Pokoju nie będzie

Tydzień po śmierci i trzy dni po pogrzebie Pawła Adamowicza nasi politycy zastygli w blokach startowych w oczekiwaniu kto da znak do kolejnej gonitwy. Jeszcze dyskwalifikuje się falstartowiczów, kapitanowie drużyn udają opanowanie, ale i zawodnicy i widzowie mają pełną świadomość, że jeśli nie dziś, to jutro czy pojutrze wróci ktoś samowolnie lub na polecenie da sygnał do młocki. A zacznie się jak zawsze. To nie my, to oni. Nie oni są bardziej winni, bo my jesteśmy lepsi. Przepraszam za wyrażenie, smarkateria powróci w pełnej krasie, żądając od nas bezwzględnej akceptacji i wsparcia. Nie odkrywam to oczywiście niczego. Każdy z nas wie, że za chwilę zostaniemy zasypani lawiną wzajemnych oskarżeń, pomówień, potwarzy oraz odwołań do naszych emocji na poziomie Prosę Pani a ona się psezywa, a on mnie ciągnie za warkocyk. Gdyby nie fakt, że dotyczy klasy politycznej to prawie 40 milionowego państwa w centrum Europy z 1000 letnią tradycją, to nawet byłoby to śmieszne ale jest dramatyczne.

Już są tacy, którzy zaczynają snuć teorie o politycznej inspiracji Stefana W. Nie ma na to wszakże żadnego dowodu poza dwoma zdaniami wykrzyczanymi po morderstwie. Nieważne, że z coraz większej ilości informacji na temat mordercy wyłania się obraz młodego bandyty, o co najmniej skrzywionej psychice, zafascynowanego gdańskim światkiem przestępczym, szukającego okazji do mołojeckiej sławy. W jego życiu jest wiele momentów, które można uznać za inspirujące do tego czynu, ale brak jest jakichkolwiek śladów polityki. Tymczasem od dwójki moich znajomych usłyszałem tę samą opowieść. Ja nie wierzę, że on to tak sam z siebie, on musiał być szkolony, zmuszony lub opłacony. To była ta sama opowieść tylko z dwoma różnymi puentami. Pamiętam dokładnie te same głoszone jeszcze ściszonym głosem teorie na kilka godzin po katastrofie smoleńskiej. Już ktoś wezwał do nowych miesięcznic, marszów, zakładania kół. Naprawdę czy tak jesteśmy łatwowierni? 9 lat po katastrofie smoleńskiej każda z teorii spiskowych jeśli nie legła w gruzach, to nie przynajmniej nie znalazła potwierdzenia. 9 dni po brutalnym morderstwie Pawła Adamowicza zdrowy rozsądek woła o darowanie sobie bujania skrajnymi emocjami i przyjęcia jako wiodącej najbardziej prawdopodobnej przyczyny działania Stefana W. Patologicznej chęci zrobienia, czegoś za co będą go podziwiać ludzie, których on podziwiał, a którzy uważali go za szurniętego smarkacza. Ten spektakularny cios mógł być zadany każdemu politykowi, czy znanemu człowiekowi. Być może po to poleciał do Warszawy, by kogoś takiego spotkać na ulicy.

Stefan W. zadźgał człowieka. Prezydenta Gdańska, ale przede wszystkim człowieka. W 2018 roku mieliśmy do czynienia z kilkoma bardziej brutalnymi atakami nożowników w Polsce, żadnemu z nich nie przypisano politycznych inspiracji, bo co? Bo ginęli zwykli przechodnie, czy klienci centrum handlowego? Bo żaden dziennikarz nie zapytał dlaczego? Bo nie zostali zaatakowani w czasie telewizyjnej transmisji?

Jest wiele spraw, które czekają na wyjaśnienie w kontekście tej zbrodni. To kwestia odpowiedzialności sądu ferującego wyjątkowo łagodny wyrok. Skuteczności systemu penitencjarnego, który podnosi kwalifikacje bandyty, a nie resocjalizuje człowieka. Zaangażowania policji w ochronę społeczeństwa przed wychodzącym na wolność potencjalnym recydywistą. Są też pytania o opiekę psychiatryczną, granice wolności słowa, odpowiedzialność mediów, system wsparcia samotnych matek z dziećmi, bez końca i zawsze sensu reformowaną oświatę, w której brakuje wzorców i narzędzi wychowawczych, etc. To są poważne, ciągle nawarstwiające się problemy, których rozwiązanie wydaje się przekraczać możliwości intelektualne całej klasy politycznej. I w tej dysfunkcji upatrywałbym przyczyn permanentnej wojny na emocje, zamiast konkurencji na argumenty. Z tej racji nie jestem w sobie wyobrazić wydarzenia skutecznie wprowadzającego racjonalność do polskiego życia politycznego. Prościej ujmując. Pokoju nie będzie.

(*)

Do 14.30 miałem w głowie cały nowy wpis, ale po śmierci Pawła Adamowicza ważniejsza jest modlitwa o opamiętanie, niż analityczne patrzenie na przyczyny i skutki,

Dziś Pan Prezydent RP Andrzej Duda zaprosił polityków do rozmowy na temat marszu milczenia. Przypomina się mi się atmosfera jaką już dane było nam przeżyć po 10.04.2010. Pamiętam jak pod wpływem tamtej tragedii w Domu Biskupim w Siedlcach na spotkało się kilkudziesięciu polityków i samorządowców. Wynikiem tego spotkania była Deklaracja Siedlecka, którą podpisało ponad sześćdziesięciu samorządowców i parlamentarzystów naszego regionu.  Oryginał Deklaracji jako jej inicjatorzy złożyliśmy w Sanktuarium Męczenników Podlaskich w Pratulinie. To był ostatni raz gdy udało się mi przekonać naszych polityków do wspólnej refleksji nad koniecznością zmiany relacji. Tamten spokój nad trumną trwał ledwie kilka dni. Ten po tragedii w Gdańsku ledwie minuty. Jak daleko chcecie zajść? Co może Was powstrzymać?

Tym 63 chcę przypomnieć co podpisali prawie 9 lat temu. I o nic więcej Was nie zapytam.

My, niżej podpisani, zgromadzeni wokół Biskupa Siedleckiego, korzystając z pomocy  Katolickiego Radia Podlasie, w obliczu tragedii w Smoleńsku łączymy się w bólu z rodzinami ofiar. Jesteśmy poruszeni do głębi serca miejscem i okolicznościami śmierci Prezydenta Najjaśniejszej Rzeczpospolitej oraz przedstawicieli najwyższych władz kościelnych, państwowych, społecznych, jak również funkcjonariuszy.

Zwracamy się do każdego, komu na sercu leży dobro Narodu Polskiego, o dołożenie wszelkich starań, by złożone w katyńskim i smoleńskim lesie ofiary nie zostały zaprzepaszczone. Kolejny raz śmierć udowadnia, że jest najbardziej demokratyczną instytucją, nadającą wszystkiemu co nas dzieli drugorzędne znaczenie. W jej obliczu każdy człowiek staje się podmiotem i determinantem działania.

Zbudujmy ofiarom stalinowskiej kaźni oraz tym, którzy 10 kwietnia 2010 r.  nie dotarli w jej miejsce, by uczcić ich pamięć, najpiękniejszy i najtrwalszy pomnik, jakim jest oddanie wszystkich sił w służbie drugiemu człowiekowi. Dowartościujmy swoją postawą i pracą to, co przez ostatnie lata zostało wypchnięte na margines: dobro, prawdę, uczciwość, przyzwoitość. Pozostawiając naturalne różnice poglądów i idei, które przyczyniają się do rozwoju człowieka, narodu i Ojczyzny, odbudujmy wzajemny szacunek. Niech ten czas narodowej żałoby zmieni się w polskie rekolekcje, podczas których wyznamy sami przed sobą swoje dotychczasowe przewinienia. Dołóżmy wszelkich wysiłków aby skutecznie przewartościować nasze życie osobiste i publiczne.

Motywowani poczuciem odpowiedzialności przed obywatelami, którzy obdarzyli nas swym zaufaniem, a przez to mających prawo oczekiwać od nas wzoru w czynie, apelujemy do wszystkich środowisk politycznych, samorządowych, społecznych, wyznaniowych. Dajmy sobie szansę na rozmowę, wymianę podglądów, odrzućmy pokusę powierzchownych sądów i ocen, a tym samym ofiarujmy sobie i naszej Ojczyźnie miejsce
i czas na ogólnonarodowe zrozumienie. Szczególny apel o obiektywizm, odpowiedzialność, dbałość o pełnię i rzetelność przekazu kierujemy do mediów. Wspólnie w duchu pokory uczmy się właściwego pojmowania znaczenia służby człowiekowi, Narodowi, Ojczyźnie i prawdzie.

Katyńskie ofiary wołają do nas o pokorę wobec własnego życia, którego czas i miejsce nie zależy od nas. Bogatsi o to doświadczenie, które nie pominęło żadnego środowiska parafrazując słowa poety śpieszmy się kochać każdego człowieka, nim pozostanie po nim tylko głuchy telefon i już nie będzie czasu i miejsca na słowo przepraszam.

W wigilię rocznicy przyjęcia przez naszych przodków chrztu, który stworzył i ukształtował nas jako naród i stał się czynnikiem państwowotwórczym z pokorą zawierzamy nasze intencje Bogu Wszechmogącemu, prosząc Go o ducha pojednania i solidarności narodowej.

Siedlce 13 kwietnia 2010

Memento na Nowy Rok

W nowy rok wejdziemy z nową ustawą, która sprawi, że przez przynajmniej 2019 rok nie zobaczymy większych zmian w naszych rachunkach za prąd. To nie oznacza, że nie poniesiemy kosztów wzrostu kosztów wytwarzania prądu i opłat za emisję. Bezpośrednio najprawdopodobniej nie. Pośrednio zdecydowanie tak. Po pierwsze ustawa nie powoduje zahamowania wzrostu kosztów ponoszonych przy wytwarzaniu i przesyle energii. Koncerny energetyczne nawet z państwowym udziałem nie są w stanie dopłacać do droższego węgla, czy opłat za emisję CO2. Państwo nie może im wypłacić rekompensat za ewentualne straty, więc ograniczyło swój apetyt obniżając akcyzę i opłatę na rozwój energetyki. Inaczej. Rząd nie chcąc nas wkurzyć w roku wyborczym obciął część dochodów do budżetu państwa i zatrzymał inwestycje w energetyce. Mniej pieniędzy w budżecie oznacza albo ograniczenie możliwości np. podwyżek w sferze budżetowej, albo mniejsze inwestycje państwowe.  Bo z tą ekonomią jest tak.  Jeśli ma być logiczne 4 to wcześniej musi by dwa razy dwa. Można zaklinać rzeczywistość. Otrąbiać sukces. Nieść na czerwonych paskach radosną wieść o uratowaniu budżetów polskich rodzin. Nie zmieni to jednak faktu. Ktoś za ten prezent musi zapłacić. Jeśli nie firmy energetyczne, które są poddane rygorom prawa rozliczającego zarządy z efektywności zarządzania, to tak czy inaczej zrzucający się na budżet państwa podatnicy, którzy albo czegoś nie dostaną, albo w formie podatku dopłacą.

Czy jestem zwolennikiem podwyżek cen energii? Jak każdy nie lubię płacić więcej. Zwłaszcza gdy widzę nadzwyczajną łatwość szastania pieniędzmi przez producentów i dystrybutorów prądu i nie tylko. Nazwano to górnolotnie redystrybucją, ale według mnie jest zwykłe rozwalanie kasy zamiast szukania oszczędności, bądź inwestowania w rozwiązania pozwalające oszczędzać energię, albo produkować ją taniej. Patrząc na rozwiązania skandynawskie, czy dalekowschodnie jest to możliwe, ale wymaga stabilnej polityki energetycznej. Zarówno rządzący jak i opozycja prześcigają się w próbach wzajemnego przypisania wzrostu kosztów energii w Polsce. Nie trzeba być wielkim ekspertem, by z tej przebijanki wywieść wieloletnie zaniedbania każdej ze stron politycznego sporu. Ktoś coś wynegocjował, podpisał, nie zrobił, zaniedbał etc. Tak naprawdę płacimy za krótkowzroczność polskiej klasy politycznej nie potrafiącej sklecić ponad podziałami jakiejkolwiek strategii nie tylko w energetyce. Myślenie kategoriami byle tylko wygrać najbliższe wybory, a jak nie to niech inni się martwią, sprawia, że stajemy się krajem coraz bardziej odstającym od cywilizowanego świata, gdzie polityczne zmiany dotyczą metod, a nie strategicznych celów. Obwieszczanie przez kolejne rządy pracy nad wielkimi projektami i porzucanie ich zaraz po odsunięciu od władzy świetnie widać w polskim wojsku, które dysponuje faktycznie kilkudziesięcioma myśliwcami testowanymi w czasach pierwszej wojny w Iraku. Ale w sferze PR owskich deklaracji wydajemy na modernizację armii  więcej niż inni. Na co dokładnie nikt nie wiedział i nie wie.  Kiedy jeden z polityków postawił tezę że polska energetyka stała się zakładnikiem kilku tysięcy górniczych związkowców, broniących nie pracujących w skrajnie niebezpiecznych warunkach, ale własnych przywilejów, został uroczyście rozjechany przez szefa jednej z central. Łatwiej hejtować niż dyskutować na argumenty. Przyczynia się to do intelektualnego upadku elit ubiegających się o władzę nad nami, a przez co spada jakość i efektywność rządzenia Polską.

Polska i Polacy potrzebujemy radykalnej lekcji wiedzy o świecie współczesnym. Twardego resetu politycznych elit, które dla zachowania kilkudziesięciu tysięcy posad gwarantujących lekkie, łatwe i przyjemne życie, zamiast wieść nas ku przyszłości, wolą karmić nas swym konfliktem i grzebaniem sobie nawzajem w przeszłości. Ile można słuchać, że tamci to jak rządzili, to jedno, a ci to tamto. Ile razy można własną indolencję tłumaczyć, głupotą poprzedników. Kierować się przy wyborze kadr kluczem partyjnym, czy rodzinnym, zasłaniając się przy tym przykładami poprzedników. Tak zgadzam się przez 8 lat jednych, dwa lata innych, cztery lata poprzednich etc. źle się działo, ale dramatem jest, że nic nie wskazuje na to by przez 3,5,a może nawet 10 następnych coś się miało zmienić. Brak zmian, to kolejne stracone lata dla Polski. To kolejne miliony młodych Polaków wyjeżdzających za normalnością za granicę. Już dziś brakuje w Polsce rąk do pracy. Za chwilę będzie jeszcze gorzej, gdy milion Ukraińców, którzy udawali uchodźców wyjedzie do Niemiec. Czeka nas coś czego jeszcze nie doświadczyliśmy. Głęboki kryzys gospodarczy wywołany brakiem pracowników. Premier Morawiecki doskonale zdaje sobie z tego sprawę, co można usłyszeć na taśmach kelnerów. Tej dziury na rynku pracy nie zasypiemy ustawą uchwaloną w 10 godzin. Brakuje pielęgniarek, pracowników budowlanych, inżynierów, drogowców,  a za 5 lat tsunami przejdzie przez oświatę, gdy 1/3 nauczycieli osiągnie wiek emerytalny. 5 lat potrzeba, by wypuścić do szkół nowe pokolenie nauczycieli. Kto się zdecyduje na studia nauczycielskie, skoro po nich dostanie na rękę 1700 złotych? A po 10 latach dostanie 500 złotych więcej? Ochrona przed podwyżką cen prądu o jakieś 30 zł miesięcznie na rodzinę, będzie kosztowała od 5 do 9 mld złotych. Dokładnie tyle ile żądają dziś nauczyciele na swe podwyżki. Populizm? Nie. To kalkulacja, ale nie polityczna, lecz biorąca pod uwagę coś więcej niż najbliższe wybory. Czas zacząć myśleć o przyszłości Polski, a nie tylko tej czy innej grupy politycznej.

Zanim zalśni pierwsza gwiazdka

Zanim zalśni pierwsza gwiazdka, gwiazdy polskiej sceny „politycznej’ postanowiły podrzucić nam kilka potencjalnych przyczynków do kłótni nad karpiem.  Na przykład mamy się ścierać kto lepiej wypadł w dwóch debatach na votami zaufania i nieufności. Rozróżniacie je Państwo, a raczej, czy zwróciliście uwagę na to, że coś takiego miało miejsce? Inny pretekst do rzucania w siebie uszami śledzia to plebiscyt na największego aferzystę z KNF. Gość od szumideł kontra „nie zawsze dobry gość” potraktowany bejsbolem.  Mamy też rozstrzygnąć kto odpowiada za podwyżki cen energii, których ma nie być, chociaż muszą być.

Żyjemy w czasach postprawdy, postpolityki, postmodernizmu i wielu innych post, co mniej więcej oznacza, że nie bardzo wiadomi co ma jeszcze jakieś znaczenie w rzeczywistości, w której realność można by wątpić. To kompletne oderwanie od ziemi zawdzięczamy własnemu lenistwu, dzięki któremu decydujący głos o naszym realnym życiu mają ludzie niepotrafiący poradzić sobie sami z sobą. Moja ciocia, która nabyła prawa wyborcze przed wojną, powtarzała mi zawsze, że do władzy należy wybierać ludzi, którzy sami coś w swoim życiu osiągnęli własnymi talentami i ciężką pracą, co można sprawdzić oceniając porządek na podwórku. Uwspółcześniłem tę zasadę i pytany o to samo odpowiadam, że głosuj na kogoś komu pożyczyłbyś swoje oszczędności. Nie narzucam przy tym żadnego ograniczenia, ale każdy w ten sposób zagadnięty zwykle macha z rezygnacją ręką i ze spuszczoną głową kończy dyskusję o polityce.

Oczywiście nie sądzę, by którykolwiek ze znanym mi osobiście polityków różnych partii bardzo się przejął frustracją swoich potencjalnych wyborców, tak jak i zepsutą od 12 lat atmosferą przy świątecznym stole w polskich domach. Z rzadka uczestnicząc w spotkaniach z nimi przypomina mi się bajka Andersena o królu, któremu krawiec oszust uszył cudowne szaty. Nasi politycy nadzy paradują wśród nas odarci ze wszystkiego co definiuje ich jako ludzi. Walcząc o nasze głosy odarli się wzajemnie z godności i szacunku. Jak można szanować kogoś kto uznaje kłamstwo, potwarz za w pełni usprawiedliwionymi osiągnięciem bliżej nie określonego celu? Jak mam szanować kogoś kto ponosząc wyborczą porażkę miast autorefleksji zaczyna od obrzucania błotem zwycięzcy? Skoro przegrał z takim „zerem”, to kim on sam jest?

Król jest nagi! Krzyknęło w bajce niewinne dziecko, któremu uwierzyli ludzie omotani wcześniej PR-owskimi przekazami dnia. W polskiej tradycji w wigilijną noc zwierzęta przemawiają ludzkim głosem, kto wie czy karp nie zawoła Nie wierzcie politykom, a pies pogodzony z kotem ubrani w żółte kamizelki chórem wyśpiewają „To już jest koniec”.

Nie tylko felietonu.

 

Jaśnie Oświeceni

Nie jestem świeżynką, co nie wie, że dziennikarze poza anteną i łamami zawsze prześcigali przysłowiowych szewców. Sam zresztą aniołkiem nie jestem, więc nie chodzi mi bynajmniej o walenie w nie swoje piersi za własne grzechy, co ostatnio jest nagminne i również moim zdaniem obrzydliwe. Niemniej od pewnego czasu z równym zdziwieniem, co obrzydzeniem przenikanie języka redakcyjnych palarni i kuchenek na anteny i łamy. Nie rozdzieram szat nad etyką, warsztatem, które to sprawy już dawno poszły precz. Dziś nikt nie dochodzi prawdy, ale ją ogłasza na zasadzie objawienia. Nikt nie daje obowiązkowej szansy drugiej stronie, ale z radosnym uśmiechem uczestniczy w jej flekowaniu. Kiedy zaczynałem przygodę z tym zawodem, to nawet w studenckiej rozgłośni bycie dziennikarzem wiązało się z przyjęciem zasady bezstronności, rzetelności w przekazywaniu obrazu świata. To były zasady jakich byliśmy uczeni nawet w świecie peerowskiej propagandy. Nawet w tamtych zwariowanych czasach końca lat osiemdziesiątych za wyzwisko na antenie, wylatywało się z redakcji.
30 lat później na antenach publicznych i komercyjnych mediów pełno jest „mend”, „kreatur”, „idiotów”, „debili”, „zaprzańców”, „ciemniaków”, a nawet „folksdojczy”, etc. Tylko czekać, aż padnie coż z dźwięcznym rrrr, od czego nie stronią już ‚artyści” Słów tych nie używają goście, ale i prowadzący. To już nie jest chamstwo, prymitywizm wykluczające przed wojną z gorna ludzi honoru i dobrego wychowania, to jest prawo do wolności słowa.
Od tego co dostali wiele, wymaga się więcej, więc nie zajmuje mnie rozróżnianie, że tamci też tak robili i robią. Sprawadzanie dziennikarstwa do roli komentującego kompanom widoki do żula z ławki spod budką z piwem, sprawia, że uprawianie tego fachu przestało być czymś co daje nam poczucia misji, wyzwania, co przenosi nas level wyżej w hierarchii także zawodowej. Coraz częściej dziennikarz kojarzy się z kłamstwem, zaprzaństwem, chamstwem, brakiem empatii, karierowiczowstwem, kreowaniem rzeczywistości, kiedy jest inną od zadanej przez naczelnego.
Znów pewnie pojawi się pytanie do kogo piję. Kiedyś nożyce by zabrzęczały. Dziś nożyce w najlepszym wypadku osądzą stół, ale co najbardziej pewne, mnie się obwerwie.

Szlachetna paczka – prawo do obrony wywiad z ks. Jackiem Stryczkiem

Księdza Jacka Stryczka twórcę Szlachetnej Paczki znam tylko z krótkiego  spotkania i rozmowy, której on raczej nie pamięta oraz z medialnych przekazów, a przede wszystkim dzieła jakiego jest twórcą i byłym już liderem. Wiele osób zaszokowanych artykułem z onet.pl. pyta mnie czy to możliwe, by ksiądz twórca tak wspaniałej akcji mógł tak dramatycznie źle traktować swoich podwładnych. Nie wiem, nie ma żadnych podstaw, by wydawać w tej sprawie jakikolwiek sąd. Wiem, jednak, że gdybym sam był w takiej sytuacji, chciałbym móc wypowiedzieć własne zdanie. Wczoraj otrzymałem wywiad z prawem do swobodnej publikacji, jaki ksiądz Jacek Stryczek udzielił Wirtualnej Polsce. Publikuję go w całości, by również Państwo mogli poznać wersję oskarżonego, który niezależnie co myślimy ma pełne prawo do obrony.

 

Dziennikarz Wirtualnej Polski Marcin Makowski: Czy mobbingował ksiądz swoich pracowników?

Ks. Jacek „Wiosna” Stryczek: Nie.

Takie oskarżenia, wyrażone wprost, pojawiły się w reportażu Onetu na temat pracy w Stowarzyszeniu Wiosna. Tekst Janusza Schwertnera jest momentami porażający. Czy ma sobie ksiądz coś do zarzucenia w związku z tym, że pracownicy Wiosny czuli się poniżani?

W Wiośnie nigdy nie było udokumentowanego przypadku mobbingu, co jako Zarząd podkreśliliśmy. Osoby, które wypowiadają się w tym tekście, wkładają duży wysiłek, żeby przywołać sytuacje, które mogą mieć znamiona mobbingu, natomiast uważam, że moje zachowanie mieściło się w przyjętych normach.

A więc zdaniem księdza pracownicy Wiosny mówili nieprawdę lub przejaskrawiali wydarzenia?

Zacznijmy od tego, jak powstał tekst, o którym rozmawiamy. Dziennikarz przepytał te osoby, one opowiedziały swoje historie, które jednak nie zostały zweryfikowane. Są to po prostu ich opowieści. Wielokrotnie proponowaliśmy Onetowi, aby sprawdził u nas, jak jest naprawdę. Bezskutecznie. Potem był wywiad ze mną. Część historii, przestawionych nam anonimowo – domyślając się, zweryfikowaliśmy jako takie, które nie miały miejsca. Nie zostało to uwzględnione w tekście. Dla mnie są to po prostu opowieści różnych osób.

Gdyby to był jeden, dwa, pięć przypadków… ale mamy do czynienia z ponad dwudziestoma relacjami o szykanach psychicznych. Jak to możliwie, że tyle osób mówi to samo?

Dziennikarz mówi o tym, że przepytał 21 osób. Ale nam mówił że przepytał 40. Tyle tylko, że nie uwzględnił w tekście wypowiedzi osób, które były dla mnie pozytywne. Mieliśmy bardzo duże problemy organizacyjne w latach 2015–17. Odeszły od nas osoby, które były filarami organizacji. Trudno było je zastąpić. Rozpadł się np. nasz dział personalny. Pojawiły się niekontrolowane rekrutacje. Nie było właściwego nadzoru np. w dziale komunikacji. Kryzys, który mamy obecnie, jest kryzysem po kryzysie. A jeśli chodzi o wypowiedzi tych osób – używam tu określenia, że pewnie miały we współpracy ze mną jakąś porażkę.

A może to ksiądz odniósł porażkę we współpracy z nimi?

Tak. To też jest moja porażka. Zawsze zaczynam od siebie. Skompletowanie dobrego zespołu to bardzo trudne zadanie.

I przypadki opisane w reportażu dotyczą tego okresu, o którym ksiądz mówił?

Tak. 2015-2017 to był ten okres, gdy było duże zamieszanie. Jako prezes miałem wybór: wchodzę w rolę dyrektorów, których nie ma, albo organizacja się rozpadnie. I to był regres dla mnie, bo musiałem weryfikować pracę wielu osób. I rozumiem, że taka sytuacja, gdy prezes dużej organizacji, liczącej 150 osób, wchodzi na poziom operacyjny, jest trudna. Musiałem uczestniczyć w zwolnieniach. Nie ukrywam, że to był dla mnie trudny czas i zakończył się moją chorobą. W sierpniu 2017 r. sądziłem, że to koniec. I dopiero zmiana trendu, polegająca na tym, że pojawili się na rynku ludzie, którzy chcą pracować w organizacjach takich jak nasza, nas uratowała. I te zawirowania odczuli też nasi partnerzy na zewnątrz. To również można zweryfikować, jak zmieniała się Wiosna w niektórych aspektach – najpierw regres, a teraz postęp.

Ale wie ksiądz, że takie tłumaczenie będzie uznane za klasyczne przerzucanie winy na pracowników, którzy się nie wpasowali. Czy ksiądz po ludzku czegoś jednak żałuje? Dostrzega jakieś błędy w swoim zachowaniu i w relacjach z pracownikami, którzy odeszli i mieli żal?

Żałuję, że był ten kryzys i rozumiem, że prócz normalnego obciążenia, które występuje w organizacji, był jeszcze dodatkowy stres. Więc tego żałuję. Natomiast nie za bardzo wiem, jak mógłbym się zachować w tej sytuacji inaczej. Oczywiście byłem wówczas dużo bardziej stanowczy w zarządzaniu kryzysem. Było dużo więcej podejścia dyrektywnego – to zwykłe w kryzysie.

Na pewno były takie momenty, kiedy musiałem po raz kolejny zadać sobie pytanie, czy ja jeszcze chcę i udźwignę tę organizację. Rozumiem, że część osób opowiada, że wtedy było im naprawdę u nas ciężko. To był również dla mnie trudny moment.

A puszczały księdzu nerwy? Podnosił ksiądz głos tak, że ktoś płakał? Takie zarzuty powtarzają się w relacjach.

Ja nie krzyczę i nie przeklinam. Owszem, były spotkania „porażkowe” – takie, gdy oczekiwałem dobrych wyników, a ich nie było. Rozumiem, że rozliczanie pracowników jest dla nich trudne. A ja jestem wymagający.

Czy był płacz?

Na spotkaniach nie pamiętam. Może po spotkaniach. Rozumiem, że ludzie reagują emocjonalnie. Płacz jest jedną z emocji. Dzisiaj, gdy złożyłem rezygnację, też pojawiały się łzy. A przy okazji. Ja jestem księdzem. Przez moje życie przewinęło się dużo ludzi w trudnych sytuacjach. Nauczyłem się po prostu nie pamiętać różnych rzeczy, które są osobiste. Uważam, że ludzie mają prawo do intymności i różnych emocji.

Ale jak może się ksiądz wiarygodnie odnosić do zarzutów, skoro może nie pamiętać tych sytuacji?

Nie neguję, że ludzie płakali. I inni członkowie zarządu przyznają, że takie przypadki miały miejsce. I jeśli coś takiego dzieje się dzisiaj, to diagnozujemy, jakie są tego powody.

Czyli nikt w Wiośnie nie jest zostawiony samemu sobie?

Dzisiaj nikt nie jest zostawiony samemu sobie.

A kiedyś tak się zdarzało?

W przeszłości nie mieliśmy w ogóle działu HR. Gros tych historii dotyczy ludzi z zespołu komunikacji, złożonego z bardzo młodych ludzi, którzy brali odpowiedzialność na siebie. Na początku nie mieliśmy pieniędzy, płaciliśmy mało, trudno nam było przyciągnąć pracowników z odpowiednimi kwalifikacjami.

Mówię tu przede wszystkim o ostatnim okresie. Generalnie jesteśmy organizacją przyjacielską. Ludzie też wspierają się nawzajem. Dodam, że w Wiośnie jest tak dużo fajnych ludzi, że często potem stają się dla siebie przyjaciółmi. Dziennikarz Onetu, który był u nas w czasie wywiadu, sam był pod wrażeniem ludzi i swobody zachowania się osób które u nas pracują.

Czyli organizacja rozrosła się do takiego stopnia, że wymknęła się spod kontroli?

Nie. Chodzi o to, że się rozrastała i były duże zobowiązania społeczne i było pytanie, kto umie takimi strukturami zarządzać. I nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi. Bo gdyby zadał pan pytanie, ile kosztuje praca osoby zarządzającej dziewięciuset lokalizacjami, to są pieniądze, których nie mieliśmy szansy pozyskać. I jak to zrobić?

Bo inaczej zarządza się w biznesie, gdzie są wynagradzani pracownicy, a tu wolontariusze. A Wiosna to nie tylko Szlachetna Paczka, to także 50+, aktywizacja zawodowa osób starszych, czy telekariera – i we wszystkich tych projektach osiągamy wyniki ponadprzeciętne na rynku. Znajdowanie ludzi odpowiednich do prowadzenia tych działań jest cały czas trudne. Mamy w tym tekście 21 osób, a organizacja to znacznie, znacznie więcej. Co ciekawe, autor reportażu spotkał się z 40 osobami.

Sugeruje ksiądz, że redakcja nie uwzględniła dobrych historii na temat księdza?

Wiem to. Nie ma tam tych historii. Wiem, że są ludzie, którzy chcieli przedstawić drugą stronę medalu. Materiał jest jednostronny. Przed chwilą dostałem kolejną informację o osobie, która nie tylko chciała się spotkać z dziennikarzem, ale też podsyłała mu różne informacje. W domyśle – pozytywne. Tego również w tekście nie ma.

Ale przecież dostał ksiądz prawo wypowiedzenia się, skomentowania sytuacji.

Uważam, że nie podjęto wysiłku, by zweryfikować te opowieści. Komentowaliśmy zarzuty. 3h 20min rozmowy. I potem kilkanaście stron tekstu. Sam myślałem po tym wszystkim, że jestem złym człowiekiem. Musiałem ja i my – zarząd – wrócić do normalnego stanu. Dlatego dołączyliśmy do tekstu również pozytywne opinie. To, jak mi się wydaje, jak wygląda moja praca normalnie.

Oświadczenie po publikacji materiału wygłosił ksiądz w koszulce promującej film ”Kler” Wojciecha Smarzowskiego. Dlaczego?

Od jakiegoś czasu byłem przekonany, że jestem skazany na negatywny tekst.

Spisek antyklerykalny

Nie wiem. Byłem jednak przekonany, że właśnie w tym miejscu, w Onecie, się pojawię. Pokazywałem w czasie wakacji mojemu przyjacielowi to miejsce.

Ale mówi ksiądz, że był skazany na ten tekst.

Tekst powstawał wiele miesięcy i przypadkowo jego publikacja zbiegła się z pokazem filmu „Kler”. Liczba negatywnych tekstów na temat księży w ostatnim czasie jest wyjątkowa. Wiem, że ciąży na nas duża odpowiedzialność. Ale to nagromadzenie jest ciekawe. Zresztą znam opinię dziennikarzy, którzy podważają rzetelność tekstu.

Ja natomiast słyszałem wiele opinii chwalących tekst jako wielowątkowy, z głosem drugiej strony. Fakt, że pojawił się w chwili premiery filmu i rozliczania Kościoła np. z grzechu pedofilii. Ale jako dziennikarz wiem, że nad reportażami pracuje się po kilka miesięcy i trudno z perspektywy reportera tak mocno do przodu planować datę publikacji. Bierze ksiądz pod uwagę możliwość, że to zbieg okoliczności?

Biorę, ale od pewnego czasu jako ksiądz nie mam szans na to, żeby być pozytywnym bohaterem w mediach. A w tych opisach, jaki jestem, nie odnajduję się. Ja się tak nie zachowuję.

Czyli ksiądz się nie poznał w tym tekście?

Zupełnie. Zresztą w Wiośnie pracuje się na co dzień z wieloma instytucjami zewnętrznymi, zapraszani są goście. Trudno byłoby ukryć złe rzeczy. Na przykład w moim gabinecie wykluwa się idea gali Paczki, nad którą pracujemy z ludźmi z TVN. Z tego co wiem, są zachwyceni atmosferą, poziomem kreatywności.

Ale w Krakowie słyszałem opinie na temat trudnych rekrutacji, ciężkiej atmosfery. Wiele osób komentując reportaż wyrażało opinię: można było się tego spodziewać. Dlaczego?

Na pewno jest tak, że w naszej organizacji była duża rotacja i rozumiem jej źródła. Pierwsze to spora liczba młodych osób. Teraz w trendzie jest szybka zmiana pracy. Po drugie, gdy rekrutuje się osobę z potencjałem, to potem okazuje się, że ta osoba ma potencjał albo nie. To jest ryzyko. Ostatnio czytałem tę oczywistość w tekstach HR-owych.

A dałoby się prowadzić te instytucję, trochę startupową, bez presji wyników?

Paczka to najtrudniejszy i najbardziej złożony projekt, jaki prowadziłem. Czy to musiało być okupione takim wysiłkiem? Paczka powstała w Polsce wbrew trendom. Ponieważ w 2001 roku wielu zamożnych patrzyło z pogardą na biednych i my zszywaliśmy to społeczeństwo. Czy atmosfera musi być stresująca? Większość spotkań u mnie to dużo śmiechu, wiele rzeczy robimy „na funie”. Natomiast powtórzę: oczekiwania wobec nas są duże i trzeba im sprostać. I tego wymagamy. U nas nie chodzi o ciężką pracę, ale sprytną. Trzeba mieć pomysł, jak tak dużo osiągać. Nie każdy to ma. A ja lubię pracę z młodymi ludźmi. Jestem też od 23 lat duszpasterzem akademickim i Wiosna jest dla młodych ludzi ścieżką rozwoju.

Jeszcze jeden wątek jest istotny. Janusz Schwertner, autor tekstu, zarzuca księdzu, że ksiądz i księdza podwładni sugerowali mu, żeby nie publikował materiału, bo mogą go spotkać nieprzyjemne konsekwencje. A do redakcji Onetu zostały wysłane maile, że macie haki i możecie opisać nieprzyzwoite zachowania na imprezach firmowych.

Opowieści pana redaktora są niesamowite. Ostatnio słyszałem z jego ust historię mojego życia. Że w 2001 roku jeszcze pakowałem paczki, a zły byłem od 2012. Niesamowite…

Czyli nie było takich maili?

To było tak, że na początku maja byli pracownicy Onetu zaczęli zwracać się do mnie z informacjami, że Onet szuka na mnie haków. Równolegle nasi byli pracownicy zaczęli pytać nas, kto ujawnił wrażliwe dane na ich temat – np. dotyczące choroby.

Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. I faktycznie mój współpracownik, dyrektor kreatywny, wysłał prywatnego maila do swoich znajomych z Onetu z pytaniem, o co chodzi. A my przez cały czas próbowaliśmy prowadzić rozmowę z redakcją, żeby pokazać, jak się u nas pracuje i zweryfikować to, co o nas usłyszał dziennikarz. Ale to nic nie dało.

To jeszcze jeden zarzut. Napisany wprost przy wywiadzie z księdzem, że podczas autoryzacji wywiad został ”napisany na nowo”.

Jest dla mnie dziwne, jak redakcja potrzebuje o mnie mówić złe rzeczy nawet, kiedy to nie jest potrzebne. Mieliśmy rozmowę, która trwała ponad trzy godziny i następnego dnia otrzymałem spisany wywiad, w którym pojawiły się pytania, których mi nie zadano i odpowiedzi, których nie udzieliłem.

Dokładnie odwrotnie twierdzi redakcja Onetu.

Autor poprosił, żebyśmy w dowolny sposób dodali te wątki, sam sugerował, że nie musimy spieszyć się z autoryzacją. Przyjąłem takie rozwiązanie, że skoro są nowe pytania i jeszcze odpowiedzi, w których się przyznawałem do tego, czego nie zrobiłem, próbowaliśmy rozbudować tę historię w wywiadzie o drugą stronę. O pozytywny obraz Wiosny. Więc tylko rozbudowaliśmy odpowiedzi na pierwotne pytania.

Czy przyszłość Szlachetnej Paczki jest zagrożona? Czy ten projekt może upaść?

Ten kryzys ma przebieg niekontrolowany. Uważam, że forma publikacji jest dla nas krzywdząca. Ale ratujemy, co się da. Właśnie złożyłem rezygnację z funkcji prezesa. Odpowiedzialność za to, czy Paczka się odbędzie, czy nie, nie spoczywa już tylko na mnie. Także na mediach i partnerach. My sami tego nie zrobimy. To może być przełom. Jesteśmy organizacją obywatelską. Od początku mieliśmy założenie, że jak ludziom podoba się to, co robimy, to nas utrzymają. Teraz możemy to sprawdzić…

A wolontariusze wiedzą, co myśleć? W jakiej są sytuacji?

Myślę, że dużo osób ma zamęt w głowie. Natomiast to jest paradoks. Szlachetna Paczka jest przedłużeniem mojego sposobu bycia, mojego sposobu budowania relacji z ludźmi. Nie jest tak, że wymyśliliśmy techniczny projekt. Ale ona opiera się na relacjach ludzkich. Na mojej wrażliwości, na sposobie budowanie relacji. Natomiast już i tak od dawna było pytanie, czy Paczka sobie beze mnie poradzi. Bardzo tego chciałem, od dawna zapowiadałem moje odejście. Przygotowywałem się do tego organizacyjnie.

Teraz czas na dojrzałość projektu bez księdza?

Jeśli otacza mnie tyle kontrowersji, nie widzę, w jakim trybie można rozwiać te wątpliwości. Jeśli natrafiamy na czyjąś opowieść, jak mam się z tym skonfrontować? Napisaliśmy w oświadczeniu, że zapraszamy naszych byłych pracowników, żeby przyszli i żebyśmy razem zweryfikowali te oskarżenia, żeby przedstawić nasz punkt widzenia. Ale bez nich tego nie możemy zrobić. Obowiązuje nas dyskrecja, jesteśmy pracodawcami. I prawo. Proszę pamiętać – wszyscy, którzy się z nami rozstali, nawet ci, którzy mają zarzuty, zrobili to w normalnym trybie zakończenia umowy o pracę.

Kuria wezwała księdza do pisemnych wyjaśnień. Co to znaczy?

To jasne, że ksiądz arcybiskup, który jest moim szefem, ma prawo do pełnej wiedzy na temat sprawy. Wstępne wyjaśnienia złożyłem, będę je rozbudowywał.

Sprawą mobbingu zajmie się również krakowska prokuratura. Obawia się ksiądz tego postępowania?

Nie ma nic takiego, co byłoby łamaniem prawa.

Czyli śpi ksiądz spokojnie?

Tak.

Jurek Owsiak zaapelował o nadzwyczajne spotkanie instytucji charytatywnych związane z kryzysem w Szlachetnej Paczce. To dobre rozwiązanie?

Jeden z członków naszego zarządu powiedział, że chętnie do niego dołączy. Ja nie mam chyba jeszcze zdania. W reportażu Onetu pojawił się zarzut, że besztam któregoś z naszych pracowników w koszulce WOŚP. Ale prawda jest taka, że to jeden z naszych młodych pracowników nakrzyczał na drugiego. Widział to dyrektor i wziął go na spotkanie, w czasie którego usłyszał reprymendę. Dodam, ze już u nas nie pracuje. To jest właśnie jakość tych opowieści.

I to jest dla mnie trochę symbol tego całego tekstu. I to jest też okazja, żeby nas – mnie i Owsiaka – poróżnić. Swoją drogą Jerzy Owsiak borykał się z kryzysem wizerunkowym i jestem pod wrażeniem, jak sobie z tym poradził. Uważam, że od kilku lat jest to mistrzostwo świata. Nie miałem okazji mu tego powiedzieć. A ja zadaję sobie pytanie, czy jeśli jestem społecznikiem i księdzem, to mogę w tym kraju normalnie żyć? Czy mogę pracować i po prostu żyć, czy jestem skazany na takie kryzys i hejt.

Jaka jest odpowiedź?

Nie mam jej. Zmierzam w moim stylu bycia w kierunku tego, żeby normalnie funkcjonować, żeby mieć życie osobiste, prowadzić duszpasterstwo. Ja nie jestem środkiem do celu. Nie muszę rządzić. Zawsze mówiłem, że chcę pracować w Wiośnie maksymalnie do 60 roku życia. No i jestem księdzem. Chcę się przygotować do śmierci. Mam do siebie duży dystans.

Chciałby się ksiądz spotkać z tymi, którzy czują się pokrzywdzeni? Chciałby ich ksiądz wysłuchać, spojrzeć w oczy, zrozumieć? Może uderzyć się w piersi?

Powiem inaczej. Traktowałem cześć z tych osób jak przyjaciół. I oni nie zmienili tego miejsca w moim sercu. Wspólnie to przeżyliśmy. Może pamiętamy inaczej. Ale to nie są czarno-białe historie. Pewnie wspominając nasze przeżycia, zwracalibyśmy uwagę na inne rzeczy. Pisałem do redakcji Onetu, że w tej chwili panuje trend hejtowania byłych firm – i jest pytanie, jak przejść z tych historii do prawdy. I to w moim mailu było. Nic więcej.

 

Wirtualna Polska
e-mail: pressinfo@grupawp.pl

Wirtualna Polska Media SA upoważnia Adresata do wykorzystania fragmentów przesłanej informacji pod warunkiem powołania się na źródło w treści publikacji.

Zielona trawka

Znaki czasu

Znak czasu, to różne mniej lub bardziej głupawe memy, grafiki, wpisy zaśmiecające m.in. FB, a mające przekonać jego użytkowników do głosowania w nadchodzących wyborach na jakąś część z nich. Skomplikowane? Myślę, że niekoniecznie, ale po serii wyborczej w 2015 musiałem wyrzucić kilku rozgorączkowanych znajomych, którzy nie dawali spokojnie zajrzeć na fb, bombardując mnie wyborczą propagandą lub usiłując zmusić do zajęcia wobec niej stanowiska.
Publikowanie skopiowanych z fałszywych profili fejków, memów z Demotywatorów jest uważane przez mało rozgarniętych PR owców za szczyt nowoczesnej kampanii wyborczej, Nie mogąc namówić nas do bezpośrednich spotkań, czy rozmów zarzucają wirtualna przestrzeń śmieciową propagandą jak jeszcze kilkanaście lat temu realną prostackimi ulotkami i plakatami. Jest w tym szaleństwie duża szansa na skuteczność, ale szybciej niszczy się kolejny nośnik informacji niż go pożytkuje. Jak dobrze wykorzystać sieć do zdobywania sympatyków i wyborców? Jest wiele metod, ale nie mam zamiaru robić tu wykładów. Poza tym wiedza kosztuje;-).
Wracając do śmiecenia w necie. Jeśli jest w tym działaniu coś, co z fascynacją obserwuję to intelektualne staczanie się ludzi, którzy uwierzyli, że udostępniając fałszywe lub co najmniej zmanipulowane informacje, a następnie kupując sobie pod nimi like’i, czy pochlebne komentarze nieistniejących internautów, ewentualnie paru znajomych. Fascynuje mnie ta ślepa wiara, że czytają te wpisy wyłącznie ślepi, głusi i niemowy, wszyscy razem pozbawieni narządu zwanego rozumem, pozwalającego ocenić dane wpisy.
Co mam powiedzieć spotykając po latach kumpla ze studiów, którego życie obserwuję na fb, gdzie w ramach kampanii wyborczej powiela rzeczy nieprzystojące absolwentowi wyższej uczelni, którą razem kończyliśmy? Miłosiernie nie chcę podawać tu przykładów, bo wpis jest raczej przestrogą, że w sieci jak w życiu są ludzie głupi, przeciętni i … inteligentni. Są też w niej ludzie, którzy znają nas od lat i czasami nie mogą pojąć, czy ten nasz kolega, czy koleżanka, co to na studiach to i owo, a teraz w życiu aż się zmieniło.
Tylko krowa nie zmienia poglądów. Fakt. Ale nie wiem, czemu wolę być krową, niż kozą.

 

500 plus emigracja

Na początek cytat z mojego ulubionego dostarczyciela cytatów.

Adam Bielan w TVN 24 „To będzie wymuszało wzrost płac w Polsce i to jest wiadomość bardzo dobra. Trudno się mi, jako politykowi martwić z tego powodu, że przedsiębiorcy będą zmuszeni, by podnosić często głodowe pensje. Natomiast nie ma, co ukrywać, że w pewnym momencie pojawi się u nas sytuacja jak na zachodzie Europy, że pewnych prac Polacy nie będą chcieli podejmować. I wtedy, jako społeczeństwo będziemy musieli podjąć decyzję, na ile otwieramy swoje granice na migrantów i z jakiego kierunku”

Lubię szczerość Adama, na którą mu się czasami schodzi. Zgadzam się, że brak rąk do pracy wymusza na przedsiębiorcach konieczność podwyżek, które dzięki 500 plus przekraczają ich możliwości, bo 500 plus sprawia, że 700 złotych podwyżki może oznaczać utratę prawa do 500 zł, czyli faktycznie ktoś, kto chce dać swemu pracownikowi 700 zł na rękę musi wyłożyć 1200 zł, co z pochodnymi daje jakieś 2000 zł. Jak nie ma skad wziąć, to trzeba podnosić ceny towarów lub usług (co się faktycznie dzieje). Dalej podnoszenie płac w produkcji i usługach, podwyżki cen wywołuje nacisk 5 mln pracowników budżetówki oczekujących podwyżek zżeranych drożyzną pensji. Oliwy do ognia dolewa rząd chwalący się  sukcesami i dochodami budżetu. Jednak rzad pieniądze na podwyżki nauczycieli, policjantów, urzędników musi znaleźć u … podatników i tak rozkręca się nam spirala.

Nikt głośno tego nie chce powiedzieć, ale „odebranie złodziejom” by dać dzieciom części obywateli, zaczyna podgryzać naszą gospodarkę. Jedni nie chcą pracować, bo mają 500 plus inne dochody wynikające z opieki społecznej, drudzy nie chcą więcej pracować, by nie stracić 500 +, trzecim trzeba bardzo mocno podnieść pensje by zrekompensować 500 +. Na koniec i tak płaci za wszystko polski przedsiębiorca i podatnik oraz strefa budżetowa, gdzie podniesienie pensji o 400 – 500 złotych bywa rozłożone na lata.

A przecież wystarczyło zamiast żywej gotówki, zdefiniować, na co można przeznaczyć 500 zł z elektronicznego konta. Np. na dodatkową edukację i uregulować szarą strefę korepetycji, na stomatologię, rehabilitację, okulistykę i mamy moment uporządkowaną szarą strefę w ochronie zdrowia, na wyjazdy, odpoczynek, co moment uporządkuje szarą strefę w pensjonatach etc.

500 plus nie musi być synonimem kupowania spokoju wyborców za pieniądze podatników (także tych uczciwych i nieuczciwych), ale być świetnym instrumentem zwiększania wpływów podatkowych, kontroli cen usług, ograniczania szarej strefy.

Za 5 lat czeka nas dramatyczny deficyt pielęgniarek, nauczycieli. Dziś brakuje rąk do pracy w budownictwie, transporcie rolnictwie. Próbujemy się ratować Ukraińcami, a nawet Nepalczykami, których tylko patrzeć jak wyssie z Polski zgoda UE na pracę w innych krajach. 2 mln Polaków, którzy już wyjechali nawet nie myśli wracać, bo nikt tu o nich nie myśli. Zatem za 5 lat albo trzeba będzie podnieść wiek emerytalny, albo pogodzić się z importem emigrantów z najbardziej muzułmańskich zakątków, bo nie jesteśmy aż tak atrakcyjni by przyjeżdżali do nas ludzie dobrowolnie.

Jest wyjście mniej drastyczne. Natychmiast zacząć realizować wzorowaną Niemczech politykę asymilacyjna Ukraińców oraz dostępnych dziś migrantów, z których można jeszcze wybierać i przebierać.

A teraz zacznie się pewnie hejt, że namawiam do najazdu nas przez islam. Nie Drodzy Moi. Nie dostaję kasy z ZEA, ani RFN, a tym bardziej nie dotuje mnie UE. Można się chwilowo zaprzeć nogami rękami i uznać, że ma być jak jest, ale niczego to nie zmieni, o czym świadczy przywołany cytat. To nie tak, że przez trzy lata Adam Bielan coś zrozumiał, albi świat go zaskoczył, co najwyżej krył się z oczywistością, za której opis można było się pożegnać z polityką. Dziś Adam Bielan z rozbrajającą szczerością stwierdza, że Polska jest skazana na emigrantów, a mnożenie  pięciu stówek na każde polskie dziecko te potrzeby jeszcze bardziej wzmocni. To już czas by do tej myśli przywyknąć.

Wywracanie kota

Rozumiem, że czasami w polityce, trzeba odwrócić kota ogonem, ale nie mam usprawiedliwienia, gdy się tego kota bez zmrużenia oka żywcem odziera ze skóry, by następnie naciągnąć ją tył na przód, włosiem do środka i na koniec ogłosić, że zwłoki mają się znakomicie.

Słuchając marszałka S.Karczewskiego tuż po głosowaniu nad losem prezydenckiego pomysłu na piękne samobójstwo, a następnie obserwując twórcze rozwinięcie jego myśli przez usłużne Wiadomości oraz kanał TVPInfo, zastanawiałem się nad jak daleko można posunąć się w przekonaniu, że ma się do czynienia nie z nieźle wykształconym i inteligentnym narodem, a masą delikatnie rzecz ujmując nierozgarniętych jednostek, które kupią każdą woltę. Marszałka Karczewskiego miałem okazję poznać w 2015 r. podczas kampanii wyborczej. Nie twierdzę, że był jak rzecznik Łapiński „bratem łatą” i chętnie przestawał z lokalnymi mediami. Raczej od nas stronił, uciekając w rozliczne telefony.  Nie mam jednak wątpliwości, że to inteligentny, znający swoją wartość człowiek. Co jednak sprawia, że nie potrafi wyjść i szczerze zakomunikować nie tyle wszystkim Polakom, ale wyborcom Prawa i Sprawiedliwości, że 25 lipca 2018 50 senatorów tej partii wstrzymując się od głosowania za projektem referendum uchroniło Prezydenta RP Andrzeja Dudę przed powtórką kompromitacji, jakiej doznał jego poprzednik, a Polskę przed polityczną nawalanką w 100 lecie odzyskania niepodległości.

Telewizja Jacka Kurskiego przyzwyczaiła mnie do tego, że jest nadzwyczajnie zdolna do wszystkiego, a pracujący tam dziennikarze mają za nic warsztat, opinię, a szczególnie nie szanują swych widzów. OK. to nie pierwszy przypadek polskiego medium robionego z pełnym przekonaniem, że odbiorca jest istotą zbędną  i wystarczy samo przekonanie redakcji, że wykonuje kawał roboty na własny użytek i przychód.  Lista znanych mi przypadków jest nadzwyczaj długa i zawiera zarówno wielkie redakcje, jak i małe lokalne portaliki, służące zaspakajaniu deficytów i leczeniu kompleksów prowadzących. Wszystkie jedną cechę wspólną. Mogą mieć w nosie odbiorców dzięki sowitym dotacjom, czy to z budżetu obywateli, państwowej korporacji lub szastającej kasa UE. Dlatego nie dziwi mnie interpretacja dzisiejszego głosowania, jako dowodu na wredną obstrukcję Platformy Obywatelskiej, której 27 senatorów głosowało przeciwko konsultacji z suwerenem koncepcji zmian konstytucji. Senatorowie PiS posiadający bezwzględną decydującą o wszystkim większość głosowali za lub wstrzymali się od głosowania, ale garstka opozycji była jak zawsze przeciw. I jak żyć panie w takim kraju, jak żyć?

Każdy z wstrzymujących od głosu senatorów wiedział doskonale, że głosuje przeciw referendum. Odetchnął nawet Prezydent A. Duda, który szukając samodzielności bez konsultacji ze swoim zapleczem politycznym wyciągnął pomysł referendum. Jego realizacja byłaby spektakularnym walnięciem głową w ścianę i co najmniej zamroczeniem. Zakładanie, że A. Duda będzie się mścił na swej partii i zacznie wetować to i owo, jest myśleniem z pogranicza pomroczności jasnej.  Po co ma to robić, skoro oficjalnie J. Kaczyński niemal zatwardził jego kandydaturę na drugą kadencję? Nie gryzie się ręki, która karmi w sytuacji, gdy nie ma innej. Obecny Prezydent z poparciem PiS dopóki nie pojawi się jakiś poważny kandydat spoza obecnej opozycji, może spać spokojnie i o ile nie popełni błędów B. Komorowskiego zapewne będzie prezydentem RP do 2025 roku, zależąc wyłącznie od zdrowia J. Kaczyńskiego, którego szwankowanie już dostarcza paliwa do rozlicznych spekulacji nie tylko medialnych.  Nie trzeba wielkiej wyobraźni czy wiedzy by zdawać sobie sprawę, że bez Prezesa PiS czeka dekompozycja, bo dziś tylko autorytet J. Kaczyńskiego jest w stanie utemperować ambicje kilku potencjalnych spadkobierców idei  braci Kaczyńskich.

Można rzeczywistość rasować, bo nie da się jej nigdy w pełni obiektywnie opisać, choć starać się należy. Żyć po drugiej stronie lustra można tylko w bajkach lub w koszmarnym śnie, bo wcześniej czy później ktoś tłucze lustro lub budzimy się w środku ciemnej nocy zlani zimnym potem.  Co by się stało, gdyby nie totalna, gnuśna i leniwa intelektualnie opozycja postanowiła zagłosować za prezydenckim projektem? Do jego przyjęcia potrzeba było 47 głosów. Gdyby 27 senatorów PO przyłączyło się do 10 głosujących na tak, referendum nie doszłoby do skutku, ale 50 senatorom PiS trudno było powiedzieć nie byliśmy przeciw cennej inicjatywie Prezydenta RP, ale jednie wstrzymaliśmy się od głosu. Na szczęście dla PiS, Prezydenta i Jacka Kurskiego PO i Nowoczesna jest totalnie beznadziejną opozycją, którą stać, co najwyżej na dociekliwość posła Brejzy. Na nieszczęście dla PiS, ta partia wciąż żyje przekonaniem, że za pięć stówek na drugie i następne dziecko Polacy pozwolą na wszystko. Nie wiem na co jeszcze pozwolą, ale odnotowuję, że liczba moich znajomych, którzy zauważają niekoniecznie pozytywne skutki tego programu galopująco rośnie. 500 zł robiło wrażenie dwa lata temu, bo lepiej mieć 500 złotych, niż ich nie mieć, ale trzeba pamiętać, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Wrzucenie na rynek 24 mld rocznie musi skończyć się nie tylko wzrostem cen, ale przede wszystkim rozkręceniem oczekiwań konsumpcyjnych. Jeszcze trzy lata temu moi znajomi na krótki urlop jechali nad Białe, do Krynicy, czy Zakopanego. Dziś prześcigają się na all inclusive od Chorwacji po Kanary. Fakt nasz Bałtyk jest zimny i drogi, ale to nie zmienia tego, że na zagraniczne wojaże jadą nie tylko ci, których na to stać. Polacy chcą coraz więcej zarabiać i coraz mniej pracować, co wydaje się całkiem naturalne, ale czy osiągnęliśmy ten poziom rozwoju? Cieszy nas poziom rozwoju gospodarczego, ale tylko gdy nie patrzymy na to co się dzieje w gospodarkach innych krajów i relacjach UE-USA-Rosja-Chiny.  W TVPInfo polska stal się leje a świat truchleje z podziwu, co przypomina mi czasy dzieciństwa, gdy robotników, którzy uwierzyli w cud drugiej Polski przepuszczano przez ścieżki zdrowia by wybić im z głowy myśl o podwyżkach.