Szczerze aż dziw bierze

3 02 2012

Na jednym z plotkarskich portali znalazłem następujący wpis:

“Od kilku dni tabloidy donoszą, że Kim Kardashian postanowiła zmienić swoje życie. Celebrytka doznała duchowego olśnienia (coś nam to przypomina historię z własnego podwórka - patrz Maja Frykowska :)). Chce zrozumieć Biblię i dlatego zaczęła studiować ten największy bestseller świata. Trochę się to kłóci z tym wizerunkiem Kim, który znaliśmy do tej pory. Obawiamy się, że nawrócona Kim nie będzie już tak atrakcyjna jak ta grzeszna. Kto będzie nam dostarczał pikantnych rewelacji ze swojego życia, prawdziwych, życiowych mądrości i seks taśm?”

Komentarz? Chyba zbyteczny, ale gdyby komuś coś przyszło do głowy, zapraszam.



Poczciwi idioci

2 02 2012

Nasi politycy za nieustanność obecności w głównym nurcie medialnego przekazu są w stanie zrobic dosłownie wszystko. Zmienić o 180 stopni poglądy w 5 minut? To już normalka. Wystąpić w najglupszym programie świata? Znamy. Pójść na demonstrację przeciwników umowy, którą się wynosiło pod niebiosy? Ależ czemu nie. Zostać tam wygwizdanym i pogonionym? Nie, to był przejaw entuzjastycznej aprobaty. Być nazwanym hiopokrytą, kłamcą, etc? To problem tych co używają takiego słownictwa. Robić z siebie ofiarę masowego (kilkaset tysiecy pobrań filmu) internetowego piractwa z czasów, gdy internet zasadniczo w Polsce nie funkjonował, prędkość przesyłu danych była liczona w bitach na minutę (dziś w megabitach na sekundę)? Ciemny lud to kupi, a pozostali może nie zwrócą uwagi.

Nawet śmierć poetki jest dobra by zaznaczyć swe istnienie. Nie ważne dobra, zła, ale znana byla, więc można Szymborską nazwać Wisłocką i umieścić ją w II poł XIX w. i zostać gwiazdą internetu.

Żenada, porażka, głupota? Brak słów.

W normalnym, jak mawia jeden z naszych bohaterów, kraju tacy ludzie zostaliby wyśmiani i usunięci z życia publicznego. W Polsce im kto glupszy, bardzie ordynarny, bezczelny, wulgarny, tym częściej cytowany i zapraszany. Jeśli uratujesz komuś życie, może dostaniesz medal. Jeśli ciężko będziesz pracować, na pewno dostaniesz garba. Jeśli jesteś młody zdolny, wyksztalcony, sprawdzisz się na zmywaku w Dublinie. Jeśli cale życie byłeś uczciwy, na emeryturę odejdziesz ze starym portfelem. Jeśli jesteś poczciwym idiotą bez wątpienia masz dane by zostać, bohaterem, ulubieńcem, celebrytą lub choćby powszechnie znanym politykiem. Jeśli jesteś niepoprawnym idealistą, piszesz takie teksty, po przeczytaniu których sam masz wątpliwości, kogo one obchodzą.



Anonimowi

31 01 2012

Kilkadziesiąt kilkutysięcznych demonstracji w obronie wolności w Internecie, jakie przeszły ulicami polskich miast to dla jednych bunt sieciowych złodziejaszków i wielbicieli pornofilmików, dla drugich niezdefiniowane, ale być może chwilowe zjawisko, dla innych przejaw budzenia się społeczeństwa obywatelskiego, czy wreszcie początek szeroko rozumianego ruchu antysystemowego. Mainstreamowe media, partie polityczne, sondażownie oraz tzw. znawcy społeczeństwa, jeśli nie lekceważą zjawisko, to próbują je wytłumaczyć na sobie znane dotąd sposoby. Wszyscy boją się jak ognia otwartego poszukiwania analogii do wydarzeń, które zmiotły najbardziej wydawałoby się stabilne arabskie reżimy, albo postawiły w stan gotowości establishment najstarszych demokracji liberalnych. Tworzona przez ostatnie 20 lata polska wersja porządku świata, w którym liczy się wyłącznie zysk i wzrost wskaźników ekonomicznych jest przygotowana na mutacje demokracji. Tymiński, Lepper, Palikot nie mieli i nie mają szans. Są dziecinnie prości do ogrania. Wystarczy historia o biciu żony, konta i rządowe limuzyna, czy kordon milczenia wokół liderów. Ale jak okiełznać ruch, który nie ma lidera, powstaje spontanicznie, z błahego wydawałoby się powodu, w wielu miejscach jednocześnie? I co gorsza nie pozwala się nigdzie „zapisać”. Jego uczestnicy nie golą się na łyso, nie noszą kastetów, czy tęczowych flag, ale są wykształceni, wrażliwi, odporni na sztuczki starych mediów, potrafią się biegle posługiwać nowymi technologiami. Jednym słowem czarny sen „Jacków Kurskich i Piotrów Tymochowiczów”. Nie prawdą jest, że Anonimowi odrzucają wszelkie autorytety, że są w antysystemowości bez alternatywni. To nie są prymitywy wylewające swe frustracje na forach internetowych, podnoszący swą samoocenę wymyślając najcięższe oskarżenia lub epatujący wyzwiskami skierowanymi pod adresem uczestników życia publicznego. Takie są internetowe armie obecnego układu politycznego. Anonimowi są ich alter ego. Potrafią zatruć życie w cyberprzestrzeni, ale nie muszą tego czynić za pomocą wyzwisk. Choć nie uznają obowiązujących sposobów wyrażania poglądów za skuteczne, to nie oznacza, że ich nie posiadają. Negując obowiązujące zasady i rozwiązania, bynajmniej nie są anarchistami. To na ich stronach można znaleźć pojęcie demokracji oświeconej, postulat odrzucenia zysku, jako głównego celu działania człowieka. Anonimowi stawiają na prawo człowieka to życia w społeczeństwie, gdzie jego miejsce wyznacza nie to, co się ma, ale to, kim się jest. Jednostka ma zagwarantowane prawa i obowiązki, by z jednej strony móc się realizować, a z drugiej nie ograniczać drugiego. Państwo jest tu instytucją działającą na rzecz wszystkich swoich obywateli, a nie broniące określonych grup interesów. Od 20 lat budujemy w Polsce dwa społeczeństwa. Socjalne i burżuazyjne. Rządzący wmawiają Polakom, że to jedyna alternatywa, grają na konflikcie pomiędzy biednymi i bogatymi. Młodzi Polacy, którzy nie chcą zamienić życia w pracę, nie chcą uciekać na zmywak w Londynie, a z drugiej strony są pozbawieni szans na normalny start w samodzielne życie w kraju, zadają nie tylko rządzącym proste pytanie: czy o to chodzi w życiu? Czy na tym ma polegać wolność? Anonimowi chcą najzwyczajniej żyć, pracować, kochać, zakładać rodziny, budować szczęście. Nie uznają wolności jako dowolności, bez odpowiedzialności. Chcą słuchać dobrej muzyki, oglądać dobre filmy, czytać dobre książki. W ich rozumieniu dobre, nie musi epatować dziwactwem, czy ekshibicjonizmem, co usiłują dziś narzucić wytwórnia, wydawcy, dystrybutorzy, politycy. I wcale nie chcą niczego za darmo. Internet to nie tylko pirackie filmy, muzyka i programy, to także jedyne nie opanowana przez wielki korporacje miejsce prezentacji niezależnych produkcji, które są konkurencyjne wobec komercyjnych produktów. Anonimowi wiedzą, ze w ACTA nie chodzi o interes twórców, lecz uszczelnienie wolnego rynku wymiany towarów, usług i myśli, w celu zagwarantowania monopolu istniejących korporacji. A ile kosztuje ideologiczny monopol przekonujemy się za każdym razem choćby odwiedzając stację paliw.



Kierowco jeśli jesteś wkurzony … sięgnij po?

26 01 2012

Dolar spadł z 3.55 do 3.24

Baryłka ropy na giełdzie w Nowym Jorku nie drożeje od początku grudnia

Akcyza na benzynę nie wzrosła

to czeemu litr bezołowiowej poszybował z 5.40 do 5.70

Kto mi odpowie

Czy kierowcy też mają wpaść tu i ówdzie?



Ślicznie nie?

23 01 2012

Muszę się przyznać, że od paru ładnych lat, za Brudnym Harrym (jedno z filmowych wcieleń Clinta Eastwooda), nadużywam słowa „ślicznie”, które inspektorowi Callahan’owi, służyło do zastępowania szpetnych przekleństw. Używam go zamiast starego polskiego słówka z dźwięcznym „er”, gdy zdarza mi się mieć do czynienia z bezczelną próbą traktowania mnie w kategoriach „ciemnego ludu, który wszystko kupi”. Ostatnimi laty „wyśliczniam” coraz częściej i chyba czas się zastanowić nad sobą, czy mi spada odporność, czy też bezczelność wzrasta.
A może i Ty Drogi Czytelniku masz to samo? Mnie ostatnio wzięło, gdy po atakach hakerów na strony internetowe naszej jak mawiał inny klasyk „Wadzi”, wyszło na jaw, że rząd ma podpisać jakieś negocjowane po kryjomu tajne porozumienie w sprawie odcinania Internetu tym, co czerpią nielegalne zyski z dóbr intelektualnych innych. Nie, no jasne rozumiem twórców. Nikt nie lubi być okradany. Nawet ja, gdy mi ktoś podpisuje się pod wywiadem, którego jestem autorem, a po zwróconej uwadze, że to zasadniczo złodziejstwo jest, zrywa ze mną współpracę. Nadmienię, że za owe wywiady, a już ten ostatni, choć był wybitnie topowy, owa redakcja mi nie zapłaciła. Ślicznie Ale do rzeczy. Rozumiem twórców, ale też rozumiem miliony odbiorców, którzy z radością zapłaciliby bezpośrednio autorowi na ten przykład piosenki, tyle ile ów otrzymuje od pośrednika, czyli za ściągniecie płyty jakieś 5 złociszy, zamiast 45 jak chce wytwórnia, za nośnik, czyli płytę CD, której fizyczne wytworzenie zamyka się w kwocie 2 PLN. Reszta to narzut wytwórni, która sprzedaje oficjalny nośnik w zawrotnej liczbie 5 do 35 tysięcy egzemplarzy. Jeszcze10 lat temu w Polsce płyty sprzedawały się po 100 i więcej tysięcy, a kosztowały o połowę mniej, po czym jakiś geniusz doszedł do wniosku, że polska płyta nie może być tańsza od zachodniej i cały rynek zdechł. Ów geniusz się dziś wymądrza, że to internet zabija polski rynek muzyczny. Ślicznie. Między twórcą a odbiorcą powstała taka śliczna czarna dziura pochłaniająca 3/4  przychodów i to ona powinna być przedmiotem działania reprezentującego podobno społeczeństwo państwa. Tymczasem owo państwo zamiast dbając o interes twórców zająć się czarną dziurą, zastawia po kryjomu wnyki na obywateli ograniczając ich prawa. Ślicznie. Tak się nasze kochane państwo przyzwyczaiło. Za dużo wypadków na dziurawej drodze? No to postawimy 10 nowych znaków zakazu, dorzucimy fotoradary i zamiast remoentować drogi będzieny dorabiać budżet wojewody. Czy wybudujemy za to drogi? A remontujemy je za podatek drogowy wliczany do ceny benzyny? Ślicznie, prawdaż?
Co na to opozycja? Nie zasypuje gruszek w popiele i chlasta krytyką, protestuje, staje w obronie, czyli sprzedaje swoją ciemnotę, bo ze sejmowych stenogramów wynika, że w sierpniu była cała za przystąpieniem do internetowego układu zwanego ACTA. Ale to jej nie przeszkadza, bo jak się głośno zakrzyknie, zrobi jakiś evencik, to nóż widelec ludziska uznają wkład opozycji w obronę ich wolności, To samo było z ustawą refundacyjną i protestem lekarzy, który łupnął po pacjentach. A już nie wspomnę o wciskaniu nam ciemnotek, że będziemy szczęśliwsi, jak się bezkarnie napalimy trawy, bo jest mniej szkodliwa od tytoniu.
Lud już nie kupuje świętego oburzenia po czasie i przy okazji Lud nie ma dość eventów, czyli okazji do pokazania się i wygłoszenia strzelistych metafor. Lud oczekuje solidnej pracy nad ustawami, prawami i obowiązkami. Lud rozumie, że nie obowiązuje już zasada równych żołądków, bo nie jest już od dawna ciemny i swój rozum ma. Ślicznie nie?



Na krótkich nogach

16 01 2012

Konferencji w Prokuraturze Generalnej poświęciłem dwie bite godziny ze swego wolnego od pracy dnia. Nie to bym spodziewał się potwierdzenia rewelacji i przecieków, które krążyły po mediach od piątku, ale z ciekawości, co się z nich okaże faktem, a co dziennikarskim bajdurzeniem. Szczerze? Szkoda czasu było. Jedynym zaskoczeniem były różnice pomiędzy odczytami głosów z kokpitu dwóch grup ekspertów. I nawet nie chodzi o to, że specom z Sehna nie udało się potwierdzić ani jednego zdania, które mógłby wypowiedzieć generał Błasik, bo to jest dla mnie dość oczywiste. Raczej byłem zaskoczony pewnością ekspertów policyjnych, którzy tak zdecydowanie przyporządkowali odszumiony głos. Ale najbardziej zdziwił mnie brak w najnowszym odczycie wielu zdań! Wydawać by się mogło, że mający międzynarodową renomę Instytut J. Sehna wzbogaci naszą wiedzę, tymczasem stało się dokładnie na odwrót. Rozumiem, że z przyczyn procesowych nie mając 100 % pewności eksperci zrezygnowali z przypisywania pewnych zdań konkretnym osobom, ale spodziewałem się większej liczby nawet anonimowych wypowiedzi.

Pracując wiele lat z zapisem dźwięku mogę sobie wyobrazić, z jakim materiałem wyjściowym obie grupy miały do czynienia i czego faktycznie dokonały. Wypowiadający się na temat politycy i dziennikarze najzwyczajniej w świecie się ośmieszają. Najbardziej żenujące są odkrycia, że oryginały nagrań pozwoliłby odczytać więcej. Posiadanie w Polsce rejestratorów to wyłącznie gwarancja, że nikt przy nich nie kombinuje, czyli na przykład nie próbuje wpłynąć, na jakość zapisu. O fałszowaniu poprzez nanoszenie lub usuwanie jakiś dźwięków, nie może być mowy, bo takie zabawy wykryje każdy średnio rozgarnięty realizator dźwięku, a co dopiero uzbrojony po uszy ekspert. Jedyna szansa na fałszowanie zapisu, to podłożenie taśmy z rejestratora lotu z samolotu lecącego w tym samym dniu i rozbitego dokładnie tak samo, z tymi samymi ludźmi na pokładzie. Nawet teoretycznie jest to niemożliwe, bo nie jesteśmy w stanie odtworzyć każdej okoliczności tragicznego lotu. Można jednak płynąć na taśmę z zapisem analogowym tak, by utrudnić jej pełny odczyt. Owszem i te zabawy można by odkryć, ale jest zdecydowanie trudniejsze. Pod słowem pełny odczyt rozumiem wszystko to, co kryje się na granicy białego szumu, czego przeciętny człowiek nie ma prawa usłyszeć. Te „mikrodźwięki” ulegają bezpowrotnej stracie za każdym razem, gdy na analogową taśmę oddziałuje głowica odtwarzająca. Stąd ilość odtworzeń oryginalnej taśmy musi jak najmniejsza. Obecność rejestratora w Polsce daje poczucie bezpieczeństwa, że jako ostatecznemu dowodowi, nic się nie stanie, ale do pracy badawczej nie jest on niezbędny.

Podczas konferencji Prokuratora Generalnego oraz w reakcjach na nią padło wiele pytań i komentarzy do faktów, które się miały nie potwierdzić, a które znajdowały nierzadko pierwsze miejsca w medialnych doniesieniach. Znajdowały, ale czy rzeczywiście były to fakty, czy też wymyślone ad hoc „mądrości” amatorów taniej sensacji zapewniającej chwilową sławę? Ta konferencja powinna w końcu dać do myślenia zwłaszcza tym politykom, który na serio chcą wyjaśnienia przyczyn i okoliczności katastrofy, że należy ważyć słowa i oceny. Złapanie na chwilę paru punktów w sondażach nie jest warte utraty twarzy, gdy przychodzi zmieniać zdanie pod wpływem faktów. No chyba, że się coś założyło z góry i jeśli te fakty nie pasują to tym gorzej dla nich. Ale to z kolei nazywa się wirtualną rzeczywistością, która wciąż przegrywa z realem. Czyli jak to mawiano w czasach ludzi honoru - kłamstwo zawsze ma krótkie nogi.

PS Ciekawe, kim w końcu zostanie Edmund Klich. Był już ekspertem, patriotą, zdrajcą, teraz został agentem?



No i co w tym chodzi?

13 01 2012

Dziesiejsza Rzeczpospolita opisała związki lekarzy opiniąjących leki do listy refunadacyjnej z koncernami farmaceutycznymi. Najważniejsze portale, telewizje i stacje radiowe, wspierające protest lekarzy - milczą. Naczelna Rada Lekarska - milczy.

kilka godzin po przyjęciu nowelizacji ustawy refindacyjnej Naczelna Rada Lekarska nadal rekomneduje kontynuację protestu pieczątkowego. Informację publikuje tylko TVP Info http://tvp.info/informacje/polska/naczelna-rada-lekarska-co-dalej-z-protestem/6183309

Myślę, że nie tylko pacjenci stają się ofiarą zabiegów liderów medycznych organizacji. Do listy dopisuję też lekarzy, których ktoś najzwyczajniej w świecie wykorzystuje.



Wielka Orkiestra Świeckiej Pomocy

10 01 2012

Do 8 stycznia 2012 roku nie było w polskim dziennikarstwie pytań nie do zadania, poza jednym. Można było dla przykładu napaść z mikrofonem na kardynała i zadać mu pytanie jak wspiera ubogich, a brak wyraźnej deklaracji zinterpretować na niekorzyść wszystkich duchownych, ale nie wolno było zadać pytania Jerzemu Owsiakowi, ile kosztuje przygotowanie i zorganizowanie corocznej zbiórki zwanej Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy. Jakkolwiek zakładam, że jest zapewne spora grupa Polaków, którzy bynajmniej nie ze skąpstwa, nie wrzucili przez te dwadzieścia lat czegoś do puszek w sumie setek tysięcy młodych wolontariuszy, to ze względu na autentyczne zaangażowanie tych ostatnich wyłączałem dotąd piszczący w głowie alarm kalkulatora. Nie zamierzam dyskredytować dobra, jakie raz do roku wydobywa z milionów Polaków Orkiestra, zarówno tych zbierających, jak i ofiarujących.
Niestety WOŚP od pewnego momentu zaczęła być pretekstem do niewybrednych ataków na instytucję Kościoła i sam katolicyzm. Używano do tego wyrwanych z kontekstów marginalnych wypowiedzi duchownych lub publicystów wskazujących na słabości nie samej idei pomocy drugiemu człowiekowi, ale ideologii zrodzonej na fałszywie zinterpretowanym przez kulturę masową haśle, „róbta co chceta”. Nie mam zamiaru prostować, co autor na serio chciał mieć na myśli, bo nawet, jeśli intencje były dobre, to konsekwencje okazały się nad wyraz dyskusyjne. „Róbta, co chceta” stało się wezwaniem do obalenia autorytetów i zasad ze szczególnym uwzględnieniem Kościoła i chrześcijaństwa. Autor wezwania skutecznie unikał takiej interpretacji, ale nie protestował, gdy wokół propagowanej przez się idei zbierali się ludzie nad wyraz wrodzy chrześcijaństwu.
Na fali modnych ostatnimi czasy wśród samozwańczych elit ostentacyjnego antyklerykalizmu i antychrześcijaństwa, komentując dwudziestą zbiórkę profesor Jan Hartman ogłosił Polsce i światu, że oto sukces WOŚP to protest przeciwko polskiemu katolicyzmowi i emanacja żądania powszechnej laicyzacji. Pan Hartman absolwent KUL rocznik 1990 nie zauważa, że sukces finansowy WOŚP zapewnia przeciętny polski katolik, wrzucający w styczniowe niedziele odłożone na ten cel pieniądze po niedzielnej mszy. Żądając tym samym usunięcia z nazwy zbiorki słowa świąteczna, jako bynajmniej niepoprawnego politycznie legitymizuje moje prawo do zapytania ile kosztuje coroczne zorganizowanie WOŚP i czy po prostu to się najzwyczajniej w świecie opłaca. Już za postawienie takiego pytania byłbym wyklęty przez Zbigniewa Hołdysa, który do ubiegłego roku sądził, że jego koledzy z branży grają charytatywne koncerty. Guzik prawda. Biorą kasę i to nie małą, i wcale nie jest to zwrot kosztów podróży. Nie pytam też o koszty przelotów samolotem Jurka Owsiaka, bo to jest pewien element telewizyjnego show, ale o łączny koszt fajerwerków, scen, prądu, promocji medialnej, gadżetów, plakatów ponoszony przez lokalne sztaby i ich sponsorów. Nie pytam o koszty fundacji, bo te są jawne i raczej trudno w nich coś ukryć, ale pytanie o celowość zakupów sprzętu medycznego, efektywność jego wykorzystywania jest jak najbardziej zasadne. Pytam o przepływ pieniędzy od sponsorów do artystów, o księgowanie wydatków samorządów, instytucji państwowych, policji, straży, wojska. O rzeczy, o które Jan Kowalski nie pyta, bo nie wie, czy może, a o co dziennikarze też boją się zapytać, by nie narazić się na zarzut buractwa, oszołomstwa i bluźnierstwa, czego świetny przykład można było ubejrzęć 9 stycznia w programie red. T. Lisa, który dał przykład swoiście rozumianej wolności wypowiedzi.
Po co o to pytam? Po pierwsze. A dlaczego nie mogę zapytać, skoro o każdy szczegół kazdej innej publicznej zbiórki to, dlaczego nie można zapytać Wielką Orkiestrę Świątecznej, przepraszam Świeckiej Pomocy? Po drugie dlaczego takie pytanie rodzi z miejsca tyle nienawiści do pytającego, bez żadnej intencji tylko pyta i bynajmniej nikogo nie chce tym pytaniem urazić? Szczególnie tych klikuset tysiecy młodych Polaków, którzy biorą piękną lekcję pracy na rzecz potrzebujących i dziesiątek milionów pozostałych, którzy otwierają serca i portfele. Oni, a wśród nich i piszący, mają prawo wiedzieć, a nie tylko dawać i pod miotłą siedzieć.



Recepturki

4 01 2012

Od trzech tygodni pierwsze miejsca w serwisach informacyjnych zajmuje ustawa refundacyjna. Jeszcze dwa tygodnie temu problem wydawał się być rozwiązany, by kilka dni przed 1 stycznia powrócić za sprawa miedzy innymi słynnego Porozumienia Zielonogórskiego, organizacji lekarzy, która juz kilka razy skutecznie szantażowała kolejne rządy czyniąc z pacjentów element przetargowy. Tym razem lekarzy wsparły dzielnie media, które z uporem godnym jakiejś sprawy tłuką w Tuska i Arlukowicza, aż grzmi. Uważnie wsłuchując się w ów łomot nie trudni zauważyć, że nie chodzi w nim o pacjenta, który tradycyjnie jest ofiarą. Nie chodzi tez o rzekomą biurokracje w postaci sprawdzania statusu ubezpieczeniowego pacjenta, bo przecież nawet w PRL zanim zostaliśmy wpuszczeni do lekarza sprawdzano ważność legitymacji, a obecnie problem braku prawa do bezpłatnej opieki lekarskiej jest marginalny, bo dotyczy 0, 5 % Polaków, czyli co dwusetnego! Następna bariera to kwestia trudnego do ocenienia przez medyków poziomu refundacji leków. Ta bariera okazuje się mitem, bo różne poziomy refundacji zależne od zdiagnozowanej przez lekarza choroby, dotyczą nie kilkunastu tysięcy specyfików z opublikowanej listy leków, ale tylko 230. Może, zatem lekarze boją się odpowiedzialności materialnej za źle zakwalifikowane medykamenty? Kolejna bzdura, bo już wcześniejsza ustawa dawała urzędnikom z NFZ narzędzia do kontroli prawidłowości przypisywania pacjentom leków oraz wskazywania poziomu och refundacji. Przypadki karania lekarzy były dość częste.
Jeśli zatem argumenty protestujących lekarzy i aptekarzy okazują się tak błahe, że aż żenujące, to, o co do pioruna chodzi! Czemu kobiecie chorującej na złośliwy nowotwór prowadzący jej leczenie lekarz wali na recepcie pieczęć “do refundacji przez NFZ”, skoro wie, że ten lek przysługuje jej niemalże bezpłatnie, a dopiero dziesiąty aptekarz podejmuje się sprzedaży tegoż specyfiku ze zniżką? Czemu media nie piętnują tego lekarza, który chyba jest pozbawiony jakichkolwiek zasad moralnych, bo przecież ta kobieta nie cierpi na katar sienny, ale nosi w sobie zabójcę? Czemu media nie pytają, dlaczego warszawski lekarz ładuje pieczątkę na receptę dla malucha, skoro wszystkie dzieci w Polsce są objęte ubezpieczeniem zdrowotnym? Skąd ta nagła miłość do medyków, obojętność wobec losu tysięcy pacjentów, z których politycy medycy uczynili sobie zakładników w wojence o…. Właśnie, o co? Jeśli nie wiadomo, o co, to zawsze chodzi o to samo. O kasę.
Ustawa refundacyjna została uchwalona 7 miesięcy temu i do czasu pojawienia się przymiarek do nowej listy leków refundowanych nie stanowiła żadnego zainteresowania mediów. Medycy i aptekarze twierdzą dziś, że zgłaszali jej mankamenty, ale na ostry protest zdecydowali się dopiero na kilkanaście dni przed jej wejściem w życie. Czy to przypadek, że dokładnie w okolicach pojawienia się przecieków z listy leków refundowanych? Przecieki też miały na celu wywołać histerię wśród pacjentów, którym zagrożono drastycznym wzrostem nie jednego czy 10 specyfików, ale niemalże wszystkich leków. Kto zarobił krocie na rozpuszczanych plotkach, który wypędziły tysiące chorych i starszych Polaków do kolejek? Kto zarobił na czyszczeniu aptecznych półek z zalegających tam środków? Nie winię w żadnej mierze pacjentów, bo kolejny raz padli oni ofiarą nieudolności polityków oraz pazerności koncernów medycznych, które żerują na polskim systemie refundacyjnych, którego uszczelnić nie potrafi kolejny rząd. I to nie jest tak, że tylko ten rząd ma z tym problem. Jedynym ministrem zdrowia, który odniósł dotąd maleńkie zwycięstwo w walce z koncernami była minister Ewa Kopacz, która być może w sposób przemyślany, a może z barki kasy, nie dała się naciągnąć na szczepionki przeciwko grypie. Ta sama minister odpowiedzialna jest de facto za klęskę nowej ustawy, której wprowadzenie bez przygotowania zostawiła, B. Arlukowiczowi, który jedzie na niej jak kulawy na skórce od banana.
B.. Arłukowicz nie może liczyć na przyjazne zwykle rządowi media, bo te waląc w obecny rząd, tak naprawdę nie wspierają medyków, aptekarzy, czy pacjentów, ale nadając przypadkom rangę zasady wspierają najbardziej zainteresowanych zmianami, nie w ustawie refundacyjnej, ale na liście leków refundowanych, czyli koncerny farmaceutyczne. Te same choćby, które jeszcze kilka lat temu zafundowały Polakom akcję straszenia polską insuliną, rzekomo gorszą niż zachodnią. Do dziś nie ma ani jednego potwierdzonego przypadku, w którym sprawdziłyby się proroctwa najbardziej opiniotwórczych gazet i dzienników. Ktoś celowo wprowadzał Polaków w błąd. Tylko po to by zablokować złamanie monopolu. To koncernom a nie lekarzom zagraża zapis w ustawie zobowiązujący lekarzy i aptekarzy do wyboru tańszych zastępników, które wcale nie są gorsze, ale zazwyczaj nie są produkowane przez zachodnie koncerny, które nie tak łatwo oddadzą wart 17 miliardów rynek leków refundowanych, na którym przez ostatnie lata osiągnęły pozycję dyktatora mordującego przy każdej sposobności polską konkurencję.
Zdaję sobie sprawę, że ustawa refundacyjna ma mnóstwo wad, ale w wojnie o nią nie chodzi o jej niedoskonałości, lecz o kasę. Nie dla lekarzy i aptekarzy, z których zdecydowana większość zachowuje zdrowy rozsądek i etykę. Szkoda, że w trwającej od czasów rządu J. Buzka wojnie pacjenci nie mogą liczyć na tak zwane opiniotwórcze media oraz szefów organizacji lekarskich, bo jak to mawiał klasyk “sorry Winetou, biznes jest biznes”, co wydaje się bardzo wdzięcznym polem nie tylko dla niezwykle rozbudowanych i aktywnych na innych polach służb, ale również dla POPiSu jedności wobec najważniejszych dla Polski i Polaków spraw. A zdrowie bez wątpienia do nich należy i od tej jedności wyjątkowo zależy.

PS Uprzedzając oskarżenia autora o budowanie spiskowej teorii dziejów oraz obrońcom politycznej poprawności w myśl, której koncerny farmaceutyczne pracują na rzecz dobra kazdego człowieka, by mu się żyło, dlugo i zdrowo, polecam orzeczenie sądu w sprawie Najfeld - Nowicka. Znajdziecie tam Państwo aż nadto przykładów na specyficzne rozumienie etyki w tej branży. Orzeczenie otwiera nawet największym idealistom bardzo szeroko oczy, również ze zdziwienia. Nie dziwi mnie też, kogo nie zadziwia i kto oraz dlaczego nie widzi w nim nic dziwnego.



Koniec świata

2 01 2012

No to jeszcze 11 miesięcy plus kilkanaście dni i będziemy mieli … koniec świata. Tak przynajmniej twierdzi całkiem spora część opiniotwórczych mediów niestroniących, na co dzień od tępienia tego, co w ich ocenie jest nieracjonalne, czy absurdalne, czyli na przykład religii. No może nie wszystkich religii. Są jej odmiany nie tylko tolerowane, ale i czasami polecane. Na przykład buddyzm, a nawet islam. Gorzej już jest z chrześcijaństwem, ze szczególnym uwzględnieniem katolicyzmu. Dla „jaśnie oświeconych” my katolicy jesteśmy jak stwory z równoległej gorszej rzeczywistości. Wiara w bezimiennego i niedającego się sportretować Boga okazuje się zbyt abstrakcyjna, dla ludzi wierzących ponoć wyłącznie w to, co się da dotknąć. Ponoć? Ano ponoć, bo koniec kalendarza opracowanego parę tysięcy lat temu, przez dość prymitywną cywilizację, składającą swym rozlicznym bogom z kamienia ofiary z ludzi, wystarczy by ten racjonalny ponoć do bólu świat uwierzył w swój koniec. Co przeciętny „opiniotwórca” wie o Majach? Zaręczam, że niewiele, a już na pewno zdecydowanie mniej niż o synu cieśli z Nazaretu, który powiedział, „nie znacie dnia i godziny”. To nie znacie przemawia na niekorzyść Jezusa, bo zwolennicy szkiełka i oka chcą być świadomi swego końca, nawet, jeśli ta wiedza nie odmieni ich życia. Nie wydłuży go nawet o sekundę, nie przemieni ich wnętrza, nie sprawi, że będą lepsi. Takie przemiany w obliczu wiary w przesłanie Majów jest bezsensu. Chyba, że Majowie obiecali, jakąś nagrodę za przemianę w altruistę lub egoistę, ale o tym nie wspominają guru z telewizji śniadaniowej.
Nie wspominają, ale nagminnie i przy każdej okazji wbijając szpilę katolikom rodem ze średniowiecza, zapraszają do studia chiromantów, wróżki, jasnowidzów, wysłuchują z otwartymi ostatni opowieści o poprzednich wcieleniach dzieci, polecają czytanie z gwiazd, runów, fusów etc. Proponują nam wybór pomiędzy rabbim z Galilei, który obiecał każdemu, kto w Niego uwierzy życie wieczne, a kamiennym kręgiem z meksykańskiej puszczy, zapisanym przez dopiero, co odcyfrowane znaki. Rabbi udowodnił swe słowa i oddał, co to po ludzku najcenniejsze, a następnie zmartwychwstał. Czym podpierają swe przesłanie Majowie? Albo ten pan jasnowidz, który wygłupił się choćby prognozowaniem wyników wyborów?
Moja córka ze zdumieniem oglądała migawki obrazujące histerią narodu północnokoreańskiego po śmierci swego umiłowanego wodza, który sprowadził na swój lud głód i nędzę. Jak to możliwe, by tak udawać – pytała? Możliwe, a nawet w większości przypadków nie można mówić o udawaniu. Skoro śmierć zmusza do łkania najbliższych wodza, a ci przekazują sugestywnie żal swym podwładnym, wyznaczając tym samym model zachowania, to trudno wykluczyć, że większość mieszkańców największego współczesnego obozu pracy, też odczuwa autentyczny, jeśli nie żal to lęk przed konsekwencjami zachowania się innego niż narzucony przez opiniotwórców. Czyli? Skoro nasi medialni guru mówią lękamy się 21.12.2012., by nie być zaliczonym do żyjącego w nadziei, wierze i miłości katolickiego ciemnogrodu, wierzymy jasnowidzom, nawet, jeśli notorycznie opowiadają bujdy na resorach, odwiedzamy wróżki, stawiamy pasjanse, rzucamy runy. Bo runy, tarot, szklana kula, kalendarz Majów, fusy z kawy, dają większą gwarancję na przyszłości niż abstrakcyjny, bezimienny, bezpostaciowy Bóg, który co daje człowiekowi? Miłość? To dla wielu zbyt skomplikowane i wymagające.