Wszystkie wpisy, których autorem jest Grzegorz

Poprawiane życiorysy

28 lat temu wielu ludzi obudziło się w Polsce, która już nie nagradzała talonem na samochód, paszportem, mieszkaniem w wielkiej płycie, działką rekreacyjną nad morzem lub Liwcem, ale w kraju, w którym liczyło się, czy  z tamtą Polską się jakoś jeśli nie walczyło, to przynajmniej nie było się jej pupilkiem. Zaczął liczyć się życiorys. Partyzant z AK, wywłaszczony przez Bieruta, choć raz spałowany na demonstracji, znakomicie gdyby przynajmniej internowany, roznoszący bibułę, były figurant etc. Każdy kto się urodził przynajmniej w latach 60 tych, wie, że takich ludzi z życiorysami wcale aż tak dużo nie było. Nie brakowało jednak takich, którym wyrwano spod głowy poduszkę przez co zdrowo przywalili w deskę. Oczywiście zdecydowana większość Polaków nie była ani bohaterami, ani pupilkami, ale tym niezależnie od czasów wiatr częściej w oczy, niż władza na rękę. A władza choć wydawałoby się odmieniona, twórczo rozwijała motyw wspierania jednych, tępienia drugich, zostawiając samym sobie większość. Oba systemy łączyli … koniunkturaliści. Ludzkie kameleony zmieniające bez wahania sympatie, partie, układy  byle zawsze być jeśli nie przy stole, przynajmniej pod stołem, gdzie po cichutku nie tylko łatwiej przetrwać do następnej zmiany zastawy, ale i zdrowe podjeść można.  Harująca na co dzień większość nawet nie zdaje sobie sprawy, że pod tym stołem istnieje rozwijany przez kolejne ekipy system fundacji, agencji, stowarzyszeń, instytutów zgrabnie przyssanych do budżetu, umożliwiający całkiem fajne synekury. Takie talony na maluchy, mieszkania w wielkiej płycie i paszport made in III RP.

By dostać się do stołu lub co chyba lepsze pod stół jak zawsze potrzebny był i jest życiorys. W PRL naliczono co najmniej kilkadziesiąt tysięcy partyzantów, którzy „zrobili” sobie zdjęcie z Moczarem na białym koniu w lasach świętokrzyskich.  Wszyscy dostali sute renty kombatanckie. Spanie na styropianie lub internowanie też okazało się dla wielu (bo nie dla wszystkich) znakomitą przepustką do lub pod stół. Odszkodowania za internowanie rodzica dostały nawet niemowlaki, ale nie wszystkie. Tak jak w PRL picowano zdjęcia, tak w II RP zaczęła się masowe retuszowanie lub tworzenia od zera życiorysów. Myliłby się każdy kto sądzi, że działo się to 20 lat temu. Mam wrażenie graniczące z pewnością, że właśnie przeżywamy apogeum tego zjawiska.

Licząc na upływ czasu, ludzką niepamięć, czy przynajmniej na zobojętnienie wobec fałszu, którego tak pełno wokół, pupilki PRL dziś korzystają ze skłócenia styropianowców, gumkują ze swych c.v. przynależność do nieboszczki partii, hojne nagrody i odznaczenia za utrwalanie i wspieranie władzy ludowej, a najbardziej bezczelni wprost obwołują się Wallenrodami. Obserwując ten proces z więcej niż obrzydzeniem, mam czasami ochotę temu czy owemu coś przypomnieć, ale nie wiem czemu jestem pewien, że w prawda w tej konfrontacji jest skazana na porażkę. Władza bowiem ma tę przypadłość, że zawsze potrzebuje lizusów i ludzi zdolnych do każdego świństwa, a nikt tej roboty nie nadaje się lepiej niż ktoś bez moralnego kręgosłupa. Z pewnych powodów takich ceni się wyżej niż tych co w większości cicho pracują na siebie i tych co przy i pod stołem.

Dlatego zamilczę dziś nad tymi co wypierają się pracy  w studenckiej rozgłośni skąd za donoszenie na kolegów zostali wyrzuceni, ani o tych co swe wielkie pieśni patriotyczne pieśni popełniali na całkiem inną okoliczność i z politowaniem popatrzę na tych co 30 – 40 lat temu nie mieli okazji oberwać pałą od zomowca, szukają nad ranem orderów kopiąc się z policjantkami, albo rwą się na blokady z tymi, którymi pogardzają. Trochę z wyboru, trochę z przymusu nie będę płakał, żem z tymi co zawsze pod wiatr, może dlatego, że jak oni w swym c.v. niczego nie chcę poprawiać.

W obronie własnej

Ilekroć trafiam na dramatyczne informacje o kolejnych zaginięciach, brutalnych pobiciach, zgwałceniach zapewne nie różnię się od odruchów większości z nas. Współczucie, gniew, myśl o jakiejś formie odwetu, która przemija najszybciej, choćby ze względu na brak bezpośredniej możliwości podejmowania działania. Potem przychodzi czas na zapoznanie się ze szczegółami zdarzenia i wtedy pojawiają się też racjonalne pytania: dlaczego to się stało, czy stać się musiało, jak zapobiegać podobnym zdarzeniom w przyszłości. Pytania, które polityczna poprawność skazuje na brak odpowiedzi, bo samo ich postawienie ma rzekomo uderzać w ofiary lub co gorsza usprawiedliwiać sprawców.

Każde życie i zdrowie jest bezcenne i każdy kto krzywdzi drugą osobę musi ponieść określoną karę. Też mam tak czasami, że za niektóre czyny łamałbym wpierw kołem, a potem gotował na wolnym ogniu, ale wiem też, że za takimi myślami, całkiem naturalnymi, przychodzi czas na logiczne pytania o okoliczności, które nie są bynajmniej jakoby niektórzy chcieli usprawiedliwianiem zbrodniarzy kosztem ofiar. To czas na pytanie czy jeśli istnieje zło, to mamy się narażać na jego działanie, przez własną lekkomyślność lub zaniedbanie zasad bezpieczeństwa. Czy można winić maszynistę gdy ktoś bezmyślnie wtargnie pod pociąg? Nic nie usprawiedliwia zbrodni, ale tym co wciąż żyją warto wyciągnąć z niej wnioski, by uniknąć w przyszłości losu ofiary. Tymczasem analizując na chłodno kilka ostatnio opisywanych dramatów, trudno się ustrzec pytania, czy ich ofiary swą lekkomyślnością, brakiem wiedzy, doświadczenia, lekceważąc ostrzeżenia, czy rady bliskich lub doświadczenia innych, nie ułatwiły swym katom działania. To też bardzo zasadne pytanie do opiekunów, bliskich, przyjaciół, czy dołożyły wszelkich starań by przestrzec, zatrzymać ofiary.

Oczywistą prawdą jest to, że niezależnie od pory dnia i miejsca nikt nie ma prawa naruszać naszej cielesności. Niemniej zło istnieje i nie zważa na nasze prawa, stąd musimy brak pod uwagę ryzyko jakie się wiąże z lekceważeniem zakazu spacerów nocą po plaży. Skoro ktoś wystawił takie ostrzeżenia, to znaczy, że miejsce i czas są obciążone ryzykiem. Nie zmienia to mojego potępienia dla zwyrodnialców, czy współczucia dla ofiar, ale jest to dramatyczne przeświadczenie dla innych, że nic nie zwalnia z dbałości o własne bezpieczeństwo. Na przestrzeni kilkunastu miesięcy mieliśmy do czynienia z zaginięciem młodej dziewczyny wracającej do domu nad ranem przez park. Śmiercią kobiety wracającej z mocno zakrapianej imprezy w towarzystwie niezrównoważonego znajomego. Uduszeniem w mieszkaniu poznanego ledwie miesiąc wcześniej człowieka oskarżonego o gwałt. Dramatem dziecka torturowanego przez zwyrodniałego pracodawcę rodziców. Pobiciem i zbiorowym gwałtem nocą na plaży, na którą o tej porze zakazano wstępu. Niewyjaśnioną śmiercią kobiety samotnie wyjeżdżającej na wakacje w Egipcie. Za każdym z tych wydarzeń ukrywa się zbytnia ufność, wiara, że nic się nie stanie, że zło, nieszczęście mnie nie dosięgnie. W żadnym z tych wypadków sprawcy nie wdzierali się do domów, hoteli, nie atakowali przypadkowych ofiar, ale wykorzystywali nadarzającą się okazję. Nie można dla zachowania szacunku dla ofiar, zrozumienia dla cierpienia bliskich, czy głupio pojętej politycznej poprawności, udawać, że samo schwytanie i surowe osądzenie sprawców przyczynią się do uniknięcia podobnych sytuacji w przyszłości. Jeśli ktoś wierzy, że można wyłapać wszystkich przestępców zanim popełnią zbrodnię, albo stosując wobec nich wysokie kary skutecznie zabezpieczyć przed nieszczęściami społeczeństwo, to wykazuje wyłącznie naiwność, a nie odpiwedzialność za nasze bezpieczeństwo.

Przez lata współorganizowałem wyjazdy do Izraela. Nigdy nie przeżyliśmy tam sytuacji zagrożonia naszego bezpieczeństwa, choć Ziemia Święta nie ma opinii najbezpieczniejszego miejsca na globie. Zawsze jednak stosowaliśmy zasady bezpieczeństwa, które narzucają wiele ograniczeń, ale pozwalają spokojnie zwiedzić miejsca święte i powrócić do domu. Dzisiejszy świat nie jest wbrew naszym oczekiwaniom bezpieczny. Nie wiemy czy bezpiecznie dotrzemy do pracy, czy w domu nie zdarzy się na wypadek. Nie wszystko da się przewidzieć, nie da się uniknąć pułapek, ale też nie możemy żyć w przekonaniu, że nasze zdrowie, życie, majątek są nie naruszalne, a nasze zachowanie nie ma wpływu na nasze bezpieczeństwo. Jest takie stare powiedzenie „nie kuś losu”. Nie dotyczy to tylko wykonywania ryzykownych akrobacji, jazdy z nadmierną prędkością, ale też dwuznacznego zachowania, które może uruchamiać działanie innych, przebywania wbrew ostrzeżeniom i radom w nieodpowiednim miejscu i czasie, etc. Każdy dramat musi być jakąś nauczką także dla nas. Skłonieniem do zawahania nad konsekwencjami,, zrozumieniem, że zło jest czymś realnym, co może nas dotknąć i nie należy mu ułatwiać działania lekkomyślnością.

 

Polokultura

Zdecydowanie  nie chcę nikogo urazić, czy obrazić, ale patrząc na zdjęcia z festiwalu disco polo, rwie mnie jak ząb pytanie dokąd doszliśmy przez 30 lat jako społeczeństwo. Jeszcze w latach 80 tych wydawaliśmy ostatnie pieniądze żeby dostać się na koncert Republiki, Perfectu, Lady Pank,  TSA, T.LOVE, etc. Koncertów organizowanych w największych halach, czy nawet na stadionach. Dziś hale i stadiony wypełnia Zenek Maryniuk, którego Oczy zielone wylansował po jednym meczów Kamil Grosicki.

Kultura jest czymś co definiuje nas jako ludzi zarówno indywidualnie jak i zbiorowo. I jakkolwiek nie uznaję za przejaw kultury tarzania się w śmieciach, plucia komuś pod nogi, eksperymentowania z profanowaniem wszelkich świętości, niezależnie od religii, a także odmawiam przymiotnika kulturalny każdemu, kto kłamie, wyzywa innych, to także trudno mi się pogodzić, że mój naród definiowany jest przez pryzmat częstochowskich rymów w przekazie, wobec kutego folklor ludowy wydaje się poezją.

Nie jestem fanem muzyki poważnej. kina moralnego niepokoju. Też lubię oderwać się od rzeczywistości oglądając Bonda, czy Misia. Słucham popu, smooth jazzu, hard rocka. Na pewno nie jestem przykładem snoba, zapatrzonego we własne widzi mi się, odmawiającego innym prawa do muz lekkich. Zdarza mi się na weselu zatupać, a nawet zatańczyć ten czy ów kawałek. To naturalne, że taka muzyka, piosenka ma pełne prawo funkcjonować. Ale czy to oznacza, że ma dominować? Zagłuszać coś co nie tylko karmi nasze codzienne uczucia, ale zmusza zadawania sobie pytań wyższego rzędu? Nie mam nic przeciwko temu że przy grillu wytupiemy, a nawet wykrzyczymy refren Zenka, ale gdy jednocześnie znajdziemy czas i miejsce dla kogoś kto słowem, obrazem, dźwiękiem zmusi nas zadania sobie pytania kim jestem, po co tu jestem, co zrobić by uczynić świat lepszym. Tego raczej nie znajdziemy w prostych rytmach i przekazie, że żyję tylko po to by pić, jeść i bawić się.

Obrońcy narodu i polskiej kultury żyją w sosie wielkiego międzynarodowego spisku, którego celem  jest nasze  wyjałowienie  intelektualne i kulturowe. Straszą nas multikulti i uchodźcami. A jednocześnie milczą, gdy  w prime time narodowej telewizji królują disco polo i romskie romanse. Gdzie Panie Jacku Kurski wychowany na Okudżawie, i Wysockim  jest miejsce na kulturę nawet nie wysoką, ale ciut wyższego rzędu? Gdzie młodzi wrażliwcy mają pokazać się publice? Narodowy Rządzie gdzie to wsparcie kultury na szczeblu lokalnym? Środki na sale, zajęcia, instruktorów.   Nie wystarczy potępić, a nawet zakazać Klątwy. Łatwo wydać zaoczny wyrok na Idę, a nawet zamówić antyPokłosie. To tylko słowa i gesty, bo czynem jest wydanie 80 tys złotych na kwadrans sylwestrowego  playbacku. 80 tys. złotych to miesięczny budżet ośrodka kultury powiatowego miasta.

Łatwo jest szukać wrogów na zewnątrz, trudno się uderzyć we własne piersi i przyznać, że podczepiając do tego co tanie, łatwe i przyjemne by zyskać podobną popularność dla zdobycia paru punktów w sondażach, sami kopiemy grób temu co ten naród definiuje.

Wyjęci spod prawa?

Od 1 kwietnia ubiegłego roku panuje powszechne nawet wśród opozycji przekonanie, że oto pięć stówek miesięcznie uczyniło polskie rodziny szczęśliwszymi, bowiem życie stało się lżejsze. Nawet ja zazdrosny już brak wcześniej takowego wsparcia ojciec dorosłych dzieci, nie zamierzam dyskutować z prostym faktem, że lepiej mieć te pięć stówek w portfelu, niż ich nie mieć. Niemniej nie jestem pewien, czy rzeczywiście te pieniądze aż tak znacząco zmieniają sytuację polskich rodzin jak się powszechnie ogłasza.

Co czteroosobowa rodzina zyskuje przez otrzymanie 500 złotych? Faktycznie 250 złotych na dziecko. To jakieś 15 procent płacy minimalnej. Rocznie uzbiera się całe 3000 tysiące złotych. Ładna sumka. 500 złotych to maksymalnie 10 dni opieki niańki, a miesiąc ma zdecydowanie więcej dni. Przez 18 lat można odłożyć na studia, 10 metrów kwadratowych mieszkania, ale w skali miesiąca ledwie pokryjemy wydatki związane czy z ubraniem, czy uczęszczaniem do szkoły, można tę kwotę przeznaczyć na kilka godzin korepetycji itp. Potrzeb jakie generuje dziś dziecko jest tak dużo, że jakkolwiek dobrze mieć niż nie mieć 500 złotych ekstra, trudno sądzić, że kwota pozwala dokonywać szalonego skoku cywilizacyjnego.  Zwłaszcza, że wbrew oficjalnym zapewnieniom koszty życia w Polsce są porównywalne z krajami wysoko rozwiniętymi, ale płaca ledwie dotyka połowy tego co może zarobić przeciętny Francuz, czy Niemiec. Po cichu wcale nie pełza, ale galopuje inflacja, bo choć ceny zmieniają się systematycznie, acz nie skokowo, to handlowcy dokonują cudów, byśmy za mniej płacili więcej. Oszustwa polegające na zaniżaniu wagi, wypełnianiu np. żywności powietrzem, wodą, tłuszczem, zmniejszanie gramatury tego nie trzeba nikomu udowadniać. Gdzie jest PIH, UOKIK? No właśnie.

Jest też jeszcze jedna kwestia, która szczególnie wkurza. Co roku wykładamy na tę dziedzinę życia ponad 100 mld złotych, z czego co najmniej 70 mld przez NFZ. I każdy komu na świat przychodzi szczęście pierwszą ścianą z jaką się boleśnie zderza, to nie tylko ceny pieluch, wysoki VAT na ubranka, drogie kosmetyki, czy odżywki, ale pieniądze, które musi dopłacić z własnej kieszeni do tak zwanej świetnie zorganizowanej opieki nad noworodkiem, niemowlęciem, czy dzieckiem. Tak bardzo naciskamy na stosowanie szczepień dzieci, ale tolerujemy szarą strefę podawania kilku szczepionek jednocześnie za 300 złotych, a szczepionki na pneumokoki za 1000 złotych. Oficjalnie i bezpłatnie nie można narażać dziecka na mix szczepionek, ale za pewną kwotę … . Na kontrolę noworodka, badanie przez okulistę, laryngologa, ortopedę za pośrednictwem NFZ można spokojnie poczekać do pełnoletności malucha. Świadomi możliwości medycyny przy wczesnym wykryciu wad i chorób rodzice sięgają do kieszeni i pędzą do dziecięcych specjalistów zapracowanych na państwowym, ale otwartych na prywatne 5 – 10 minut porady z wypisaniem recept . Ilekroć słyszę nałożeniu na kolejną grupę obowiązku posiadania kas fiskalnych, tylekroć się zastanawiam, skoro nawet prawnicy już takie kasy mają i używają. Skoro nawet sprzedawca papierowego lampionu z ryżowego papieru wciska mi do ręki kwitek, a moja zaprzyjaźniona od 20 lat właścicielka pensjonatu oburza się, gdy żartuję na temat zapłaty bez kwitu … to jakim cudem lekarze w swych prywatnych gabinetach bilety przyjmują, ale o małym skrawku paragonu zapominają. No nie wszyscy, ale zdecydowana większość.

Ile z tych 20 paru miliardów trafia do kieszeni medyków, nie mam bladego pojęcia. Tak jak też tego czemu akurat ta grupa zawodowa cieszy się wyjątkowym uznaniem fiskusa.

ASF

Afrykański pomór świń nie jest nową jednostką chorobową i nie jest plagą zesłaną wyłącznie na polskich rolników. Banał, który jednak w polskiej rzeczywistości zaczyna brzmieć jak szyderstwo., bo ASF spostoszył już kilka krajów w Europie przed nami i choćby z tego względu można oczekiwać zdecydowanych działań w oparciu o doświadczenia innych. Niestety najwyraźniej polskie władze wolą wykazać sie bezradnością i poczekać, że może coś się samo wydarzy,  wyjaśni, np. wirus dokona autodestrukcji, a rolnicy jakoś sobie poradzą.  Dzięki uciekaniu od zaraźliwego problemu on sam nie ucieka, a narasta. Rysowanie na mapie kolejnych stref, wystawianie ostrzegawczych tablic, nakaz wycierania butów i kół przed wejściem do strefy zapowietrzonej, a nawet symboliczny odstrzał dzików, nie zatrzymuje rozwoju choroby, a sytuacja zdecydowanie wymyka się spod jakiejkolwiek kontroli.

To co czytamy na temat ASF może sugerować, że to własnie dziki są głównymi sprawcami nieszczęścia i wystarczy ich prosty odstrzał, by zlikwidować zagrożenie. Tymczasem choć rzeczywiście dziki są nosicielami wirusa, to za jego rozprzestrzenianie w 95 procentach odpowiadają ludzie. Od dwóch lat staramy się przekonać odpowiedzialne instytucje o konieczności przeprowadzenia bardzo zdecydowanej kampanii informującej nie tylko rolników o sposobach przenoszenia sie wirusa. Walenie głową w mur. Macie rację, ale nie. Dlaczego nie? Bo, nie. A może raczej chodzi o pobożne życzenie, że jak się o problemie nie będzie za dużo mówić to on samoistnie przestanie istnieć.  Mokry ciepły lipiec sprawia, że do lasu wybiera się coraz większa liczba zbieraczy runa leśnego, okutanych w ubrania chroniące przed kleszczami. Zbierając jagody czy grzyby dotykamy miejsc na których dziki zostawiają zarażone wydzieliny. Ręce umyjemy, ubranie pozornie czyste uzywamy nie tylko w lesie, ale i w gospdarstwach rolnych. Wirusa nie zabija przejście przez przewód pokarmowy, jest niezmiernie żywotny. Odrobina wyobraźni wystarczy, by wyobrazić sobie, że przygpdny grzybiarz z Wielkopolski może wyeksportować wirus na kilkaset kilometrów. Sposobów na przenoszenie wirusa jest tysiące. Wraz z obszarem występowania w postępie geometrycznym będzie rosła szybkość jego przenoszenia na nowe tereny.  Jeszcze odrobina milczenia i za kilka miesięcy pozostanie nam wyłącznie utylizacja wszystkich stad trzody i trzy lata importu wieprzowiny z zagranicy, a potem lata odbodowy hodowli, zdobywanie rynków. Ten brak edukacji i działania może kosztować dziesiądki miliardów złotych.

Microsoft kończy ze starym systemem Phone …

Jakkolwiek sam kończę swoją dwu i pół letnią przygodę z telefonem wyprodukowanym przez spółkę MS + Nokia, to jednak mam prawo zapytać co mamy zrobić z urządzeniami, które w kontekście tej decyzji najzwyczajniej w świecie nadają  się do wywalenia.  Moja poczciwa N 925pomimo poniewierania po moich kieszeniach i wyciskania z niej siódmych potów, wciąż nie ma rysek na ekranie, bateria równo trzyma, sam system jakkolwiek już przestarzały i mało popularny z rzadka płata mi figle, ale nie kłamie, nie ściąga niczego po cichu, nie zmusza do wiecznego aktualizowania aplikacji etc. Co począć z moją N 925. Zachować jako telefon awaryjny, bo przecież nie sprzedać, bo kto kupi telefon którego oprogramowanie właśnie odchodzi w czasy informatycznego średniowiecza.

Pytanie wcale nie jest retoryczne, a mój wpis sentymentalny. To raczej kolejny kamień młyński do nie tylko polskiego UOKiK o to jak chronią prawa konsumenta. W świecie motoryzacji każdy producent musi się liczyć z koniecznością dostarczania przez określony czas części zamiennych do swych aut. Obowiązek ten nie dotyczy masowej produkcji RTV i AGD, gdzie na nikim nie robią wrażenia afery z celowym montowaniem części, które będą psuć całe urządzenie po upływie gwarancji. Nie wspomnę też cenach części zamiennych, które nawet jeśli uda się na zdobyć, okazują się droższymi niż nowe urządzenie.

W czasach szalejącej mody i konieczności na ograniczenie marnotrawstwa surowców i nadprodukcji śmieci, łagodność polityczna wobec potentatów AGD i RTV choćby legendaenej Komisji Europejskiej każe zadać pytanie, czy zwierzęta dzielą się na równe i równiejsze?

Podpis

Choć może media sugerują, co innego, ale to nie ekspertyza podpisu L. Wałęsy, ale podpis Donalda Trumpa pod decyzją odmawiającą obywatelom kilku państw islamskich wjazdu do USA, okazał się bardziej emocjonujący dla wielu moich rodaków. Odkrywam to podobnym do państwa zaskoczeniem, bo sam też nie przywiązałem do tego jakiejś szczególnej uwagi, ale kilka gorących rozmów szybko zmieniło mój pogląd. Wymiany zdań były, bowiem tak zaangażowane, że moje zazwyczaj ucinające polityczne dysputy żarty zostały przyjęte na serio i musiałem się gęsto tłumaczyć. Decyzja 45 prezydenta USA podzieliła moich rozmówców dokładnie według wyznaczonej przez nie tylko polskie media granicy. O dziwo ta granica nie jest tożsama z linią frontu politycznego, co by oznaczało, że w tej kwestii przynajmniej moi znajomi starają się mieć własne zdanie.

Odrzuciwszy wszelkie opowieści o miłych egipskich kelnerach lub niesympatycznych, czy nawet nachalnych muzułmanach z Belgii, czy Francji, muszę przyznać, że część moich znajomych sięga głębiej do gazet, czy Internetu, niż tylko lead’y z pierwszej strony. Odwołują się do historii, przywołują cytaty, ba niektórzy deklarują, że sięgają po Koran. Z tym ostatnim to jednak myślę, że delikatnie blefują, bo raczej są to wyrywane z kontekstu cytaty lub nierzadko zmyślone pod tezę nieistniejące sunny, których pełno jest na antyislamskich stronach. Niemniej Donald Trump przyczynił się do czegoś, co dawno postulowałem w kontekście Polski, czyli nie dyskusji, ale wpierw edukacji na temat islamu.

Udawanie, że islam i jego społeczne oraz polityczne konsekwencje, to coś, przed czym wystarczy zatrzasnąć nasze granice, to myślenie nie tylko magiczne, ale zagrażające naszej, nie waham się użyć tych słów, wolności i tożsamości. Odmowa przyjmowania uchodźców z krajów islamskich, zakaz budowy w Polsce meczetów nie uchroni nas przed zagrożeniem terroryzmem, z którym zerojedynkowo utożsamiany jest islam. Tymczasem nawet nie wiedza, ale proste doświadczenie z polskimi potomkami krymskich Tatarów, nakazuje jednak wstrzemięźliwość przed wydawaniem takich osądów. Islam wbrew temu, co czytamy i słyszymy nie jest religią jednolitą. Już po śmierci Mahometa pojawiły się dwa zasadnicze nurty, nie tylko konkurujące między sobą, ale nawet się zwalczające. Wiara proroka niesiona po świecie napotykała różne kultury, z których czerpała nie tylko kulturowe inspiracje. Czy ta oczywistość powinna nas skłaniać do bezrefleksyjnego otwierania drzwi? Oczywiście, że byłaby to naiwność. Ale życie w świadomości, że każdy obcy nosi pas szahida, to najzwyczajniej koszmar.

Islam w Polsce jest od wieków. Jak dotąd jego wyznawcy byli wierni nowej ojczyźnie0, oddając za nią swe życie? Od połowy XX wieku muzułmanie zaczęli szturmować Europę. Nie w sformowanych armiach, ale pojedynczo, rodzinami. Najpierw zapraszani do odbudowy powojennej Europy, potem na potrzeby starzejących się społeczeństw. Dziś przypuszczają atak na granice Unii Europejskiej, która jawi się im jak Ziemia Obiecana. Na razie Polska nie jest w ich rozkładzie jazdy, ale za kilkanaście lat może się to zmienić. Przestańmy się oszukiwać. Ktoś musi zająć miejsce milionów młodych dziś Polaków, którzy wyjechali już na stałe na Zachód. Milion Ukraińców już dziś buduje polską gospodarkę. Za 10 – 15 lat będziemy potrzebowali znacznie większego dopływu rąk do pracy. Alternatywa jest jedna, albo zaczniemy lepiej płacić młodym Polakom, albo już dziś wzorem Niemiec przygotujmy dobre programy asymilacyjne.

PS

A co do podpisu L. Wałęsy, to ja się czuję luksusowo, bo nie muszę zmieniać zdania. Niech w lustro patrzą sobie Ci, co wiedzieli od dawna, ale im to jakoś nie przeszkadzało.

 

Niemodne słowo z marzeń

darza się Państwu olśnienie? Takie cuś, że w jednym momencie na myśl składa się doświadczenie, obserwacja rzeczy, zjawisk na pozór od siebie dalekich w miejscu, czasie i materii? Zapewne nie raz, tak jak i mnie niedawno olśniło rozedrganie, w jakie wpadają nasze panie, no, dobra panowie też. Parę dni temu próbowałem zmienić kanał telewizyjny w poszukiwaniu czegoś zdecydowanie bardziej atrakcyjnego niż w mojej ocenie oglądany film. Wiecie co jest dziś uosobieniem domowej władzy? Oczywiście, że pilot od TV. Próba domowego puczu została zduszona, a ja zmuszony do wyboru komputer czy telewizor, wybrałem medium z romantyczno – dramatycznym kontentem.

Film opowiadał o klasycznej nowoczesnej w wydaniu amerykańskim rodzinie, czyli matce trójki dzieci, każde z innym tatą, przy czym ostatni akurat usiłował pełnić funkcje rodzicielskie, co nie przeszkadzało mu romansować z przyjaciółką domu, co spotykało się z oburzeniem starszych dzieci, zbulwersowanych milczeniem matki, żyjącej w strachu, że zbyt gwałtowna reakcja pozostawi ją samą z dziećmi. I choć scenarzyście bliżej było do Złotych Malin, niż Oskara, to naszło na mnie owo olśnienie obyczajowe.

Z jednej strony marzy nam się świat, w którym wolność oznacza brak odpowiedzialności za słowa, czyny, a zwłaszcza uczucia. Świat pszczółek latających sobie z kwiatka na kwiatek, żyjących na próbę, konkubinatów, trójkątów etc. Świat tak zwanej wolnej miłości bez zobowiązań. Taki nowoczesny, jakby to nazwał Kaźmierz Pawlak, z pigułką na miłość, na spokojność, na brak dzieci, na zapomnienie. Jednocześnie tkwimy po uszy w średniowieczu, bo choć sami zajmowalibyśmy się różnymi kwiatkami, to dobrze by zawsze był jeden taki, co by na nas zawsze czekał, był tylko dla nas. Inaczej marzymy o swobodzie i wolności, ale i o wierności, miłości do grobowej deski. Od wieków ludzie starsi, doświadczeni przez życie pouczali młodszych rwących do przodu o wartości zasad, konieczności szanowania uczuć. Kiedy patrzę na swoich znajomych, którzy już nawet nie po 40 tce, ale i po 50 tce, a nie rzadko i później zaczynają „nowe życie”, stwierdzam, że młodzi mają dziś przegwizdane, bo kto ma się dzielić z nimi doświadczeniem, skoro siwe włosy nie są już synonimem stateczności i rozsądku.

Świat nam oszalał niemal z pokolenia na pokolenie. Antykoncepcyjna pigułka uwolniła ludzkość od odpowiedzialności za życie drugiego człowieka. Miłość sprowadziła do wyłącznie, choć pięknego, ale jednak niedającego pełni szczęścia aktu. Seks przestał być pięknym, przez swą intymność, a zaczął być wyłącznie zaspakajaniem fizycznych potrzeb człowieka. Szaleńcze tempo życia wdarło się też do tej najpiękniejszej sfery istoty ludzkiej, uczuć. Nie mamy czasu na coś głębszego, na poznanie się, na okazywanie uczuć, przeżywanie miłości do drugiego rozumianej, jako pełne i bezgraniczne oddanie. Boimy się takiej miłości, bo to oznacza wystawienie się drugiemu człowiekowi, takimi, jakimi jesteśmy, a nie, jakimi sobie siebie wyobrażamy, jakimi chcemy by nas widział świat. Miłość oznacza odrzucenia pozorów, masek, image. Kochać oznacza być akceptowanym i akceptować drugiego z naszymi i jego wadami i niedoskonałościami. Kto zaryzykuje? Skąd mamy mieć pewność, że odrzuciwszy pozory, maski nie staniemy się ofiarami? A jednocześnie, nowoczesność nie zabiła w nas pierwotnego pragnienia miłości bezwarunkowej, wierności po kres dni. Wzrusza nas miłość staruszków w stopniu równym, co romantyczne komedie o tej jedynej, jedynym. Łzę wyciska nawet miłość Shrek’a i Fiony.

Kim chcemy naprawdę być? Czego pragniemy? Co jest prawdziwsze? Co trwa dłużej niż biurowy romans? Mamy jeszcze dość czasu na zadawanie sobie pytań i udzielanie odpowiedzi. Wszystko w życiu ma swoje miejsce i czas. I nie ma sensu tego ponaglać, nie wolnego tego przegapić i nie ma próbować nadrabiać.

 

Studencki żart

Jakieś 30 lat temu początkujący dziennikarz studenckiego radiowęzła dostał 0zadanie odpytania profesora rektora ds. dydaktyki i wychowania. Jego Magnificencja sama sobie wywiadu zażyczyła uznając radio za medium godne przekazania swego przesłania w kwestiach żackiego rozpasania. Samo umawianie się na ten wywiad było dla profesora ciężką próbą naszego dość lekkiego podejścia do odbierania telefonów. Jeden z moich przyjaciół uparcie odebrał trzy telefony hasłem: „schron przeciwatomowy numer 536 słucham”. Za czwartym podejściem Pan Rektor pierwszy wykrzyknął „Radio Centrum? Co wy sobie … myślicie?” Po takim wstępie dalej mogło być już tylko gorzej. Pamiętam jak zaskoczony przez kolegów zadaniem w pierwszym podejściu śmiertelnie obraziłem Pana Rektora zamieniając mu dość delikatnie ale jednak imię na Roman. Skończyło się na solidnych przeprosinach, które pozostawiły rektora w studio, a mnie na liście studentów. Po latach wspominam historyjkę z uśmiechem, choć wtedy do śmiechu wcale mi nie było.

Pomimo upływu trzech dekad ludzie się nie zmieniają. Pan profesor na 100 procent sytuacji nie pamięta, ale wena do dyscyplinowania innych mu pozostała. Pomysł na resocjalizację opozycji za pomocą prawa dla nieletnich sprawił, że nawet przez moment poczułem sympatię do profesora. Też myślę, że nasi politycy chcąc ograniczyć konkurencję, myślą o likwidacji gimnazjów. Dalej już było tylko lepiej. Okupacja sali sejmowej, której bliżej do działań słynnej Pomarańczowej Alternatywy niż poważnego protestu została podniesiona do rangi zamachu stanu, wartego 10 lat ciężkiego więzienia. Rozrzut ocen i konsekwencji w jednej analizie, każe mi przypuszczać, że Pan Profesor jest wciąż w znakomitej formie tym razem śląc na lewo i prawo rady.

Za kilkanaście lat na okupację sali plenarnej sejmu będziemy wspominać równie lekko co nasze studenckie wygłupy. Owszem będą tacy, którzy spróbują wpisać sobie ją do kombatanckiego życiorysu, ktoś tam wklei sobie swoje zdjęcie ubiegając się o pracę, tak jak to uczyniło kilka tysięcy członków ZBOWID ze słynnym zdjęciem Mieczysława Moczara na białym koniu w lasach świętokrzyskich. Dla zdecydowanej większości Polaków samo wspomnienie będzie graniczyło z cudem. Największymi przegranymi wydają się politycy, którzy w beznadziejnej formie protestu stracili okazję na spokojne święta z rodziną. Co bowiem faktycznie osiągają?

Tylko teoretycznie PiS nie wygrywa na sejmowej okupacji. Naprawdę po raz kolejny pokazuje totalną skuteczność, testuje koalicjantów i obnaża słabość opozycji, a przy okazji rozmontowuje niepokojący ruch społeczny, z którego może wyjść faktyczne zagrożenie w przyszłości, czyli KOD (nie wierzę, że faktury Kijowskiego są znane od kilku dni). Opozycja niczego nie zyskuje, poza wiedzą, że rządzący wciąż są monolitem gotowym do politycznej walki, z podzielonymi ambicjami liderów przeciwnikami. Co prawda, to ważna lekcja, ale zazwyczaj takie się przesypia.

Koalicja będzie miała swoją próbę. Za kilka miesięcy gdy do milionów rodziców, zwłaszcza z regionów zdominowanych przez elektorat PiS dotrą nie zapowiedzi, ale konkretne konsekwencje reformy oświaty. Liczę, że koszty oświatowej reformy już są kalkulowane i wymyślane sposoby na zatrzymanie dość pochopnie poruszonej machiny, która może przekreślić w wielu środowiskach efekt 500 plus.