Jaśnie Oświeceni

Nie jestem świeżynką, co nie wie, że dziennikarze poza anteną i łamami zawsze prześcigali przysłowiowych szewców. Sam zresztą aniołkiem nie jestem, więc nie chodzi mi bynajmniej o walenie w nie swoje piersi za własne grzechy, co ostatnio jest nagminne i również moim zdaniem obrzydliwe. Niemniej od pewnego czasu z równym zdziwieniem, co obrzydzeniem przenikanie języka redakcyjnych palarni i kuchenek na anteny i łamy. Nie rozdzieram szat nad etyką, warsztatem, które to sprawy już dawno poszły precz. Dziś nikt nie dochodzi prawdy, ale ją ogłasza na zasadzie objawienia. Nikt nie daje obowiązkowej szansy drugiej stronie, ale z radosnym uśmiechem uczestniczy w jej flekowaniu. Kiedy zaczynałem przygodę z tym zawodem, to nawet w studenckiej rozgłośni bycie dziennikarzem wiązało się z przyjęciem zasady bezstronności, rzetelności w przekazywaniu obrazu świata. To były zasady jakich byliśmy uczeni nawet w świecie peerowskiej propagandy. Nawet w tamtych zwariowanych czasach końca lat osiemdziesiątych za wyzwisko na antenie, wylatywało się z redakcji.
30 lat później na antenach publicznych i komercyjnych mediów pełno jest „mend”, „kreatur”, „idiotów”, „debili”, „zaprzańców”, „ciemniaków”, a nawet „folksdojczy”, etc. Tylko czekać, aż padnie coż z dźwięcznym rrrr, od czego nie stronią już ‚artyści” Słów tych nie używają goście, ale i prowadzący. To już nie jest chamstwo, prymitywizm wykluczające przed wojną z gorna ludzi honoru i dobrego wychowania, to jest prawo do wolności słowa.
Od tego co dostali wiele, wymaga się więcej, więc nie zajmuje mnie rozróżnianie, że tamci też tak robili i robią. Sprawadzanie dziennikarstwa do roli komentującego kompanom widoki do żula z ławki spod budką z piwem, sprawia, że uprawianie tego fachu przestało być czymś co daje nam poczucia misji, wyzwania, co przenosi nas level wyżej w hierarchii także zawodowej. Coraz częściej dziennikarz kojarzy się z kłamstwem, zaprzaństwem, chamstwem, brakiem empatii, karierowiczowstwem, kreowaniem rzeczywistości, kiedy jest inną od zadanej przez naczelnego.
Znów pewnie pojawi się pytanie do kogo piję. Kiedyś nożyce by zabrzęczały. Dziś nożyce w najlepszym wypadku osądzą stół, ale co najbardziej pewne, mnie się obwerwie.

Szlachetna paczka – prawo do obrony wywiad z ks. Jackiem Stryczkiem

Księdza Jacka Stryczka twórcę Szlachetnej Paczki znam tylko z krótkiego  spotkania i rozmowy, której on raczej nie pamięta oraz z medialnych przekazów, a przede wszystkim dzieła jakiego jest twórcą i byłym już liderem. Wiele osób zaszokowanych artykułem z onet.pl. pyta mnie czy to możliwe, by ksiądz twórca tak wspaniałej akcji mógł tak dramatycznie źle traktować swoich podwładnych. Nie wiem, nie ma żadnych podstaw, by wydawać w tej sprawie jakikolwiek sąd. Wiem, jednak, że gdybym sam był w takiej sytuacji, chciałbym móc wypowiedzieć własne zdanie. Wczoraj otrzymałem wywiad z prawem do swobodnej publikacji, jaki ksiądz Jacek Stryczek udzielił Wirtualnej Polsce. Publikuję go w całości, by również Państwo mogli poznać wersję oskarżonego, który niezależnie co myślimy ma pełne prawo do obrony.

 

Dziennikarz Wirtualnej Polski Marcin Makowski: Czy mobbingował ksiądz swoich pracowników?

Ks. Jacek „Wiosna” Stryczek: Nie.

Takie oskarżenia, wyrażone wprost, pojawiły się w reportażu Onetu na temat pracy w Stowarzyszeniu Wiosna. Tekst Janusza Schwertnera jest momentami porażający. Czy ma sobie ksiądz coś do zarzucenia w związku z tym, że pracownicy Wiosny czuli się poniżani?

W Wiośnie nigdy nie było udokumentowanego przypadku mobbingu, co jako Zarząd podkreśliliśmy. Osoby, które wypowiadają się w tym tekście, wkładają duży wysiłek, żeby przywołać sytuacje, które mogą mieć znamiona mobbingu, natomiast uważam, że moje zachowanie mieściło się w przyjętych normach.

A więc zdaniem księdza pracownicy Wiosny mówili nieprawdę lub przejaskrawiali wydarzenia?

Zacznijmy od tego, jak powstał tekst, o którym rozmawiamy. Dziennikarz przepytał te osoby, one opowiedziały swoje historie, które jednak nie zostały zweryfikowane. Są to po prostu ich opowieści. Wielokrotnie proponowaliśmy Onetowi, aby sprawdził u nas, jak jest naprawdę. Bezskutecznie. Potem był wywiad ze mną. Część historii, przestawionych nam anonimowo – domyślając się, zweryfikowaliśmy jako takie, które nie miały miejsca. Nie zostało to uwzględnione w tekście. Dla mnie są to po prostu opowieści różnych osób.

Gdyby to był jeden, dwa, pięć przypadków… ale mamy do czynienia z ponad dwudziestoma relacjami o szykanach psychicznych. Jak to możliwie, że tyle osób mówi to samo?

Dziennikarz mówi o tym, że przepytał 21 osób. Ale nam mówił że przepytał 40. Tyle tylko, że nie uwzględnił w tekście wypowiedzi osób, które były dla mnie pozytywne. Mieliśmy bardzo duże problemy organizacyjne w latach 2015–17. Odeszły od nas osoby, które były filarami organizacji. Trudno było je zastąpić. Rozpadł się np. nasz dział personalny. Pojawiły się niekontrolowane rekrutacje. Nie było właściwego nadzoru np. w dziale komunikacji. Kryzys, który mamy obecnie, jest kryzysem po kryzysie. A jeśli chodzi o wypowiedzi tych osób – używam tu określenia, że pewnie miały we współpracy ze mną jakąś porażkę.

A może to ksiądz odniósł porażkę we współpracy z nimi?

Tak. To też jest moja porażka. Zawsze zaczynam od siebie. Skompletowanie dobrego zespołu to bardzo trudne zadanie.

I przypadki opisane w reportażu dotyczą tego okresu, o którym ksiądz mówił?

Tak. 2015-2017 to był ten okres, gdy było duże zamieszanie. Jako prezes miałem wybór: wchodzę w rolę dyrektorów, których nie ma, albo organizacja się rozpadnie. I to był regres dla mnie, bo musiałem weryfikować pracę wielu osób. I rozumiem, że taka sytuacja, gdy prezes dużej organizacji, liczącej 150 osób, wchodzi na poziom operacyjny, jest trudna. Musiałem uczestniczyć w zwolnieniach. Nie ukrywam, że to był dla mnie trudny czas i zakończył się moją chorobą. W sierpniu 2017 r. sądziłem, że to koniec. I dopiero zmiana trendu, polegająca na tym, że pojawili się na rynku ludzie, którzy chcą pracować w organizacjach takich jak nasza, nas uratowała. I te zawirowania odczuli też nasi partnerzy na zewnątrz. To również można zweryfikować, jak zmieniała się Wiosna w niektórych aspektach – najpierw regres, a teraz postęp.

Ale wie ksiądz, że takie tłumaczenie będzie uznane za klasyczne przerzucanie winy na pracowników, którzy się nie wpasowali. Czy ksiądz po ludzku czegoś jednak żałuje? Dostrzega jakieś błędy w swoim zachowaniu i w relacjach z pracownikami, którzy odeszli i mieli żal?

Żałuję, że był ten kryzys i rozumiem, że prócz normalnego obciążenia, które występuje w organizacji, był jeszcze dodatkowy stres. Więc tego żałuję. Natomiast nie za bardzo wiem, jak mógłbym się zachować w tej sytuacji inaczej. Oczywiście byłem wówczas dużo bardziej stanowczy w zarządzaniu kryzysem. Było dużo więcej podejścia dyrektywnego – to zwykłe w kryzysie.

Na pewno były takie momenty, kiedy musiałem po raz kolejny zadać sobie pytanie, czy ja jeszcze chcę i udźwignę tę organizację. Rozumiem, że część osób opowiada, że wtedy było im naprawdę u nas ciężko. To był również dla mnie trudny moment.

A puszczały księdzu nerwy? Podnosił ksiądz głos tak, że ktoś płakał? Takie zarzuty powtarzają się w relacjach.

Ja nie krzyczę i nie przeklinam. Owszem, były spotkania „porażkowe” – takie, gdy oczekiwałem dobrych wyników, a ich nie było. Rozumiem, że rozliczanie pracowników jest dla nich trudne. A ja jestem wymagający.

Czy był płacz?

Na spotkaniach nie pamiętam. Może po spotkaniach. Rozumiem, że ludzie reagują emocjonalnie. Płacz jest jedną z emocji. Dzisiaj, gdy złożyłem rezygnację, też pojawiały się łzy. A przy okazji. Ja jestem księdzem. Przez moje życie przewinęło się dużo ludzi w trudnych sytuacjach. Nauczyłem się po prostu nie pamiętać różnych rzeczy, które są osobiste. Uważam, że ludzie mają prawo do intymności i różnych emocji.

Ale jak może się ksiądz wiarygodnie odnosić do zarzutów, skoro może nie pamiętać tych sytuacji?

Nie neguję, że ludzie płakali. I inni członkowie zarządu przyznają, że takie przypadki miały miejsce. I jeśli coś takiego dzieje się dzisiaj, to diagnozujemy, jakie są tego powody.

Czyli nikt w Wiośnie nie jest zostawiony samemu sobie?

Dzisiaj nikt nie jest zostawiony samemu sobie.

A kiedyś tak się zdarzało?

W przeszłości nie mieliśmy w ogóle działu HR. Gros tych historii dotyczy ludzi z zespołu komunikacji, złożonego z bardzo młodych ludzi, którzy brali odpowiedzialność na siebie. Na początku nie mieliśmy pieniędzy, płaciliśmy mało, trudno nam było przyciągnąć pracowników z odpowiednimi kwalifikacjami.

Mówię tu przede wszystkim o ostatnim okresie. Generalnie jesteśmy organizacją przyjacielską. Ludzie też wspierają się nawzajem. Dodam, że w Wiośnie jest tak dużo fajnych ludzi, że często potem stają się dla siebie przyjaciółmi. Dziennikarz Onetu, który był u nas w czasie wywiadu, sam był pod wrażeniem ludzi i swobody zachowania się osób które u nas pracują.

Czyli organizacja rozrosła się do takiego stopnia, że wymknęła się spod kontroli?

Nie. Chodzi o to, że się rozrastała i były duże zobowiązania społeczne i było pytanie, kto umie takimi strukturami zarządzać. I nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi. Bo gdyby zadał pan pytanie, ile kosztuje praca osoby zarządzającej dziewięciuset lokalizacjami, to są pieniądze, których nie mieliśmy szansy pozyskać. I jak to zrobić?

Bo inaczej zarządza się w biznesie, gdzie są wynagradzani pracownicy, a tu wolontariusze. A Wiosna to nie tylko Szlachetna Paczka, to także 50+, aktywizacja zawodowa osób starszych, czy telekariera – i we wszystkich tych projektach osiągamy wyniki ponadprzeciętne na rynku. Znajdowanie ludzi odpowiednich do prowadzenia tych działań jest cały czas trudne. Mamy w tym tekście 21 osób, a organizacja to znacznie, znacznie więcej. Co ciekawe, autor reportażu spotkał się z 40 osobami.

Sugeruje ksiądz, że redakcja nie uwzględniła dobrych historii na temat księdza?

Wiem to. Nie ma tam tych historii. Wiem, że są ludzie, którzy chcieli przedstawić drugą stronę medalu. Materiał jest jednostronny. Przed chwilą dostałem kolejną informację o osobie, która nie tylko chciała się spotkać z dziennikarzem, ale też podsyłała mu różne informacje. W domyśle – pozytywne. Tego również w tekście nie ma.

Ale przecież dostał ksiądz prawo wypowiedzenia się, skomentowania sytuacji.

Uważam, że nie podjęto wysiłku, by zweryfikować te opowieści. Komentowaliśmy zarzuty. 3h 20min rozmowy. I potem kilkanaście stron tekstu. Sam myślałem po tym wszystkim, że jestem złym człowiekiem. Musiałem ja i my – zarząd – wrócić do normalnego stanu. Dlatego dołączyliśmy do tekstu również pozytywne opinie. To, jak mi się wydaje, jak wygląda moja praca normalnie.

Oświadczenie po publikacji materiału wygłosił ksiądz w koszulce promującej film ”Kler” Wojciecha Smarzowskiego. Dlaczego?

Od jakiegoś czasu byłem przekonany, że jestem skazany na negatywny tekst.

Spisek antyklerykalny

Nie wiem. Byłem jednak przekonany, że właśnie w tym miejscu, w Onecie, się pojawię. Pokazywałem w czasie wakacji mojemu przyjacielowi to miejsce.

Ale mówi ksiądz, że był skazany na ten tekst.

Tekst powstawał wiele miesięcy i przypadkowo jego publikacja zbiegła się z pokazem filmu „Kler”. Liczba negatywnych tekstów na temat księży w ostatnim czasie jest wyjątkowa. Wiem, że ciąży na nas duża odpowiedzialność. Ale to nagromadzenie jest ciekawe. Zresztą znam opinię dziennikarzy, którzy podważają rzetelność tekstu.

Ja natomiast słyszałem wiele opinii chwalących tekst jako wielowątkowy, z głosem drugiej strony. Fakt, że pojawił się w chwili premiery filmu i rozliczania Kościoła np. z grzechu pedofilii. Ale jako dziennikarz wiem, że nad reportażami pracuje się po kilka miesięcy i trudno z perspektywy reportera tak mocno do przodu planować datę publikacji. Bierze ksiądz pod uwagę możliwość, że to zbieg okoliczności?

Biorę, ale od pewnego czasu jako ksiądz nie mam szans na to, żeby być pozytywnym bohaterem w mediach. A w tych opisach, jaki jestem, nie odnajduję się. Ja się tak nie zachowuję.

Czyli ksiądz się nie poznał w tym tekście?

Zupełnie. Zresztą w Wiośnie pracuje się na co dzień z wieloma instytucjami zewnętrznymi, zapraszani są goście. Trudno byłoby ukryć złe rzeczy. Na przykład w moim gabinecie wykluwa się idea gali Paczki, nad którą pracujemy z ludźmi z TVN. Z tego co wiem, są zachwyceni atmosferą, poziomem kreatywności.

Ale w Krakowie słyszałem opinie na temat trudnych rekrutacji, ciężkiej atmosfery. Wiele osób komentując reportaż wyrażało opinię: można było się tego spodziewać. Dlaczego?

Na pewno jest tak, że w naszej organizacji była duża rotacja i rozumiem jej źródła. Pierwsze to spora liczba młodych osób. Teraz w trendzie jest szybka zmiana pracy. Po drugie, gdy rekrutuje się osobę z potencjałem, to potem okazuje się, że ta osoba ma potencjał albo nie. To jest ryzyko. Ostatnio czytałem tę oczywistość w tekstach HR-owych.

A dałoby się prowadzić te instytucję, trochę startupową, bez presji wyników?

Paczka to najtrudniejszy i najbardziej złożony projekt, jaki prowadziłem. Czy to musiało być okupione takim wysiłkiem? Paczka powstała w Polsce wbrew trendom. Ponieważ w 2001 roku wielu zamożnych patrzyło z pogardą na biednych i my zszywaliśmy to społeczeństwo. Czy atmosfera musi być stresująca? Większość spotkań u mnie to dużo śmiechu, wiele rzeczy robimy „na funie”. Natomiast powtórzę: oczekiwania wobec nas są duże i trzeba im sprostać. I tego wymagamy. U nas nie chodzi o ciężką pracę, ale sprytną. Trzeba mieć pomysł, jak tak dużo osiągać. Nie każdy to ma. A ja lubię pracę z młodymi ludźmi. Jestem też od 23 lat duszpasterzem akademickim i Wiosna jest dla młodych ludzi ścieżką rozwoju.

Jeszcze jeden wątek jest istotny. Janusz Schwertner, autor tekstu, zarzuca księdzu, że ksiądz i księdza podwładni sugerowali mu, żeby nie publikował materiału, bo mogą go spotkać nieprzyjemne konsekwencje. A do redakcji Onetu zostały wysłane maile, że macie haki i możecie opisać nieprzyzwoite zachowania na imprezach firmowych.

Opowieści pana redaktora są niesamowite. Ostatnio słyszałem z jego ust historię mojego życia. Że w 2001 roku jeszcze pakowałem paczki, a zły byłem od 2012. Niesamowite…

Czyli nie było takich maili?

To było tak, że na początku maja byli pracownicy Onetu zaczęli zwracać się do mnie z informacjami, że Onet szuka na mnie haków. Równolegle nasi byli pracownicy zaczęli pytać nas, kto ujawnił wrażliwe dane na ich temat – np. dotyczące choroby.

Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. I faktycznie mój współpracownik, dyrektor kreatywny, wysłał prywatnego maila do swoich znajomych z Onetu z pytaniem, o co chodzi. A my przez cały czas próbowaliśmy prowadzić rozmowę z redakcją, żeby pokazać, jak się u nas pracuje i zweryfikować to, co o nas usłyszał dziennikarz. Ale to nic nie dało.

To jeszcze jeden zarzut. Napisany wprost przy wywiadzie z księdzem, że podczas autoryzacji wywiad został ”napisany na nowo”.

Jest dla mnie dziwne, jak redakcja potrzebuje o mnie mówić złe rzeczy nawet, kiedy to nie jest potrzebne. Mieliśmy rozmowę, która trwała ponad trzy godziny i następnego dnia otrzymałem spisany wywiad, w którym pojawiły się pytania, których mi nie zadano i odpowiedzi, których nie udzieliłem.

Dokładnie odwrotnie twierdzi redakcja Onetu.

Autor poprosił, żebyśmy w dowolny sposób dodali te wątki, sam sugerował, że nie musimy spieszyć się z autoryzacją. Przyjąłem takie rozwiązanie, że skoro są nowe pytania i jeszcze odpowiedzi, w których się przyznawałem do tego, czego nie zrobiłem, próbowaliśmy rozbudować tę historię w wywiadzie o drugą stronę. O pozytywny obraz Wiosny. Więc tylko rozbudowaliśmy odpowiedzi na pierwotne pytania.

Czy przyszłość Szlachetnej Paczki jest zagrożona? Czy ten projekt może upaść?

Ten kryzys ma przebieg niekontrolowany. Uważam, że forma publikacji jest dla nas krzywdząca. Ale ratujemy, co się da. Właśnie złożyłem rezygnację z funkcji prezesa. Odpowiedzialność za to, czy Paczka się odbędzie, czy nie, nie spoczywa już tylko na mnie. Także na mediach i partnerach. My sami tego nie zrobimy. To może być przełom. Jesteśmy organizacją obywatelską. Od początku mieliśmy założenie, że jak ludziom podoba się to, co robimy, to nas utrzymają. Teraz możemy to sprawdzić…

A wolontariusze wiedzą, co myśleć? W jakiej są sytuacji?

Myślę, że dużo osób ma zamęt w głowie. Natomiast to jest paradoks. Szlachetna Paczka jest przedłużeniem mojego sposobu bycia, mojego sposobu budowania relacji z ludźmi. Nie jest tak, że wymyśliliśmy techniczny projekt. Ale ona opiera się na relacjach ludzkich. Na mojej wrażliwości, na sposobie budowanie relacji. Natomiast już i tak od dawna było pytanie, czy Paczka sobie beze mnie poradzi. Bardzo tego chciałem, od dawna zapowiadałem moje odejście. Przygotowywałem się do tego organizacyjnie.

Teraz czas na dojrzałość projektu bez księdza?

Jeśli otacza mnie tyle kontrowersji, nie widzę, w jakim trybie można rozwiać te wątpliwości. Jeśli natrafiamy na czyjąś opowieść, jak mam się z tym skonfrontować? Napisaliśmy w oświadczeniu, że zapraszamy naszych byłych pracowników, żeby przyszli i żebyśmy razem zweryfikowali te oskarżenia, żeby przedstawić nasz punkt widzenia. Ale bez nich tego nie możemy zrobić. Obowiązuje nas dyskrecja, jesteśmy pracodawcami. I prawo. Proszę pamiętać – wszyscy, którzy się z nami rozstali, nawet ci, którzy mają zarzuty, zrobili to w normalnym trybie zakończenia umowy o pracę.

Kuria wezwała księdza do pisemnych wyjaśnień. Co to znaczy?

To jasne, że ksiądz arcybiskup, który jest moim szefem, ma prawo do pełnej wiedzy na temat sprawy. Wstępne wyjaśnienia złożyłem, będę je rozbudowywał.

Sprawą mobbingu zajmie się również krakowska prokuratura. Obawia się ksiądz tego postępowania?

Nie ma nic takiego, co byłoby łamaniem prawa.

Czyli śpi ksiądz spokojnie?

Tak.

Jurek Owsiak zaapelował o nadzwyczajne spotkanie instytucji charytatywnych związane z kryzysem w Szlachetnej Paczce. To dobre rozwiązanie?

Jeden z członków naszego zarządu powiedział, że chętnie do niego dołączy. Ja nie mam chyba jeszcze zdania. W reportażu Onetu pojawił się zarzut, że besztam któregoś z naszych pracowników w koszulce WOŚP. Ale prawda jest taka, że to jeden z naszych młodych pracowników nakrzyczał na drugiego. Widział to dyrektor i wziął go na spotkanie, w czasie którego usłyszał reprymendę. Dodam, ze już u nas nie pracuje. To jest właśnie jakość tych opowieści.

I to jest dla mnie trochę symbol tego całego tekstu. I to jest też okazja, żeby nas – mnie i Owsiaka – poróżnić. Swoją drogą Jerzy Owsiak borykał się z kryzysem wizerunkowym i jestem pod wrażeniem, jak sobie z tym poradził. Uważam, że od kilku lat jest to mistrzostwo świata. Nie miałem okazji mu tego powiedzieć. A ja zadaję sobie pytanie, czy jeśli jestem społecznikiem i księdzem, to mogę w tym kraju normalnie żyć? Czy mogę pracować i po prostu żyć, czy jestem skazany na takie kryzys i hejt.

Jaka jest odpowiedź?

Nie mam jej. Zmierzam w moim stylu bycia w kierunku tego, żeby normalnie funkcjonować, żeby mieć życie osobiste, prowadzić duszpasterstwo. Ja nie jestem środkiem do celu. Nie muszę rządzić. Zawsze mówiłem, że chcę pracować w Wiośnie maksymalnie do 60 roku życia. No i jestem księdzem. Chcę się przygotować do śmierci. Mam do siebie duży dystans.

Chciałby się ksiądz spotkać z tymi, którzy czują się pokrzywdzeni? Chciałby ich ksiądz wysłuchać, spojrzeć w oczy, zrozumieć? Może uderzyć się w piersi?

Powiem inaczej. Traktowałem cześć z tych osób jak przyjaciół. I oni nie zmienili tego miejsca w moim sercu. Wspólnie to przeżyliśmy. Może pamiętamy inaczej. Ale to nie są czarno-białe historie. Pewnie wspominając nasze przeżycia, zwracalibyśmy uwagę na inne rzeczy. Pisałem do redakcji Onetu, że w tej chwili panuje trend hejtowania byłych firm – i jest pytanie, jak przejść z tych historii do prawdy. I to w moim mailu było. Nic więcej.

 

Wirtualna Polska
e-mail: pressinfo@grupawp.pl

Wirtualna Polska Media SA upoważnia Adresata do wykorzystania fragmentów przesłanej informacji pod warunkiem powołania się na źródło w treści publikacji.

Zielona trawka

Znaki czasu

Znak czasu, to różne mniej lub bardziej głupawe memy, grafiki, wpisy zaśmiecające m.in. FB, a mające przekonać jego użytkowników do głosowania w nadchodzących wyborach na jakąś część z nich. Skomplikowane? Myślę, że niekoniecznie, ale po serii wyborczej w 2015 musiałem wyrzucić kilku rozgorączkowanych znajomych, którzy nie dawali spokojnie zajrzeć na fb, bombardując mnie wyborczą propagandą lub usiłując zmusić do zajęcia wobec niej stanowiska.
Publikowanie skopiowanych z fałszywych profili fejków, memów z Demotywatorów jest uważane przez mało rozgarniętych PR owców za szczyt nowoczesnej kampanii wyborczej, Nie mogąc namówić nas do bezpośrednich spotkań, czy rozmów zarzucają wirtualna przestrzeń śmieciową propagandą jak jeszcze kilkanaście lat temu realną prostackimi ulotkami i plakatami. Jest w tym szaleństwie duża szansa na skuteczność, ale szybciej niszczy się kolejny nośnik informacji niż go pożytkuje. Jak dobrze wykorzystać sieć do zdobywania sympatyków i wyborców? Jest wiele metod, ale nie mam zamiaru robić tu wykładów. Poza tym wiedza kosztuje;-).
Wracając do śmiecenia w necie. Jeśli jest w tym działaniu coś, co z fascynacją obserwuję to intelektualne staczanie się ludzi, którzy uwierzyli, że udostępniając fałszywe lub co najmniej zmanipulowane informacje, a następnie kupując sobie pod nimi like’i, czy pochlebne komentarze nieistniejących internautów, ewentualnie paru znajomych. Fascynuje mnie ta ślepa wiara, że czytają te wpisy wyłącznie ślepi, głusi i niemowy, wszyscy razem pozbawieni narządu zwanego rozumem, pozwalającego ocenić dane wpisy.
Co mam powiedzieć spotykając po latach kumpla ze studiów, którego życie obserwuję na fb, gdzie w ramach kampanii wyborczej powiela rzeczy nieprzystojące absolwentowi wyższej uczelni, którą razem kończyliśmy? Miłosiernie nie chcę podawać tu przykładów, bo wpis jest raczej przestrogą, że w sieci jak w życiu są ludzie głupi, przeciętni i … inteligentni. Są też w niej ludzie, którzy znają nas od lat i czasami nie mogą pojąć, czy ten nasz kolega, czy koleżanka, co to na studiach to i owo, a teraz w życiu aż się zmieniło.
Tylko krowa nie zmienia poglądów. Fakt. Ale nie wiem, czemu wolę być krową, niż kozą.

 

500 plus emigracja

Na początek cytat z mojego ulubionego dostarczyciela cytatów.

Adam Bielan w TVN 24 „To będzie wymuszało wzrost płac w Polsce i to jest wiadomość bardzo dobra. Trudno się mi, jako politykowi martwić z tego powodu, że przedsiębiorcy będą zmuszeni, by podnosić często głodowe pensje. Natomiast nie ma, co ukrywać, że w pewnym momencie pojawi się u nas sytuacja jak na zachodzie Europy, że pewnych prac Polacy nie będą chcieli podejmować. I wtedy, jako społeczeństwo będziemy musieli podjąć decyzję, na ile otwieramy swoje granice na migrantów i z jakiego kierunku”

Lubię szczerość Adama, na którą mu się czasami schodzi. Zgadzam się, że brak rąk do pracy wymusza na przedsiębiorcach konieczność podwyżek, które dzięki 500 plus przekraczają ich możliwości, bo 500 plus sprawia, że 700 złotych podwyżki może oznaczać utratę prawa do 500 zł, czyli faktycznie ktoś, kto chce dać swemu pracownikowi 700 zł na rękę musi wyłożyć 1200 zł, co z pochodnymi daje jakieś 2000 zł. Jak nie ma skad wziąć, to trzeba podnosić ceny towarów lub usług (co się faktycznie dzieje). Dalej podnoszenie płac w produkcji i usługach, podwyżki cen wywołuje nacisk 5 mln pracowników budżetówki oczekujących podwyżek zżeranych drożyzną pensji. Oliwy do ognia dolewa rząd chwalący się  sukcesami i dochodami budżetu. Jednak rzad pieniądze na podwyżki nauczycieli, policjantów, urzędników musi znaleźć u … podatników i tak rozkręca się nam spirala.

Nikt głośno tego nie chce powiedzieć, ale „odebranie złodziejom” by dać dzieciom części obywateli, zaczyna podgryzać naszą gospodarkę. Jedni nie chcą pracować, bo mają 500 plus inne dochody wynikające z opieki społecznej, drudzy nie chcą więcej pracować, by nie stracić 500 +, trzecim trzeba bardzo mocno podnieść pensje by zrekompensować 500 +. Na koniec i tak płaci za wszystko polski przedsiębiorca i podatnik oraz strefa budżetowa, gdzie podniesienie pensji o 400 – 500 złotych bywa rozłożone na lata.

A przecież wystarczyło zamiast żywej gotówki, zdefiniować, na co można przeznaczyć 500 zł z elektronicznego konta. Np. na dodatkową edukację i uregulować szarą strefę korepetycji, na stomatologię, rehabilitację, okulistykę i mamy moment uporządkowaną szarą strefę w ochronie zdrowia, na wyjazdy, odpoczynek, co moment uporządkuje szarą strefę w pensjonatach etc.

500 plus nie musi być synonimem kupowania spokoju wyborców za pieniądze podatników (także tych uczciwych i nieuczciwych), ale być świetnym instrumentem zwiększania wpływów podatkowych, kontroli cen usług, ograniczania szarej strefy.

Za 5 lat czeka nas dramatyczny deficyt pielęgniarek, nauczycieli. Dziś brakuje rąk do pracy w budownictwie, transporcie rolnictwie. Próbujemy się ratować Ukraińcami, a nawet Nepalczykami, których tylko patrzeć jak wyssie z Polski zgoda UE na pracę w innych krajach. 2 mln Polaków, którzy już wyjechali nawet nie myśli wracać, bo nikt tu o nich nie myśli. Zatem za 5 lat albo trzeba będzie podnieść wiek emerytalny, albo pogodzić się z importem emigrantów z najbardziej muzułmańskich zakątków, bo nie jesteśmy aż tak atrakcyjni by przyjeżdżali do nas ludzie dobrowolnie.

Jest wyjście mniej drastyczne. Natychmiast zacząć realizować wzorowaną Niemczech politykę asymilacyjna Ukraińców oraz dostępnych dziś migrantów, z których można jeszcze wybierać i przebierać.

A teraz zacznie się pewnie hejt, że namawiam do najazdu nas przez islam. Nie Drodzy Moi. Nie dostaję kasy z ZEA, ani RFN, a tym bardziej nie dotuje mnie UE. Można się chwilowo zaprzeć nogami rękami i uznać, że ma być jak jest, ale niczego to nie zmieni, o czym świadczy przywołany cytat. To nie tak, że przez trzy lata Adam Bielan coś zrozumiał, albi świat go zaskoczył, co najwyżej krył się z oczywistością, za której opis można było się pożegnać z polityką. Dziś Adam Bielan z rozbrajającą szczerością stwierdza, że Polska jest skazana na emigrantów, a mnożenie  pięciu stówek na każde polskie dziecko te potrzeby jeszcze bardziej wzmocni. To już czas by do tej myśli przywyknąć.

Wywracanie kota

Rozumiem, że czasami w polityce, trzeba odwrócić kota ogonem, ale nie mam usprawiedliwienia, gdy się tego kota bez zmrużenia oka żywcem odziera ze skóry, by następnie naciągnąć ją tył na przód, włosiem do środka i na koniec ogłosić, że zwłoki mają się znakomicie.

Słuchając marszałka S.Karczewskiego tuż po głosowaniu nad losem prezydenckiego pomysłu na piękne samobójstwo, a następnie obserwując twórcze rozwinięcie jego myśli przez usłużne Wiadomości oraz kanał TVPInfo, zastanawiałem się nad jak daleko można posunąć się w przekonaniu, że ma się do czynienia nie z nieźle wykształconym i inteligentnym narodem, a masą delikatnie rzecz ujmując nierozgarniętych jednostek, które kupią każdą woltę. Marszałka Karczewskiego miałem okazję poznać w 2015 r. podczas kampanii wyborczej. Nie twierdzę, że był jak rzecznik Łapiński „bratem łatą” i chętnie przestawał z lokalnymi mediami. Raczej od nas stronił, uciekając w rozliczne telefony.  Nie mam jednak wątpliwości, że to inteligentny, znający swoją wartość człowiek. Co jednak sprawia, że nie potrafi wyjść i szczerze zakomunikować nie tyle wszystkim Polakom, ale wyborcom Prawa i Sprawiedliwości, że 25 lipca 2018 50 senatorów tej partii wstrzymując się od głosowania za projektem referendum uchroniło Prezydenta RP Andrzeja Dudę przed powtórką kompromitacji, jakiej doznał jego poprzednik, a Polskę przed polityczną nawalanką w 100 lecie odzyskania niepodległości.

Telewizja Jacka Kurskiego przyzwyczaiła mnie do tego, że jest nadzwyczajnie zdolna do wszystkiego, a pracujący tam dziennikarze mają za nic warsztat, opinię, a szczególnie nie szanują swych widzów. OK. to nie pierwszy przypadek polskiego medium robionego z pełnym przekonaniem, że odbiorca jest istotą zbędną  i wystarczy samo przekonanie redakcji, że wykonuje kawał roboty na własny użytek i przychód.  Lista znanych mi przypadków jest nadzwyczaj długa i zawiera zarówno wielkie redakcje, jak i małe lokalne portaliki, służące zaspakajaniu deficytów i leczeniu kompleksów prowadzących. Wszystkie jedną cechę wspólną. Mogą mieć w nosie odbiorców dzięki sowitym dotacjom, czy to z budżetu obywateli, państwowej korporacji lub szastającej kasa UE. Dlatego nie dziwi mnie interpretacja dzisiejszego głosowania, jako dowodu na wredną obstrukcję Platformy Obywatelskiej, której 27 senatorów głosowało przeciwko konsultacji z suwerenem koncepcji zmian konstytucji. Senatorowie PiS posiadający bezwzględną decydującą o wszystkim większość głosowali za lub wstrzymali się od głosowania, ale garstka opozycji była jak zawsze przeciw. I jak żyć panie w takim kraju, jak żyć?

Każdy z wstrzymujących od głosu senatorów wiedział doskonale, że głosuje przeciw referendum. Odetchnął nawet Prezydent A. Duda, który szukając samodzielności bez konsultacji ze swoim zapleczem politycznym wyciągnął pomysł referendum. Jego realizacja byłaby spektakularnym walnięciem głową w ścianę i co najmniej zamroczeniem. Zakładanie, że A. Duda będzie się mścił na swej partii i zacznie wetować to i owo, jest myśleniem z pogranicza pomroczności jasnej.  Po co ma to robić, skoro oficjalnie J. Kaczyński niemal zatwardził jego kandydaturę na drugą kadencję? Nie gryzie się ręki, która karmi w sytuacji, gdy nie ma innej. Obecny Prezydent z poparciem PiS dopóki nie pojawi się jakiś poważny kandydat spoza obecnej opozycji, może spać spokojnie i o ile nie popełni błędów B. Komorowskiego zapewne będzie prezydentem RP do 2025 roku, zależąc wyłącznie od zdrowia J. Kaczyńskiego, którego szwankowanie już dostarcza paliwa do rozlicznych spekulacji nie tylko medialnych.  Nie trzeba wielkiej wyobraźni czy wiedzy by zdawać sobie sprawę, że bez Prezesa PiS czeka dekompozycja, bo dziś tylko autorytet J. Kaczyńskiego jest w stanie utemperować ambicje kilku potencjalnych spadkobierców idei  braci Kaczyńskich.

Można rzeczywistość rasować, bo nie da się jej nigdy w pełni obiektywnie opisać, choć starać się należy. Żyć po drugiej stronie lustra można tylko w bajkach lub w koszmarnym śnie, bo wcześniej czy później ktoś tłucze lustro lub budzimy się w środku ciemnej nocy zlani zimnym potem.  Co by się stało, gdyby nie totalna, gnuśna i leniwa intelektualnie opozycja postanowiła zagłosować za prezydenckim projektem? Do jego przyjęcia potrzeba było 47 głosów. Gdyby 27 senatorów PO przyłączyło się do 10 głosujących na tak, referendum nie doszłoby do skutku, ale 50 senatorom PiS trudno było powiedzieć nie byliśmy przeciw cennej inicjatywie Prezydenta RP, ale jednie wstrzymaliśmy się od głosu. Na szczęście dla PiS, Prezydenta i Jacka Kurskiego PO i Nowoczesna jest totalnie beznadziejną opozycją, którą stać, co najwyżej na dociekliwość posła Brejzy. Na nieszczęście dla PiS, ta partia wciąż żyje przekonaniem, że za pięć stówek na drugie i następne dziecko Polacy pozwolą na wszystko. Nie wiem na co jeszcze pozwolą, ale odnotowuję, że liczba moich znajomych, którzy zauważają niekoniecznie pozytywne skutki tego programu galopująco rośnie. 500 zł robiło wrażenie dwa lata temu, bo lepiej mieć 500 złotych, niż ich nie mieć, ale trzeba pamiętać, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Wrzucenie na rynek 24 mld rocznie musi skończyć się nie tylko wzrostem cen, ale przede wszystkim rozkręceniem oczekiwań konsumpcyjnych. Jeszcze trzy lata temu moi znajomi na krótki urlop jechali nad Białe, do Krynicy, czy Zakopanego. Dziś prześcigają się na all inclusive od Chorwacji po Kanary. Fakt nasz Bałtyk jest zimny i drogi, ale to nie zmienia tego, że na zagraniczne wojaże jadą nie tylko ci, których na to stać. Polacy chcą coraz więcej zarabiać i coraz mniej pracować, co wydaje się całkiem naturalne, ale czy osiągnęliśmy ten poziom rozwoju? Cieszy nas poziom rozwoju gospodarczego, ale tylko gdy nie patrzymy na to co się dzieje w gospodarkach innych krajów i relacjach UE-USA-Rosja-Chiny.  W TVPInfo polska stal się leje a świat truchleje z podziwu, co przypomina mi czasy dzieciństwa, gdy robotników, którzy uwierzyli w cud drugiej Polski przepuszczano przez ścieżki zdrowia by wybić im z głowy myśl o podwyżkach.

Skazani na porażkę

Nie jestem osobą w myśl powszechnie przyjętej definicji niepełnosprawną. Nawet nikt z mojej najbliższej rodziny nie jest kimś takim. Mam za to wielu przyjaciół wśród tych, który przyszli na świat inni niż uznana przez nas ludzi zdrowych norma, przez co ośmielamy się o nich mówić niepełnosprawni. Jestem też dumny, że wielu rodziców tych ludzi darzy mnie zaufaniem, dzięki czemu mogę na protest na sejmowym holu patrzeć bez konieczności szukania odpowiednich na tę okoliczność słów.

Niepełnosprawność nie sprawia, że jesteśmy innymi ludźmi, to tylko cielesne lub umysłowe uwięzienie człowieka posiadającego takie same pragnienia, marzenia, aspiracje, jak pozostała część społeczeństwa. Tak samo jak inni boją się samotności, pragną miłości, chcą być szczęśliwi i co niektórych bardzo szokuje, marzą o drugiej połowie i przekazaniu życia. Dziwnie się czuję pisząc takie oczywistości 25 lat po pierwszym poważniejszym kontakcie z ludźmi zamkniętymi wtedy w domach, a często nawet ciemnych komórkach. Wydawałoby się, że przez to ćwierćwiecze dokonała się wielka rewolucja uwalniająca moich przyjaciół z tych ludzkich więzień. Być może nie razi nas osoba z porażeniem mózgowym przyjmująca komunię, dziecko z zespołem Dawna nie jest nazywane przepraszam za zwrot sprzed lah – „mongołem”, a biała laska wywołuje w nas odruch podania ręki przed wejściem na przejście na pieszych. Ale nie zniknął w nas lęk przez niepełnosprawnością, którą nadal chcielibyśmy wypchnąć poza nasze zdrowe, bogate życie.

Od połowy lat 90 tych współtworzyłem kampanie mające na celu łamanie barier w relacjach ze środowiskiem osób niepełnosprawnych. Początkowo było pięknie i romantycznie, potem pojawiły się środku ze zreformowanych, PFRONów, ale w połowie I dekady XXI wieku skończyła się medialna pogoda dla niepełnosprawnych a wraz z nią środki na zmienienia świadomości zdrowszej części społeczeństwa. Po następnych 10 latach odkryłem w opiniotwórczym tygodniku okładkę, według której rodzice dzieci niepełnosprawnych są bardzo nieszczęśliwi, bo ich chore dzieci odbierają im szansę na ziemski sukces. Już nikt nie załamywał rąk, gdy klasy integracyjne były miejscem selekcji dzieci, zapewniającej dopływ większej subwencji dla szkoły. Nie wzruszały orzeczenia lekarzy ZUS, według których z zespołu Dawna można było wyrosnąć. Ze społeczeństwa otwartego na akceptację niepełnosprawności, jako odmienności wymagającej od nas wsparcia, zaczęliśmy przechodzić na pozycje społeczności zamykającej na nią oczy i udającej, że skoro nie przydarzyała się ona nam, czy najbliższym, to jej nie ma.

Tylko przez moment pod koniec ubiegłego tysiąclecia politycy wpisywali na swe sztandary problem osób niepełnosprawnych. Szybko zauważono, że zakłady pracy chronionej, odpisy na PFRON, Domy Pomocy Społecznej, to miejsca gdzie można coś przyciąć, zaoszczędzić bez obawy na znaczącą utratę popularności. Inna sprawa, że były to okazje cwaniaków szukających łatwych pieniędzy dzięki politycznym koneksjom. Tyle, że na uszczelnianiu systemu pomocy nie tracili cwaniacy, a potencjalni beneficjenci. Przypadek? Nie sądzę. Pomoc tej szczególnej grupie obywateli Polski została dokładnie skalkulowana. W kraju gdzie politycy śmiertelnie boją się głosowania przez Internet, niepełnosprawni skutecznie zostali pozbawieni praw obywatelskich, choć z rodzinami stanowią 10 procent elektoratu. O bezradności świadczy nawet 5 punkt z programu premiera, Morawieckiego, który planuje wydanie 23 mld złotych na usuwanie barier w wydostaniu się z domowych więzień osób starszych i niepełnosprawnych, nie pytając przy tym czy będę mieli, za co kupić leki, żywność, nie mówiąc już od dostępie do kultury i rozrywki. Zresztą te 23 mld nie pochodzą z polskiego, ale unijnego budżetu i muszą być na te cele przeznaczone, bo gdyby nie to …, to zapewne poszłyby na inne bardziej politycznie opłacalne cele.

Rząd jest niewolnikiem swojej hurra propagandy sukcesu i choć z łatwością mógłby rozwiązać problem 500 złotych pomocy dla niepełnosprawnych, to z lęku przed następnymi daleko bardziej drenującymi budżet protestami grup o zdecydowanie większej sile politycznej, nie może ustąpić. Budżet nie jest wcale w tak świetny stanie, a przyszłość też nie rysuje się w różowych kolorach, bo kto, jak kto, ale były bankowiec, premier Morawiecki wie, że europejska gospodarka zaczyna zwalniać i lada moment trzeba będzie znowu zaciskać pasa w obliczu nieuchronnego kryzysu, którego Polska nie przetrwa dzięki wielkim pieniądzom z UE. Już dziś szpitale rozpaczliwie poszukują pielęgniarek, a za 5 lat zaczniemy odczuwać katastrofalny brak chętnych do pracy w pustoszejących szkołach, z których nauczyciele zaczną przechodzić masowo na emerytury. Bez pieniędzy nie da się tego zatrzymać, bo przecież młody magister mając do wyboru 1500 złotych na rękę za walkę o przetrwanie w szkole i kilka razy tyle za pracę na nowoczesnej koparce, wybierze 40 godzin pracy w komforcie.

Czy zatem te 12 osób nocujących w Sejmie jest skazanie na porażkę? Odpowiedź nasuwa się sama, jakkolwiek bardzo nie tyle boli, co najzwyczajniej w świecie wkurza. Czuję się równie bezradny i przerażony, bo to nie jest walka o jakieś tam 500 złotych. To walka także o moje prawo do pomocy, gdy jej naprawdę będę potrzebował.

 

Kobiety

Często próbuje się wmówić światu, że chrześcijaństwo jest z natury rzeczy religią mężczyzn, uzasadniającą ich dominację nad kobietami. Powiedzieć, że wynika to z niewiedzy byłoby zbyt dużym uproszczeniem, zwłaszcza, że sam znam wielu facetów, którzy własne dysfunkcje próbują ukryć pod pozorem prawa do dominacji nad kobietami, czego uzasadnienia próbują doszukać się tradycji lub literze Pisma. Tymczasem każdy świadom swej wiary w zbawienie jakie dokonuje się w Chrystusie, musi zdawać sobie sprawę, że Bóg wysyła na świat swego Syna nie w ognistym rydwanie, nie wyłania się on z otchłani morza, wnętrza wulkanu, ani w żaden inny sposób godny zdaniem nas śmiertelników Stworzyciela, ale wykorzystuje do tego największy cud jaki jest udziałem istot żywych. Jezus przychodzi na ten świat dzięki kobiecie. Młodziutka żydówka z Nazaretu otrzymuje dar większy niż znani nam prorocy i patriarchowie. Może powiedzieć Bogu tak lub nie. Nie zostaje zmuszona do macierzyństwa, do heroicznej walki o przetrwanie swoje i dziecka w świecie ludzi, według których popełniła jeden z najcięższych występków. Siłę do wzięcia odpowiedzialności za wybawienie od grzechów całego świata może dać tylko miłość matki. Przez swoje tak Maria daje nowe szanse na nowe życie każdemu z nas, stając się tym samym naszą matką.

Maria nie jest jedyną kobietą współuczestniczącą w dziele zbawienia na równi z mężczyznami. Kultura, w której dokonuje się zbawienie ogranicza kobiety w prawach i zajęciach.. Tym bardziej należy docenić rolę Elżbiety, która przyjmuje Marię do swego domu. Siostry Łazarza Marię i Martę, Marię Magdalenę, Weronikę i dziesiątki kobiet obecnych na kartach Ewangelii. Ktoś powie, że ich rola jest ograniczona do wykonywania codziennych czynności, w czasie gdy 12 apostołów może swobodnie chodzić za Jezusem i być w pełni jego uczniami. Ale czy bycie przez trzy lata najbliższymi towarzyszami Zbawiciela, świadkami cudów, uczestnictwo w setkach spotkań, bycie, wysłuchanie tysięcy opowieści, sprawiło, że mieli w sobie dość odwagi by pójść za Chrystusem w tą najtrudniejszą drogę? By wytrwać z nim do końca pod krzyżem, zdjąć martwe ciało i złożyć w grobie, a potem cierpliwie czekać na poranek dnia trzeciego?

Gdzie byli Ci odważni mężczyźni od chwili aresztowania po poranek zmartwychwstania? Jeden zdradził, drugi się wyparł. Dziewięciu rozpierzchło się przerażonych po mieście w obawie przed podzieleniem losu nauczyciela. Pod krzyżem odnalazł się najmłodszy Jan, który przyszedł tu za Maryją i kilkoma innymi kobietami. Wszyscy poza Judaszem zabarykadowali się w wieczerniku martwiąc się jak ujść z życiem z Jerozolimy, a potem wrócić do dawnych zajęć. Kto idzie w pierwszej możliwej chwili do grobu? Kto spotyka Anioła, odkrywa pusty grób, oznajamia to uczniom?

Tak naprawdę żadna z wielkich religii tak mocno nie eksponuje roli kobiet jak chrześcijaństwo. I nie chodzi tu tylko o jej początki, ale o nie dającą się ująć w wartości obiektywne rolę w przekazywaniu wiary. Od pierwszych słów „to jest Bozia”, po świadomą naukę skreślenia znaku krzyża przez każdego z nas, po rozróżnienie dobra i zła w relacjach z drugim człowiekiem, po rozpoznanie pierwszych znaków jakie daje nam Bóg. Udział kobiet w przekazie i zrozumieniu Boga czyni je domowymi kapłankami, bez których trud szafarzy sakramentów byłby daremny, również dlatego, że ich też ktoś nauczył prostego gestu złożonych dłoni w modlitwie.

Wielkosobotnie zastygnięcie cz. XV

31 marca o 16 stej zapraszam na premierę 15 części  cyklu Wielkosobotnie zastygnięcie. Moim słuchaczom pytającym o czym w tym roku, dedykuję przedpremierowo fragment.

Poeci twierdzą, że życie człowieka jest drogą, zmierzaniem od chwili do chwili. Wędrówką, której nie możemy zatrzymać, cofnąć się o milimetr, ale i też nie dana jest nam umiejętność przyspieszania jej o sekundę. Gdy jesteśmy młodzi wierzymy w tę opowieść. Wydaje się nam, że przed nami tak wiele czasu. Popełnione błędy wydają się nieistotne, łatwe do zapomnienia, krzywdy do naprawienia. Pełni pychy sądzimy, że wszystko przed nami. Góry do zdobycia, morza do przepłynięcia. Przemy naprzód naiwnie sądząc, że zdobywamy świat, który leży na wyciągnięcie ręki. Wraz z upływem życia, utratą sił, jesteśmy zmuszeni do rezygnacji z kolejnych marzeń, uznania swej słabości. Dopadają nas nie rozwiązane problemy, nienaprawione krzywdy, a perspektywa nieuniknionego końca czasu odziera nas ze złudzeń, że to my kreujemy świat, a nie on nas. Dojrzewamy, dorastamy, do zrozumienia skali własnych niemożności. Pojmujemy, że jesteśmy zdani na to co jedni nazywają losem, przeznaczeniem, karmą, przypadkiem albo działaniem siły wyższej. Przypominamy sobie opowieści dziadków, rodziców, odkrywamy na nowo Tego, o którego istnieniu trochę zapomnieliśmy. Nie ostawiliśmy Go bok, bo On jest, wbrew naszemu zapomnieniu. Raczej zamknęliśmy na Niego swe oczy sądząc, że to wystarczy, by przestał istnieć, a przynajmniej nas nie obserwował.

Świadomość obecności siły, która nie tylko stworzyła ten jedyny ze światów jaki znamy i do końca nie pojmujemy, jest podobna do odkrycia Kopernika. Nasz rodak nie sprawił, że Słońce zamiast latać bez sensu nad płaską jak talerz Ziemią, wylądowało w środku układu złożonego z krążących wokół niego planet. Kopernik pojął i opisał rzeczywistość, której oczywiście wielu jeszcze przez wieki zaprzeczało, bo przerastało to ich rozum, który kierował się wyłącznie tym co dostarczały mu zmysły. Podobnie jest z obecnością Boga w naszym życiu. Nie mamy żadnego narzędzia, a tym bardziej zmysłu by Go odczuć. Racjonaliści buntują się zatem i żądają dowodów, wierzący czują Go jak Kopernik zapatrzony w rozgwieżdżone niebo. On też czuł, że coś tu jest nie tak i poszukiwał sposobu ukojenia niepokoju. Nasze serca wbrew rozumowi, też nam podpowiadają, że coś jest nie tak. Ten świat jest zbyt skomplikowany, by powstał i istniał z nieskończenie małego punktu i był dziełem wyłącznie przypadku. Czujemy to jako dzieci codziennie poszerzające swój horyzont wraz z nowymi umiejętnościami i jako ludzie dojrzali, doświadczając swej bezsilności, która przychodzi wraz z wiekiem.

Człowiek umieszczony w klatce czasoprzestrzeni gdzie wszystko począwszy od definicji punktu po chwilę jest nieskończenie małe i krótkie jest skazany na Boga, którego istnienie pozwala się w tym układzie odnaleźć. Odkryty ze swą nieskończonością i wszechmocą Bóg sprawia, że z nieskończonego okruchu stajemy się potrzebnym komuś istnieniem. Punktem w czterowymiarowych puzzlach, bez którego nie będą one kompletne. Przeczucie, które przechodzi w wiarę, to narzędzie do okrycia nie tylko Boga, ale zrozumienia swej podmiotowości, odpowiedzi na najważniejsze pytanie po co tu się znaleźliśmy i do czego zostaliśmy stworzeni. Nawet najmarniejsze ludzkie życie, jest potrzebne, służy czemuś. Każda nasza decyzja zmienia świat. Buduje lub burzy jego porządek na określoną skalę. Pojmujemy to dopiero doświadczając jak mało znaczymy sami bez lub tym bardziej w relacji z innymi. Nasze życie staje się bezcenne, bo nie otrzymaliśmy go w darze, by się nim zabawić, ale wpisać się w nieskończoną całość. Czynić nim porządek lub go burzyć. Skoro nasze życie jest zbiorem nieskończenie krótkich chwili trwających w nieskończenie małych punktach posiadających dowolnej możliwość zmiany w podobnym, to po cóż interwencja w nie Tego które je stworzył?

I tu czas na zasadnicze pytanie dlaczego Bóg nadając nam przymiot wolności, posyła nam Swego Syna, a następnie pozwala nam Go ukrzyżować, zniszczyć, a potem wskrzeszając Go, zamiast mścić się jak uczynił to z Adamem i Ewą? Tym samym ogłasza, że odtąd cokolwiek byśmy nie zrobili, to każdy nasz grzech będzie nam darowany, aż do końca świata. Czemu ma służyć ten manifest bezkarności ludu. Z perspektywy ślepca nie potrafiącego dotkną, zobaczyć, poczuć istnienia istoty wyższej od siebie, to kompletnie niepojęte. Wszakże po co nam wiedza, że słońce stoi w miejscu, a ziemia się wokół niego kręci? Budzimy się gdy oświetla ziemię, zasypiamy gdy znika za horyzontem, grzejemy się w jego blasku, bez refleksji skąd bierze się to ciepło. Po prostu jest. To nie oznacza, że jego istnienie nie podlega określony prawom i faktycznie nie porządkuje naszego życia, poprzez dostarczanie nam życiodajnego światła, ciepła i milionów innych oddziaływań z których nie zdajemy sobie sprawy, a bez czego byśmy nie istnieli. Słońce nie może jednak samo o sobie stanowić, a tym bardziej decydować. Powstało, istnieje i kiedyś zgaśnie o czym zadecydują prawa fizyki. Człowiek jakkolwiek ograniczony prawami fizyki i relacjami z innymi elementami świata może dokonywać wyborów i może zmieniać ten świat na skalę swych możliwości i potrzeb. Także życie innych podobnych sobie. Zrywając harmonię z Bogiem, wybierając wolność bez podporządkowania się woli Stwórcy zaburzył jego ład. Wprowadził chaos. Bóg pogodził się z tym, ale wiedząc, że nawet nieskończenie mała cząstka jest zaczynem zdarzeń, które tworzą całe światy, postanowił wprowadzić do tego układu element porządkujący, stabilizujący. Wybrał zatem miejsce, czas, sposób na miarę swych nieograniczonych możliwości i ludzkich potrzeb. Wybrał też stosownych do swego planu ludzi.

Dobro i zło

Nie da się udawać, że się nie ma niczego do powiedzenie w sprawie zawieruchy po przyjęciu ustawy o IPN. Wypowiadać się można, a nawet należy, ale z pełną świadomością konsekwencji, co dotyczy nie tylko polityków, ale także publicystów, a może nawet bardziej tych drugich, bo pierwszych można wytłumaczyć dyplomacją lub jej brakiem, a drudzy mają obyczaj zmieniać zdanie w zależności kto aktualnie im płaci.

Niezmiennie od lat stronię od zero jedynkowej metodologii w pisaniu o przeszłości. Wybaczam zaangażowanym regionalistom patrzenie na przeszłość przez pryzmat pojedynczych wydarzeń, czy postaci, bo wartością w przypadku ich pracy jest opisywanie spraw jednostkowych umykających podczas procesu tworzenia syntez na potrzeby wyciągnięcia wniosków na poziomie narodu czy państwa.  Praca regionalistów, jakkolwiek posiadająca walor bezcenności, stroni dość często od ogólnego kontekstu, i zazwyczaj emocjonalnie nacechowana. Wyciąganie na jej podstawie wniosków ogólnych  jest uznane za dyskwalifikujące

Skąd ten wstęp? Ano dyskutanci zamiast faktami i wynikami badań historycznych, przerzucają się jednostkowymi wydarzeniami, które zapewne miały miejsce, ale też są trudne do weryfikacji w czasie rozmowy. Do tego dochodzą emocje i polityczne kalkulacje. W efekcie nie ma żadnego dialogu, tylko jatka. I zarzut ten odnoszę do wszystkich uczestników sporu, sam próbując się od niego dystansować, bo jakkolwiek zawodowo specjalizowałem się w okresie 1939 – 1948, to problematyka relacji polsko-żydowskich nie zajmowała poczesnego miejsca. Czemu? A z dość prozaicznego powodu. Był to temat zawsze budzące niezdrowe emocje, a naukowe opracowania jeszcze 20 lat temu traktowano jako niszowe. Jakkolwiek to zabrzmi, to dzięki Sąsiadom T. Grossa podjęto bardzo intensywne profesjonalne badania  historii polskich Żydów, nie tylko w kontekście holokaustu. Niestety wyniki tych prac nie są uwzględniane w tym co ja rozumiem jako politykę historyczną , czyli w rzetelnym informowaniu polskiego społeczeństwa o faktach i skali poszczególnych zjawisk, a jednocześnie burzeniu mitów i fałszywych kalek tworzonych przez historiografię i propagandę zewnątrzną.

To prawda, że prawda obroni się sama, ale żeby tak się stało ona musi być zbadana, opisana i zaprezentowana do powszechnej świadomości. Prawda nie bywa zawsze wygodna, ale jeśli ją będziemy rasować, to po prostu przestanie być prawdą i stanie się kłamstwem.  Nie potrafimy pisać, mówić, myśleć o relacjach polsko – żydowskich. Przykład? Mówimy o 6 mln polskich ofiar II WŚ. Połowa z nich to polscy Żydzi, których zagłada traktowana jest przez obie strony całkiem oddzielnie, więcej w naszej świadomości to są jak gdyby dwie różne historie. Tymczasem to się działo jednocześnie, może według dwóch planów, ale w tym samym miejscu i czasie, z udziałem tych samych ludzi.

W czasie II WŚ zginęło 6 mln obywateli polskich w tym 3 mln wyznawców judaizmu, z których duża część czuła się Polakami.  Praprzyczyną problemu z jakim mamy dziś do czynienia, niezależnie po której sporu stoimy i co o nim myślimy, jest nierozwiązany zarówno przez nas Polaków, jak i stronę Izraelską dylemat jak zdefiniować Żydów zamieszkujących Polskę przed 1939 r. Czy to był inny obcy naród, czy tylko wyznawcy innej religii, wspólnota kulturowa etc. Najlepszym dowodem na to jest konsekwentne używanie zbitki polsko – żydowskie. To Polak nie mógł być starozakonnym, a Żyd chrześcijaninem? Bracia von Krokow z Krokowej walczyli w 1939 r w dwóch armiach polskiej i niemieckiej. Ani jednemu ani drugiemu nie odmawia się polskości i niemieckości.

Spór, z którym mamy do czynienia nie tylko pomiędzy Polską a Izraelem, Polską a społecznością żydowską na świecie, nigdy nie zostanie zażegnany, jeśli wszystkie strony nie stworzą wspólnych definicji rzeczy elementarnych. Dla Niemców Żydem konsekwentnie był każdy potomek innego Żyda do określonego stopnia pokrewieństwa, również ten, który uważał się za Polaka, a jednocześnie wyznawał dowolną religię. A dla nas? Mówimy Żyd, myślimy … . Myślimy to co do nas dotrze wraz z jakąś wiedzą. Dla jednych to będzie kwestia wyznania, dla innych narodowości, polityki, mentalności, czy interesu, ale ten rozrzut skojarzeń tylko potwierdza moją tezę, o braku definicji oraz szczerej opartej na solidnej podstawie naukowej rozmowie. Bez tego będziemy mieli do czynienia ze wzajemnymi atakami, posądzeniami, lękami, żądaniami. Ludzie pamiętają jak wyglądało to bohaterstwo i szmalcownictwo, ale ta pamięć dotyczy jednostkowych przypadków. Historycy już prawie ujęli to w skalę i jednocześni szczegółowo opracowali okoliczności, co sprawia, że potrafimy zrozumieć te liczby. Prawda prowadzi do wzajemnej empatii. Empatia pozwoli nam zrozumieć, rzecz dotyczy 6 mln  ofiar. Przestańmy je dzielić. Lektura choćby donosów na gestapo, czy ubecję, albo współczesne nam wpisy na internetowych forach pokazuję dobrych i złych ludzi. Zbrodniarzy i ofiary.  W jednym i drugim przypadku rzecz dotyczy konkretnych  ludzi, a ich wyznanie i narodowość okazuje się rzeczą wtórną. Mordowali ludzie, ludzi, a wyznanie czy narodowość było tylko pretekstem.

Bóg nie stworzył człowieka jako Żyda, Polaka, Niemca, Eskimosa. I Bóg nie będzie rozlicza nas z narodowości, lecz uczynków. Bycie Niemcem, Żydem, czy Polakiem nie będzie okolicznością łagodzącą.

31 Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale i wszyscy aniołowie z Nim, wtedy zasiądzie na swoim tronie pełnym chwały. 32 I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych [ludzi] od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. 33 Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie. 34 Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: „Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata!
35 Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść;
byłem spragniony, a daliście Mi pić;
byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie;
36 byłem nagi, a przyodzialiście Mnie;
byłem chory, a odwiedziliście Mnie;
byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie”.
37 Wówczas zapytają sprawiedliwi: „Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? 38 Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? 39 Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?” 40 A Król im odpowie: „Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”.
41 Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: „Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom!
42 Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść;
byłem spragniony, a nie daliście Mi pić;
43 byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie;
byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie;
byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie.”
44 Wówczas zapytają i ci: „Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie?” 45 Wtedy odpowie im: „Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili”. 46 I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego».

PS Tekst dedykuję szczególnie tym, którzy dziś mnie lub bardziej celowo starają się postawić po którejś z wielu stron konfliktu, zapominając o tym, że jeszcze kilka lat temu pisali i mówili coś zgoła odmiennego, a pozbawieni zdolności honorowych nie potrafią połknąć języka. Jak się czegoś nie wie, nie potrafi, nie umie, to się tym nie zajmuje.