżyli już najazd Jugosłowian, Turków, Algierczyków, ale też i Czeczenów, czy Syryjczyków. Milionów Ukraińców już jest w Polsce. Coraz większa liczba ma prawo do pracy, pobytu. Płacąc podatki nabywa prawa do opieki państwa. Ściągają swoje rodziny, kupują mieszkania. Stają się naszymi sąsiadami. Nie ma w tym nic zdrożnego. Cierpimy na brak rąk do pracy, zwłaszcza w tych najmniej płatnych, czy ciężkich zajęciach, zatem akceptujemy robotników rolnych, budowlanych, kasjerów, sprzątaczki, opiekunki dla dzieci i starszych. W zasypanej inwestycjami zachodniej Polsce Ukraińcy załatwiają problem braku taniej siły roboczej. Kształcą się, uczą nowej kultury pracy, podnoszą kwalifikacje. Płacą skromne podatki, uczą się polskiego i niemieckiego. Ale kiedy przyjdzie kryzys i w pierwszej kolejności zamknięte zostaną polskie montownie? Do kogo zwrócą się po pomoc? Na czyim utrzymaniu pozostaną, bo przecież do swej ojczyzny nie wrócą. Jest też druga opcja. W starzejącej Europie budujemy wielki rezerwuar nie tylko taniej siły roboczej, ale i wyedukowaną, tożsamą cywilizacyjnie społeczność gotową pracować na emerytury …, no chyba nie sądzicie Państwo, że nasze, polskie.

Ta historia nie jest efektem wybujałem wyobraźni autora, ale obserwacją tego, co już się gdzieś wydarzyło. A wnioskiem, nie jest zabarykadowanie tej czy innej granicy, ale zaprzestanie tworzenia sobie problemów, gdy dość nam rzeczywistych, które trzeba zauważyć, docenić i zacząć rozwiązywać. Począwszy od realnej polityki zrównoważonego rozwoju, bo dbałość o skuteczny program asymilacji nie tylko Ukraińców, ale wszelkich przybyszy, którzy na dziś chcieliby w Polsce pozostać.

Polska

Dedykuję Frankowi.

Czy zadawałeś sobie pytanie, co to jest Polska? Banalne? Doprawdy? To, czym jest dziś dla nas Polska? Tylko proszę bez wielkich słów, które zwykle przez swój patos skutecznie przykrywają rzeczywistość.

Kiedy byłem małym chłopcem, Polska to był mój dom, rodzice, koledzy ze szkoły, szkoła i kaplica, między którymi się wychowałem i … książki, które połykałem dziesiątkami. Polska to była też zielono – brązowa plama mapy, której czytanie zawsze mnie pociągało. Ta Polska rosła wraz ze mną. Rozrastała się o coraz bardziej samodzielne wyprawy do rodziny i nie tylko. Bogaciła się wraz z nowymi znajomościami, przygodami. Nabierała głębi wraz z rosnącym zamiłowaniem do historii, którą wzbudziły opowiadania … Karola Maya, bo to od nich przepłynąłem do Trylogii. Moja Polska nie stała jeszcze w kontraście z innymi krajami, bo one były tak odległe, nieosiągalne. Historia Polski pełna była wielkich czynów, bohaterów, ale nie dramatów, czy rozterek. Świadomość zagrożeń wynikała z wielokrotnie powtarzanego przekazu o odwetowcach, terrorystach, kapitalistach. Z tych kalek wyzwolić mnie miał sierpień i nowe nieznane mi wcześniej ksiązki. Do mojej Polski weszli ONI. Polacy, ale inni niż ja. Już nie życzliwi, opiekuńczy, ale interesowni, gardzący moimi marzeniami. Powodowali w młodym człowieku, że ściskała mu się pięść i czasami miało się ochotę złapać za kamień. W grudniowy mroźny poranek dowiedziałem się, że muszę sobie Polskę wymyślić na nowo, ogrodzić swój mały świat. Tam poznałem ludzi takich jak ja, którzy przez Polskę rozumieli jako prawo do własnych ocen i poglądów, szacunku do jednostki. To zabawne, ale wydaje mi się, że wtedy czułem się bardziej wolny niż dziś. Bo nawet dyskutując z przedstawicielami tamtej władzy, nie bałem się mówić, co myślę. Konsekwencje były przewidywalne i w kontekście codzienności wcale nie przerażały. Co można zabrać komuś, kto ma niewiele? Jak cierpieć więzienie w niewoli? Owszem byłem młody i wydawało mi się, że na wszystko mi jeszcze wystarczy czasu. Nie mając wpływu na to, co w Polsce, w mojej małej Ojczyźnie czułem się wolnym człowiekiem. Mogłem w niej czytać, rozmawiać, poznawać, kochać. Nie znałem innego świata, bo nie miałem prawa do paszportu. Może gdybym zaznał smaku rozstania?

Z końcem studiów, założeniem rodziny zbiegł czas przemian, których pragnęliśmy i kompletnie w nie nie wierzyliśmy. Jak to możliwe? Doświadczeni grudniowym rozczarowaniem nie mogliśmy uwierzyć, że to potrwa dłużej niż rok czy dwa. Poza tym, kto z nas wiedział jak ma wyglądać ta nasza Polska? Bez onych, skoro oni wciąż żyli obok. Dziś łatwo mówić o błędach 89 roku. Grzmieć, pouczać, oceniać. Kiedy zaczynałem pracę zarabiałem 20 dolarów miesięcznie, za które w Pewexie mogłem kupić jeansy? Jakie jak mogłem mieć pojęcie, jaka ma być ta wolna Polska? A co inni wtedy byli dużo ode mnie mądrzejsi? Ktoś przed nami wyszedł z komuny? Nie mieliśmy Wessi., Którzy wpompowali biliony marek w dawne NRD, a i tak wszyscy stamtąd chcieli wyjechać?golabki-2

Po 27 latach wciąż nie wiemy, jaka ma być nasza Polska. Tak bardzo boimy się odpowiedzi na to pytanie, że z braku starych onych wymyślamy sobie nowych. Przerażeni możliwościami, jakie daje nam współczesność, z lęku, czy im podołamy, zamykamy się przed światem, który wcale nie chce nas zjeść. Dziś mam marzenie mojej Polski i kocham tę niedoskonałą na miarę naszej wyobraźni sprzed 27 lat. Marzę by stała się wielką Polską z mojej małej wewnętrznej emigracji. Polską ludzi, którzy pozwalają się kochać. Polską trudnej historii pisanej przez życie i dokonania zwykłych ludzi, którzy mają proste marzenia.

Drugi obieg

Dawno, dawno temu w Polsce politycy wczesnym rankiem sięgali po gazety, by dowiedzieć się, co o ich pomysłach i działaniach myślą czytelnicy, czyli wyborcy. Dawno, dawno temu politycy nie oczekiwali od dziennikarzy wywiadów przeprowadzonych na kolanach, pytań uzgodnionych z biurem prasowych, bałwochwalczych felietonów, potwierdzenia ich samopoczucia. Dawno, dawno temu polscy wyborcy sięgając po gazety, włączając radio, czy telewizor mieli prawo sądzić, że to, co słyszą, czytają lub oglądają, ma coś wspólnego z poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie jak jest naprawdę. To dawno, dawno temu, nie było jeszcze tak dawno.

Rewolucja, jakim stało się w Polsce zniesienie cenzury przyniosła narodziny tysięcy nowych redakcji i tytułów. Każdy mógł założyć sobie gazetę, wielu radio, a ostatnio blog, czy internetową witrynę. Wiele chęci, mało pomysłu jak połączyć ideę z koniecznością utrzymania. Rozwój Internetu umożliwił nam łatwy dostęp do informacji za darmo. Zgoda na podwójne finansowanie mediów publicznych ze słabo ściąganego abonamentu oraz wpływów z reklamy, zdemolowała rynek reklamowy. Wydawcy ratując biznes skazywali się na romans z polityką gwarantującą wpływy z reklamy państwowych spółek lub dostęp do rządowych lub samorządowych ogłoszeń. Władza szybko zorientowała się, że media publiczne nie muszą być jedynym sposobem dotarcia do wyborców. Dziennikarska niezależność i apolityczność skończyła się gdzieś po rozpadzie AWS na progu afery Rywina. Symptomatyczne, że najbardziej rozpoznawalni dziennikarze III RP przez 20 lat kariery kilkanaście razy zmieniali miejsca pracy, krążąc przy okazji po mediach ideologicznie od ściany do ściany. Świetnym przykładem jest skład redakcji Życia z kropką: Tomasz Wołek, Ryszard Legutko, Cezary Michalski, Paweł Fąfara, Piotr Semka, Jacek Łęski, Łukasz Warzecha, Piotr Zaremba, Bronisław Wildstein, Piotr Skwieciński, Tomasz Lis, Dorota Kania, Cezary Gmyz, Wojciech Sumliński, Jan Wróbel, Joanna Lichocka-Bichniewicz, Bertold Kittel, że wymienię tylko kilka. Wtedy koledzy, a nawet przyjaciele. Dziś decydują o skrajnie różnych emocjach swych odbiorców.

Kilka dni temu medialny światek zelektryzowała zapowiedź felietonu Krzysztofa Ziemca. Ostatniego prezentera Wiadomości z czasów telewizji Jana Dworaka, znanego z konserwatywnych poglądów. Redaktor Ziemiec dość ostro wytknął obecnej ekipie, liczne błędy i zaniechania, motywując to działaniem na rzecz dobra PiS. Spekulacje, czy tym tekstem Ziemiec żegna się z telewizją publiczną, tylko potwierdzają, że ma nie tylko on ma rację. Od słynnego rozwodu politycznych przyjaciół, politycy uważają, że mogą popełnić każdy błąd, bo zawsze można to, czym przykryć. To przekonanie bierze się z pewności, że wyborcy są idiotami, którzy kupują każdą historyjkę, pod warunkiem wprowadzenia ich w odpowiedni stan emocjonalny. Najlepiej, gdy są to negatywne emocje, skierowane wobec przeciwnika politycznego. Politycy w Polsce są przekonani, że wysyłając Polaków z powrotem w czasy plemienne, czyli dzieląc ich i wzajemnie napuszczając, głównie z wykorzystując do tego uzależnione od siebie media, zdobywają władzę na zawsze. Zawsze w polskiej polityce trwa od dwóch do ośmiu lat. Zawsze jednak za długo, by przegrani lub przegnani, nie potrafili zrozumieć przyczyn swych zwycięstw i klęsk. Stąd tak wielkiego znaczenia nabierają niezależne analizy tych porażek. Analizy rzetelne, pozbawione emocji, a zwłaszcza te szukające przyczyn wyłącznie poza samym ugrupowaniem. Trudno na poważnie brać biadolenie trzódki Jacka Żakowskiego w TOK FM, czy też ataki euforii telewizji Jacka Kurskiego. Wbrew dwóm głównym nurtom, które nie wypracowały przez rok żadnej solidnej diagnozy przyczyn porażki jednych, a zwycięstwa innych takie analizy powstają. Można je znaleźć w Internecie, ale widać w te miejsca polscy politycy i tak zwani publicyści nie zaglądają. A to oznacza istnienie drugiego, alternatywnego obiegu opinii i informacji, na który politycy i wydawcy nie mają wpływu. Jego oficjalne ignorowanie przypina mi lata 80 te, gdzie dzięki Głosowi Ameryki, RWE lub BBC, Polacy wiedzieli o sobie i świecie więcej niż ówczesnej władzy się wydawało.

 

Quo vadis mój Kraju

Afera reprywatyzacyjna, kryzys w spółkach skarbu państwa, początek prac komisji ds. Amber Gold, dymisja ministra skarbu, fiasko rozmów w sprawie śmigłowców, umowa CETA, epidemia ASF, odrzucenie projektu ustawy o ochronie życia, dymisja ministra finansów, rekonstrukcja rządu, forum w Krynicy, protesty pielęgniarek, zawodów medycznych, rolników, nauczycieli, konwencje programowe trzech partii, … . Tym wszystkim można by obdzielić nie jeden pełny sezon polityczny, a tymczasem to tylko lista najpoważniejszych wydarzeń w ciągu sześciu tygodni. Znacząca część z tego jeszcze 10 lat temu sprawiłaby, że paru gości musiałoby szukać nowego zajęcia. Dziś są to tylko kolejne narracje, mające przykryć to, co podnosiło ciśnienie ledwie dzień wcześniej. Ani politycy, ani dziennikarze nie zmuszają się już do dochodzenia istoty czegokolwiek, nadużywając wielkich słów, niszczą ich znaczenie, podobnie jak to robili z autorytetami, o których wspomnienie naraża na śmieszność. Publika traci zaś miarę uznając wszystko za pozór, grę, zaczyna walczyć tylko, co dotyczy najbardziej podstawowych potrzeb. Nie znam nikogo, kto jeszcze by łudził się, że w Polsce mogą istnieć wartości wspólne. Skoro nawet słowa mają inne znaczenie w zależności, kto je wypowiada? Co może nas łączyć? Ktoś próbuje nam wmówić, że jesteśmy podzieleni na pół. Tylko na pół? Ja widzę wokół siebie ludzi grających non stop w znaną mi z dzieciństwa grę w państwa, która polegała na wywoływaniu wojny przeciwko komuś, kto miał więcej terenu. Wywołany miał złapać za kij (symbol władzy), a wywołujący do tego momentu miał czas odbiec na tyle daleko, by nie zostać trafiony patykiem. Akcja kończyła się odcięciem tyle terytorium przeciwnika ile można było zagarnąć. Kiedyś obowiązywały reguły. Nie można było rzucać w głowę, przy odcinaniu terenu nie wolno było się podpierać itd. Dziś każdy komuś rzuca wyzwania i zaraz wali na oślep bejsbolem. Liczy się tylko, kto komu wyrwie więcej, albo skutecznie zamroczy.

Kilka dni temu rozmawiałem z panią, którą znam od 20 lat. Wrażliwą, rozumną, na wskroś uczciwą, delikatną, ledwie debiutującą w wielkiej polityce. Przykro mi do dziś, że musiałem jej zadawać pytania, na które nie mogła odpowiedzieć mi zgodnie z tym, co ma w sercu. Widziałem jak pytania rozdzierają ją na pół.  Przekaz dnia, interes partii, czy własne zdanie, sumienie. Obowiązkiem dziennikarza jest jednak pytać.  Trudno mi do dziś otrząsnąć z przygnębienia, bo kiedy widzi się jak ta machina wciąga i mieli ludzi. Jak tworzy alternatywy, kto nie z nami?…. Gryź, bo cię zagryziemy. Bierz ile możesz, dopóki możesz, bo potem nie będziesz mógł. To dziś weźmiesz, jutro będzie ci zabrane. Jak wielu porządnych ludzi przekształciło w pozbawionych własnego zdania i sumienia, wiernych i biernych aparatczyków? Skąd ja to już znam? Kiedy to widziałem? Jak bardzo marzyłem, że dożyję czasów Polski wolnych, rozumnych, wrażliwych na potrzeby innych ludzi władzy?

Kim, że zatem dziś byłby Jezus z Nazaretu ze swoim nauczaniem? Przesiadujący z faryzeuszami, saduceuszami, nie stroniący od celników, zelotów? Głoszący prawdy niewygodne? Czy przetrwałby ze swą nauką trzy lata? Kto dziś pozwoliłby Chrzcicielowi głosić trudne prawdy o rządzących? Kto zażądałby jego głowy?

Na przykrycie czego wystarczyłaby narracja o ścięciu jednego, ukrzyżowanie drugiego?

Za mało

Reprywatyzacja, wygaszanie gimnazjów, dymisja w nagrodę za dobrą robotę, kontrola CBA w spółkach, ASF, nowelizacja budżetu, klapa ustawy o podatku od supermarketów, komisja ds. Amber Gold, podkomisja smoleńska, a za moment ustawa o ochronie życia. I to wszystko w niespełna trzy tygodnie! Ok. część z tych zdarzeń stanowi kontynuację, sezonu poprzedniego, a i tak strach pomyśleć, co się dalej będzie działo skoro trzęsienie ziemi i tsunami, już przeszło, a napięcie zdaje się rosnąć dalej. Przy takim natłoku zdarzeń jak zawsze umyka nam to, co najistotniejsze, z czego powinniśmy sobie zdawać sprawę, czego nie da się odkręcić jedną czy dwoma ustawami, czy serią dymisji.

Oświata, jeśli ma działać musi być konsekwentna, przewidywalna, dawać poczucie stabilizacji nie nauczycielom, ale dzieciom i rodzicom. To banał, ale wysyłając dzieci do szkoły powinniśmy wiedzieć, kto, czego i jak będzie je uczył, co powinno zaplanować nam ich przyszłość. Ja wiem, że zaraz odezwie się przemądrzały ex kurator i powie mi, że rodzice nie powinni determinować przyszłości dzieci. Może i nie powinni, ale jak świat światem nawet jak im pozwalają decydować, to też mają wpływ. Kiedy profesor Handtke wymyślał swoją reformę gimnazjalną, byłem zdecydowanym przeciwnikiem tego eksperymentu. Uważałem to za zbędne, sztuczne i pogłębiające problemy, jakie miały zlikwidować. Po 18 latach nadal uważam, że gimnazja nie były niczym dobrym, ale skoro już są, wpierw trzeba sobie zadać pytanie, jakie konsekwencje wywoła ich likwidacja i czy nie prościej je udoskonalić niż zafundować totalny chaos, jaki zapanuje 1 września przyszłego roku. Myli się, bowiem każdy, kto uważa, że wygaszenie gimnazjów rozwiąż problemu nadpobudliwej w tym wieku młodzieży. Burza hormonów pozostanie, bowiem w podstawówkach, jeszcze bardziej przeludnionych niż obecnie. Co to oznacza dla rodziców? Być może dodatkowe zmiany, a co zatem idzie rozwali terminarze dostarczania i odbierania dzieci ze szkoły. Przymusowa rejonizacja oznacza przenoszenie dzieci ze szkoły do szkoły. Ucieszą się wydawcy podręczników, bo oto MEN nie będzie już fundował darmowego jednego podręcznika. Samorządy będą refundować koszty zakupu dowolnie wybranych podręczników. Nie chcę się już zagłębiać jak to możliwe by po roku, gdy mamy zamieszanie z podwójną pierwszą klasą, potem jej zmniejszeniem w następnym roczniku fundujemy sobie przez dwa lata podwójny system gimnazjum, podstawówka oraz cztero i trzy letnie liceum! Za kilka lat znowu zróżnicowana matura. Ledwie opanowaliśmy sytuację z gimnazjami i znów zrzucamy z mostu na główkę kilka roczników naszych dzieci nie wiedząc, czy w dole płynie woda. Głupia to głupia, ale reforma Handtkego była prowadzono od poziomu pierwszej klasy podstawówki. Tymczasem za rok w naszych szkołach ma się zmienić wszystko począwszy od siatki godzi, podręczniki, programy, nauczycieli, rejony szkół, system nadzoru etc., Przy czym na rok przed wiemy tylko tyle, że jest projekt ustawy. Politycy w kampanii obiecują różne rzeczy, ale dochodząc do władzy powinni sprawdzić, czy obietnice da się w tej innej formie zrealizować. Tymczasem minister Zalewska nie przedstawiając żadnych analiz celowości, w ciemno, obiecując tylko damy radę, podejmuje jednoosobową decyzję, której sama najwyraźniej się obawia zaznaczając, że nie wprowadzi zmian oświacie w latach, gdy są planowane wybory parlamentarne, czy samorządowe. Jeszcze bardziej cierpnie mi skóra, gdy minister edukacji swoją wiedzę opiera na raportach NIK (zaiste wyspecjalizowany w edukacji organ) i Systemie Informacji Oświatowej (system opiera się na samoocenie placówek), który jeszcze rok temu udowadniał, że w polskiej szkole wszystko jest tip top. Pani mister nie przyjmuje żadnych argumentów, każdy, kto próbuje racjonalizować rozmowę, jest odsyłany do oślej ławki. Chciałby zapytać, ale nie mogę, bo urzędnicy milczą, na czym polegały te konsultacje z różnymi grupami, skoro nawet oświatowa Solidarność do nich nie została zaproszona, mimo usilnych próśb. Jako żywo przypomina mi się rok, 1998 kiedy do ministra Handtke też nie docierały żadne argumenty. Tak jak dziś, kiedy pytanie o zwolnienia nauczycieli Pani minister beztrosko odpowiada „przecież ilość dzieci się nie zmieni”, zapominając, że szkoły są prowadzone przez różne organy i choćby na tym styku dojdzie do redukcji przede wszystkim nauczycieli przedmiotów ścisłych. Projekt reformy nie mówi nic o zmniejszaniu ilości dzieci w klasach, o zmianie sposobu naliczania subwencji, ale za to na zarządzony radach pedagogicznych sporo mówi się o okolicznościach, w jakich nauczyciel może być wydalony z zawodu. Czemu akurat ten motyw? Rodzicom też nie mówi się o konieczności przenoszenia dzieci do innych szkół, czy też zwiększeniu liczebności klas, konieczności kupowania nowych podręczników. Zapowiada się wprowadzenie nauki programowania i gry w szachy w najmłodszych klasach. A czemu nie brydż, nie jazda konna, czy zajęcia z fitness?

Kiedy podejmujemy, jako rodzice decyzję o wyborze szkoły dla naszego dziecka, tak naprawdę decydujemy o jego przyszłym życiu. Potem ono i my sami ponosimy tego dobre i złe konsekwencje. Jeśli jesteśmy świadomymi rodzicami, dobrze ją przemyślamy, konsultujemy, dyskutujemy. Chcemy mieć pewność, że dobrze robimy, bo to jest ludzkie życie. Niestety kiedy jedna osoba podejmuje o losie setek tysięcy naszych dzieci i pozbawia nas przy tym prawa głosu, nawet, jeśli pochodzi z partii, która wygrała wybory, to tracimy to prawo jak najlepszej edukacji naszych pociech. Nie ma takiej większości, która może pozbawiać rodziców prawa do decydowania o swych dzieciach. Samo zapewnianie damy radę a kto nie z nami ten niech zamilczy, to za mało.

Żegnaj stara nowa szkoło.

Nie dlatego, że nie mam nowego tekstu, ale dlatego, żeby zadać pytanie na ile ten nie stracił na swej aktualności. Felieton ten napisałem w czerwcu 2000 rok po rozpoczęciu reformy ministra Handtke  …

Żegnaj stara nowa szkoło.

Tuż tuż za drzwiami stoi koniec pierwszego roku szkolnego po reformie.

Za zgodę na reformę dyrektorzy i działacze związkowi dostali po cichu obietnicę szybkiego awansu finansowego. Pierwsi stali się gorącymi orędownikami racjonalizmu sieci szkolnej i zatrudnienia, drudzy przymknęli oko na zwolnienia i likwidację małych szkół.

Nowy system awansu miał być wprowadzony już w pierwszym dniu obowiązywania reformy, ale zabrakło kasy i chęci na nowelizację Karty Nauczyciela. Ostatecznie Kartę znowelizowano po pół roku, obiecano w niej podwyżki z wyrównaniem od 1 stycznia.

Obiecano jak wiele rzeczy w tej reformie. Bo przecież obiecano wyrównanie szans edukacyjnych w gimnazjach, a już mamy egzaminy wstępne do gimnazjów organizowanych przez renomowane licea. Egzaminy są wbrew obowiązującej ustawie, kuratorium zakazuje, pani wiceminister zakaz odwołuje. W mniejszych gimnazjach nagminnie stosuje się selekcję uczniów poprzez tworzenie lepszych i gorszych klas. Nikt tego nie kontroluje. W naszym regionie jest co najmniej kilkanaście takich gimnazjów, które stosują zasadę dzielenie dzieci na mądrzejsze i głupsze przy organizowaniu klas. To jest skandal? Jest. Ale nikt tego nie zamierza nawet kontrolować. Rodzice mieli mieć wpływ na szkoły? Mają do momentu gdy na ich głosach zależy radnym lub dyrektorom. Szkoła miała być bliżej dzieci, miała być bardziej przyjazna, mniej encyklopedyczna, bardziej polska … Co z tych zapowiedzi zostało?

Wzrost poziomu nauczania załatwić ma obniżenie progu średniej, od którego uczeń otrzyma świadectwo z wyróżnieniem. To będzie tylko manewr statystyczny? Ale jaki nośny propagandowo. Po roku funkcjonowania reformy liczba uczniów wyróżniających wzrośnie nawet o 300 %. To jest sukces.

Wróćmy do pieniędzy, na brak których oświata narzekała od zawsze. Nauczyciele od razu mieli zarabiać dobrze i dużo, nawet 700 – 1000 dolarów. Potem spuszczono nieco z tonu, ale i tak nowelizacja Karty Nauczyciela obiecywała znaczące sumy, choć odbiegały one od deklaracji. Podwyżki z wyrównaniem miały się pojawić zaraz po podpisaniu ustawy przez prezydenta, potem, trzeba było to zweryfikować, bo brakowało rozporządzeń wykonawczych ministra, potem gminnych regulaminów, a teraz?

Teraz – brakuje pieniędzy. Okazuje się bowiem , że reformatorzy byli hojni zapewniając zaledwie 75 % środków na płace. Pozostałe środki miały sobie wytrzasnąć gminy. Skąd? A co to ministerstwo obchodzi. Swoją działkę zapewnili, bez trudu, bo przecież to dokładnie tyle ile było dotąd. A gminy podwyżki muszą dać. Kasę na nie, niech sobie wykopią spod ziemi.

Nauczyciele są wściekli. Zgodzili się na wzrost wymagań, utratę przywilejów, za co mieli dostać zapłatę. A nie dostają, bo nie ma z czego. Chcą skarżyć gminę, bo ministerstwo i reformatorzy zręcznie przestali być ich pracodawcami. Gminy zaś będą skarżyć ministerstwo.

Czym to się skończy? Niczym. Sądy orzekną, winni rozłożą ręce i powiedzą: a skąd mamy wziąć? Zresztą procesy będą się ciągnąć dostatecznie długo by odpowiedzialni za złożone obietnice z rządzących stali się opozycją, która winę przerzuci na następców. A ci ostatni będą odbijać piłeczkę do poprzedników i tak w kółko Macieju.

Najgorzej na tym wszystko wyjdą wspomniani na początku dyrektorzy i związkowcy. Obie grupy jako nawet dyplomowani nauczyciele też poczekają ruski miesiąc na podwyżki. Pierwsi szybko stracą motywację do poganiania swych pracowników do zwiększonego wysiłku. Drudzy po zejściu na ziemię ze związkowych fotelików, będą przemykać pod ścianami, by uniknąć pytania za ile sprzedali prawa swoich kolegów. Zresztą czy związki nauczycielskie w ogóle przetrwają w takiej sytuacji też jest jak najbardziej na miejscu.

Chyba, że gminy podniosą czynsze, opłaty za wodę, ścieki, psy, nowe tablice rejestracyjne itd., tylko po to by dotrzymać obietnic, na których składanie nie miały wpływu. Ale to nie one lecz pani Wierzchowska i profesor Handke przejdą do historii, jako Ci, którzy dokonali eksperymentu pod hasłem reforma szkolna, za który rachunki przyjdzie płacić wszystkim, tylko nie autorom, którzy z radością powitają wakacyjną przerwę w reformowaniu oświaty.