Od trzech tygodni pierwsze miejsca w serwisach informacyjnych zajmuje ustawa refundacyjna. Jeszcze dwa tygodnie temu problem wydawał się być rozwiązany, by kilka dni przed 1 stycznia powrócić za sprawa miedzy innymi słynnego Porozumienia Zielonogórskiego, organizacji lekarzy, która juz kilka razy skutecznie szantażowała kolejne rządy czyniąc z pacjentów element przetargowy. Tym razem lekarzy wsparły dzielnie media, które z uporem godnym jakiejś sprawy tłuką w Tuska i Arlukowicza, aż grzmi. Uważnie wsłuchując się w ów łomot nie trudni zauważyć, że nie chodzi w nim o pacjenta, który tradycyjnie jest ofiarą. Nie chodzi tez o rzekomą biurokracje w postaci sprawdzania statusu ubezpieczeniowego pacjenta, bo przecież nawet w PRL zanim zostaliśmy wpuszczeni do lekarza sprawdzano ważność legitymacji, a obecnie problem braku prawa do bezpłatnej opieki lekarskiej jest marginalny, bo dotyczy 0, 5 % Polaków, czyli co dwusetnego! Następna bariera to kwestia trudnego do ocenienia przez medyków poziomu refundacji leków. Ta bariera okazuje się mitem, bo różne poziomy refundacji zależne od zdiagnozowanej przez lekarza choroby, dotyczą nie kilkunastu tysięcy specyfików z opublikowanej listy leków, ale tylko 230. Może, zatem lekarze boją się odpowiedzialności materialnej za źle zakwalifikowane medykamenty? Kolejna bzdura, bo już wcześniejsza ustawa dawała urzędnikom z NFZ narzędzia do kontroli prawidłowości przypisywania pacjentom leków oraz wskazywania poziomu och refundacji. Przypadki karania lekarzy były dość częste.
Jeśli zatem argumenty protestujących lekarzy i aptekarzy okazują się tak błahe, że aż żenujące, to, o co do pioruna chodzi! Czemu kobiecie chorującej na złośliwy nowotwór prowadzący jej leczenie lekarz wali na recepcie pieczęć “do refundacji przez NFZ”, skoro wie, że ten lek przysługuje jej niemalże bezpłatnie, a dopiero dziesiąty aptekarz podejmuje się sprzedaży tegoż specyfiku ze zniżką? Czemu media nie piętnują tego lekarza, który chyba jest pozbawiony jakichkolwiek zasad moralnych, bo przecież ta kobieta nie cierpi na katar sienny, ale nosi w sobie zabójcę? Czemu media nie pytają, dlaczego warszawski lekarz ładuje pieczątkę na receptę dla malucha, skoro wszystkie dzieci w Polsce są objęte ubezpieczeniem zdrowotnym? Skąd ta nagła miłość do medyków, obojętność wobec losu tysięcy pacjentów, z których politycy medycy uczynili sobie zakładników w wojence o…. Właśnie, o co? Jeśli nie wiadomo, o co, to zawsze chodzi o to samo. O kasę.
Ustawa refundacyjna została uchwalona 7 miesięcy temu i do czasu pojawienia się przymiarek do nowej listy leków refundowanych nie stanowiła żadnego zainteresowania mediów. Medycy i aptekarze twierdzą dziś, że zgłaszali jej mankamenty, ale na ostry protest zdecydowali się dopiero na kilkanaście dni przed jej wejściem w życie. Czy to przypadek, że dokładnie w okolicach pojawienia się przecieków z listy leków refundowanych? Przecieki też miały na celu wywołać histerię wśród pacjentów, którym zagrożono drastycznym wzrostem nie jednego czy 10 specyfików, ale niemalże wszystkich leków. Kto zarobił krocie na rozpuszczanych plotkach, który wypędziły tysiące chorych i starszych Polaków do kolejek? Kto zarobił na czyszczeniu aptecznych półek z zalegających tam środków? Nie winię w żadnej mierze pacjentów, bo kolejny raz padli oni ofiarą nieudolności polityków oraz pazerności koncernów medycznych, które żerują na polskim systemie refundacyjnych, którego uszczelnić nie potrafi kolejny rząd. I to nie jest tak, że tylko ten rząd ma z tym problem. Jedynym ministrem zdrowia, który odniósł dotąd maleńkie zwycięstwo w walce z koncernami była minister Ewa Kopacz, która być może w sposób przemyślany, a może z barki kasy, nie dała się naciągnąć na szczepionki przeciwko grypie. Ta sama minister odpowiedzialna jest de facto za klęskę nowej ustawy, której wprowadzenie bez przygotowania zostawiła, B. Arlukowiczowi, który jedzie na niej jak kulawy na skórce od banana.
B.. Arłukowicz nie może liczyć na przyjazne zwykle rządowi media, bo te waląc w obecny rząd, tak naprawdę nie wspierają medyków, aptekarzy, czy pacjentów, ale nadając przypadkom rangę zasady wspierają najbardziej zainteresowanych zmianami, nie w ustawie refundacyjnej, ale na liście leków refundowanych, czyli koncerny farmaceutyczne. Te same choćby, które jeszcze kilka lat temu zafundowały Polakom akcję straszenia polską insuliną, rzekomo gorszą niż zachodnią. Do dziś nie ma ani jednego potwierdzonego przypadku, w którym sprawdziłyby się proroctwa najbardziej opiniotwórczych gazet i dzienników. Ktoś celowo wprowadzał Polaków w błąd. Tylko po to by zablokować złamanie monopolu. To koncernom a nie lekarzom zagraża zapis w ustawie zobowiązujący lekarzy i aptekarzy do wyboru tańszych zastępników, które wcale nie są gorsze, ale zazwyczaj nie są produkowane przez zachodnie koncerny, które nie tak łatwo oddadzą wart 17 miliardów rynek leków refundowanych, na którym przez ostatnie lata osiągnęły pozycję dyktatora mordującego przy każdej sposobności polską konkurencję.
Zdaję sobie sprawę, że ustawa refundacyjna ma mnóstwo wad, ale w wojnie o nią nie chodzi o jej niedoskonałości, lecz o kasę. Nie dla lekarzy i aptekarzy, z których zdecydowana większość zachowuje zdrowy rozsądek i etykę. Szkoda, że w trwającej od czasów rządu J. Buzka wojnie pacjenci nie mogą liczyć na tak zwane opiniotwórcze media oraz szefów organizacji lekarskich, bo jak to mawiał klasyk “sorry Winetou, biznes jest biznes”, co wydaje się bardzo wdzięcznym polem nie tylko dla niezwykle rozbudowanych i aktywnych na innych polach służb, ale również dla POPiSu jedności wobec najważniejszych dla Polski i Polaków spraw. A zdrowie bez wątpienia do nich należy i od tej jedności wyjątkowo zależy.
PS Uprzedzając oskarżenia autora o budowanie spiskowej teorii dziejów oraz obrońcom politycznej poprawności w myśl, której koncerny farmaceutyczne pracują na rzecz dobra kazdego człowieka, by mu się żyło, dlugo i zdrowo, polecam orzeczenie sądu w sprawie Najfeld - Nowicka. Znajdziecie tam Państwo aż nadto przykładów na specyficzne rozumienie etyki w tej branży. Orzeczenie otwiera nawet największym idealistom bardzo szeroko oczy, również ze zdziwienia. Nie dziwi mnie też, kogo nie zadziwia i kto oraz dlaczego nie widzi w nim nic dziwnego.