Wszystkie wpisy, których autorem jest Grzegorz

Dobro i zło

Nie da się udawać, że się nie ma niczego do powiedzenie w sprawie zawieruchy po przyjęciu ustawy o IPN. Wypowiadać się można, a nawet należy, ale z pełną świadomością konsekwencji, co dotyczy nie tylko polityków, ale także publicystów, a może nawet bardziej tych drugich, bo pierwszych można wytłumaczyć dyplomacją lub jej brakiem, a drudzy mają obyczaj zmieniać zdanie w zależności kto aktualnie im płaci.

Niezmiennie od lat stronię od zero jedynkowej metodologii w pisaniu o przeszłości. Wybaczam zaangażowanym regionalistom patrzenie na przeszłość przez pryzmat pojedynczych wydarzeń, czy postaci, bo wartością w przypadku ich pracy jest opisywanie spraw jednostkowych umykających podczas procesu tworzenia syntez na potrzeby wyciągnięcia wniosków na poziomie narodu czy państwa.  Praca regionalistów, jakkolwiek posiadająca walor bezcenności, stroni dość często od ogólnego kontekstu, i zazwyczaj emocjonalnie nacechowana. Wyciąganie na jej podstawie wniosków ogólnych  jest uznane za dyskwalifikujące

Skąd ten wstęp? Ano dyskutanci zamiast faktami i wynikami badań historycznych, przerzucają się jednostkowymi wydarzeniami, które zapewne miały miejsce, ale też są trudne do weryfikacji w czasie rozmowy. Do tego dochodzą emocje i polityczne kalkulacje. W efekcie nie ma żadnego dialogu, tylko jatka. I zarzut ten odnoszę do wszystkich uczestników sporu, sam próbując się od niego dystansować, bo jakkolwiek zawodowo specjalizowałem się w okresie 1939 – 1948, to problematyka relacji polsko-żydowskich nie zajmowała poczesnego miejsca. Czemu? A z dość prozaicznego powodu. Był to temat zawsze budzące niezdrowe emocje, a naukowe opracowania jeszcze 20 lat temu traktowano jako niszowe. Jakkolwiek to zabrzmi, to dzięki Sąsiadom T. Grossa podjęto bardzo intensywne profesjonalne badania  historii polskich Żydów, nie tylko w kontekście holokaustu. Niestety wyniki tych prac nie są uwzględniane w tym co ja rozumiem jako politykę historyczną , czyli w rzetelnym informowaniu polskiego społeczeństwa o faktach i skali poszczególnych zjawisk, a jednocześnie burzeniu mitów i fałszywych kalek tworzonych przez historiografię i propagandę zewnątrzną.

To prawda, że prawda obroni się sama, ale żeby tak się stało ona musi być zbadana, opisana i zaprezentowana do powszechnej świadomości. Prawda nie bywa zawsze wygodna, ale jeśli ją będziemy rasować, to po prostu przestanie być prawdą i stanie się kłamstwem.  Nie potrafimy pisać, mówić, myśleć o relacjach polsko – żydowskich. Przykład? Mówimy o 6 mln polskich ofiar II WŚ. Połowa z nich to polscy Żydzi, których zagłada traktowana jest przez obie strony całkiem oddzielnie, więcej w naszej świadomości to są jak gdyby dwie różne historie. Tymczasem to się działo jednocześnie, może według dwóch planów, ale w tym samym miejscu i czasie, z udziałem tych samych ludzi.

W czasie II WŚ zginęło 6 mln obywateli polskich w tym 3 mln wyznawców judaizmu, z których duża część czuła się Polakami.  Praprzyczyną problemu z jakim mamy dziś do czynienia, niezależnie po której sporu stoimy i co o nim myślimy, jest nierozwiązany zarówno przez nas Polaków, jak i stronę Izraelską dylemat jak zdefiniować Żydów zamieszkujących Polskę przed 1939 r. Czy to był inny obcy naród, czy tylko wyznawcy innej religii, wspólnota kulturowa etc. Najlepszym dowodem na to jest konsekwentne używanie zbitki polsko – żydowskie. To Polak nie mógł być starozakonnym, a Żyd chrześcijaninem? Bracia von Krokow z Krokowej walczyli w 1939 r w dwóch armiach polskiej i niemieckiej. Ani jednemu ani drugiemu nie odmawia się polskości i niemieckości.

Spór, z którym mamy do czynienia nie tylko pomiędzy Polską a Izraelem, Polską a społecznością żydowską na świecie, nigdy nie zostanie zażegnany, jeśli wszystkie strony nie stworzą wspólnych definicji rzeczy elementarnych. Dla Niemców Żydem konsekwentnie był każdy potomek innego Żyda do określonego stopnia pokrewieństwa, również ten, który uważał się za Polaka, a jednocześnie wyznawał dowolną religię. A dla nas? Mówimy Żyd, myślimy … . Myślimy to co do nas dotrze wraz z jakąś wiedzą. Dla jednych to będzie kwestia wyznania, dla innych narodowości, polityki, mentalności, czy interesu, ale ten rozrzut skojarzeń tylko potwierdza moją tezę, o braku definicji oraz szczerej opartej na solidnej podstawie naukowej rozmowie. Bez tego będziemy mieli do czynienia ze wzajemnymi atakami, posądzeniami, lękami, żądaniami. Ludzie pamiętają jak wyglądało to bohaterstwo i szmalcownictwo, ale ta pamięć dotyczy jednostkowych przypadków. Historycy już prawie ujęli to w skalę i jednocześni szczegółowo opracowali okoliczności, co sprawia, że potrafimy zrozumieć te liczby. Prawda prowadzi do wzajemnej empatii. Empatia pozwoli nam zrozumieć, rzecz dotyczy 6 mln  ofiar. Przestańmy je dzielić. Lektura choćby donosów na gestapo, czy ubecję, albo współczesne nam wpisy na internetowych forach pokazuję dobrych i złych ludzi. Zbrodniarzy i ofiary.  W jednym i drugim przypadku rzecz dotyczy konkretnych  ludzi, a ich wyznanie i narodowość okazuje się rzeczą wtórną. Mordowali ludzie, ludzi, a wyznanie czy narodowość było tylko pretekstem.

Bóg nie stworzył człowieka jako Żyda, Polaka, Niemca, Eskimosa. I Bóg nie będzie rozlicza nas z narodowości, lecz uczynków. Bycie Niemcem, Żydem, czy Polakiem nie będzie okolicznością łagodzącą.

31 Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale i wszyscy aniołowie z Nim, wtedy zasiądzie na swoim tronie pełnym chwały. 32 I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych [ludzi] od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. 33 Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie. 34 Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: „Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata!
35 Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść;
byłem spragniony, a daliście Mi pić;
byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie;
36 byłem nagi, a przyodzialiście Mnie;
byłem chory, a odwiedziliście Mnie;
byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie”.
37 Wówczas zapytają sprawiedliwi: „Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? 38 Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? 39 Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?” 40 A Król im odpowie: „Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”.
41 Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: „Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom!
42 Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść;
byłem spragniony, a nie daliście Mi pić;
43 byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie;
byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie;
byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie.”
44 Wówczas zapytają i ci: „Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie?” 45 Wtedy odpowie im: „Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili”. 46 I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego».

PS Tekst dedykuję szczególnie tym, którzy dziś mnie lub bardziej celowo starają się postawić po którejś z wielu stron konfliktu, zapominając o tym, że jeszcze kilka lat temu pisali i mówili coś zgoła odmiennego, a pozbawieni zdolności honorowych nie potrafią połknąć języka. Jak się czegoś nie wie, nie potrafi, nie umie, to się tym nie zajmuje.

Zgryz

Rezydenci i Minister Zdrowia odtrąbili koniec protestu. 6 % zamiast 6,8% choć „aż” rok szybciej niż zagwarantowane przez poprzednika. Podwyżka uposażenia chyba też naa identycznym poziomie co proponował poprzednik. Jedyna nowość to sekretarki medyczne, których liczby i kompetencji nie bardzo znamy, ale przypominają mi się czasy pań pracujących w rejestracji i porządkujących papierki po lekarzach. W prywatnych przyvodniach już takie osoby są od dawna. O co zatem ten szum i głodówki? Przecież minister Szumowski otworzył dorgę do klauzuli odpracowywyania studiów medycznych i specjalizacji, co akurat jako podatnik gorąco popieram nie tylko w tym zawodzie.
Nie pytam jak to porozumienie ma się do sytuacji pacjentów, bo jak dotąd żaden prostest lekarzy nie poprawił naszej sytuacji, a wręcz kończył się dłuższymi kolejkami, skracanymi przez wizyty w prywatnych gabinetach. Wciąż nikt nie ośmiela się przywrócić ulgi podatkowej na prywatne usługi medyków. Ulgi która funkcjonowała ledwie dwa lata zmuszając prywatne gabinety do propozycji „bez fakturki 20 % taniej”. Ogłoszone przez GUS średnje zarobki lekarzy w 2016 każą zapytać w co my tak naprawdę gramy w ochronie zdrowia? Czy ktoś kto raz był u dentysty uwierzy, że ten grzebiąc w naszej próchnicy i zgryzie ryzykując przyt tym dyskopatią robi do za 4600 zł brutto na miesiąc?

Zdaniem byłego belfra

Rzadko śledzę komentarze anonimowych internautów, bowiem jakoś nie przekonują mnie do siebie nawet Ci którzy bardzo rozsądne opinie kryją pod anonimowością. Niemniej dyskusja wokół zajęć w ferie w jednym z łukowskich liceów mnie zaintrygowała. Nie ma to co prawda otwartego chamstwa i agresji, ale rzuca się od razy ten znane mi z mojej paroletniej pracy w szkole hasło „nie rób więcej niż inni, bo oni tego nie lubią”.

Nie chce mi się pytać ile z tych „rodziców, studentów” są nimi rzeczywiście, a ile z nich to wkurzeni koledzy belfrów. Zakładając nawet, że część uczniów rzeczywiście woli na 100 dni przed maturą leżeć przed telewizorem do południa, a potem szukać sposobu by dotrwać do następnego dnia, że nie każdy widzi się na medycynie, a część być może zamiast konsultacji woli płatne korepetycje, które zaczyna się dawać już w szkole podstawowej, to zbyt wiele tych wpisów ma dziwnie spójną linię i stylistykę.

Znajomi nauczyciele znów krzykną, że się ich czepiam, że nie doceniam, że zapomniałem jak byłem jednym z nich, ale pozwólcie, że wspomnę swe dzieciństwo spędzone między szkołą a kościołem w Domu Nauczyciela. Moi rodzice byli dwuprzedmiotowcami i do 1981 pracowali sześć dni w tygodniu po 26 g pensum plus 13 godzin nadliczbowych a tata jako dyrektor szkoły miał ich 20. Nie miał sekretarki, pedagoga, ale za to dwa stopnie wizytatorów, którzy odwiedzali szkołę kilka razy do roku, bynajmniej w celach nie towarzyskich. Do mojej szkoły chodziło około 200 dzieci, a uczyło ją 8-9 nauczycieli, z których każdy miał co najmniej Studium Nauczycielskie. Wakacje zaczynały się w ostatni piątek czerwca, ferie wprowadzili pod koniec lat 70 tych. Nie było komputerów, nauczyciele jeździli na wycieczki, mieli kółka, SKSy, mnóstwo papierów do ręcznego wypisania, klasówki do sprawdzenia. Mam prowadziła jeszcze bibliotekę i co roku trzeba było wciągnąć masę nowych książek. Wakacje zaczynali gdzieś dwa tygodnie po końcu roku szkolnego, a rok szkolny zaczynała rada pedagogiczna na dwa tygodnie przed 1 września. Kiedy porównuję zakres wiedzy jaką mieli nam do przekazania, to obecni uczniowie mogą tylko odetchnąć z ulgą, ze to se nevrati. Skończyłem małomiasteczkowe liceum z którego jestem dumny i bez korków dostałem się na oblegane studia niezgodne z kierunkiem klasy. Z matematyki miałem dobry, ale dziś maturzyście nie drżą przed całkami, czy macierzami. Zadaniami z założonym błędem, który trzeba było znaleźć. Na studia można było zdawać raz do roku i to na jeden kierunek, korki dawali tylko doktorzy z uczelni, bo np. na filologię germańską na UMCS było 15 miejsc.

Do czego zmierzam. Myślę, że polska oświata jest bardzo chora i w każdym aspekcie. To nie tylko efekt spartaczonych reform, ale także dużo w tym winy nauczycieli. Polską szkołę należy podnieść, ale trzeba sobie zdać sprawę, że bez sensownego podniesienia wymagań, nie wzrosną ani płace, ani prestiż i szacunek do tego zawodu.

My naród?

Nie urodziłem się, ani nie wychowałem się w mieście, w którym mieszkam w sumie połowę swego życia. Jego historię poznawałem jak dziesiątki innych. Z perspektywy zawodów, który wykonuję. Tu zaczynałem swoją niezbyt długą pracę nauczyciela historii. Włócząc się po okolicy odkrywałem kolejne intrygujące okruchy przeszłości. W tym czasie nie istniał internet, a regionaliści dopiero zaczynali zbierać pamiątki, spisywać wspomnienia świadków historii, którzy czasami jeszcze z lękiem nie opowiadali bajek, ale sięgali po żywe w nich wspomnienia. Nie było jeszcze kamer, rekorderów, którymi można by te wspomnienia zarejestrować. A szkoda, bo dziś wielu amatorów tworzenia mitów i burzenia pomników, miałoby zdecydowanie trudniej mącić ludziom w głowach. Należę do ostatniego pokolenia, które nie przeżywszy II WŚ miało szansę o niej usłyszeć od autentycznych jej uczestników. Przeżyliśmy też rodzenie się pierwszej Solidarności, stan wojenny i narodziny demokracji. Może dlatego historia nie jest dla nas kwestią tego na czyje zamówienie jest pisana. Nie jest też czarno – biała. Nie stawiamy bezmyślnie nowych pomników, nie garniemy się do burzenia starych.  To nie jest dziś popularna postawa. Patrzenie na przeszłość z dystansu jej doświadczenia nie jest mile widziane. W dobie ultra szybkich mediów i nie ma czasu na dystans. Młodsi od nas chcą wszystkiego, także ocen, szybko, na już. Nie trzeba mówić, że to oznacza daleko idące uogólnienia. Nie ma drogi odwoławczej. Raz wydany wyrok, jest ostateczny. Wobec skomplikowaności materii ludzkiego życia, przyczynia się do pogłębiania podziałów. Historia przestaje na naszych oczach być ostatecznym i niepodważalnym kryterium wyznaczającego wspólnotę narodową, cofając nas do czasów plemiennych.

Łatwość z jakim cofamy się o całe tysiąclecie jest tym bardziej przerażająca jeśli przekonamy się, że najbardziej wrażliwe, najmłodsze pokolenie karmione biało czarną papką, przestaje być nią zainteresowane. Przyjmuje proste kalki za pewniki i bezkrytycznie je powiela lub pozostaje wobec nich obojętnymi. O przeszłości nie usłyszą już prawdy od rodziców, bo ci jej nie znają. Dziadkowie, świadkowie nie zweryfikują pisanych na zamówienie podręczników i politycznych artykułów. Nie czując więzi jakie narzuca wspólna przeszłość, zobojętnieją na teraźniejszość. Dezintegracja będzie postępować szybciej niż w czasach szczytu rusyfikacji i germanizacji, bo zamiast polskości czeka nas nijakość.

prawie 30 lat temu na Łapiguzie odkryłem zarośnięty wojskowy cmentarz z czasów I WŚ i wojny z Sowietami.  W dzień wagarowicza z pierwszą klasą moich wychowanków poszliśmy tam z grabiami i farbą. Niezdarnie odsłoniliśmy krzyże, których nie zniszczyła komuna, poprawiliśmy farbą litery. Do dziś moi uczniowie twierdzą, że bywają tam regularnie. Dobrowolnie, bo czują związek z tym miejscem. Ilu dzisiejszych sześcioklasistów za 30 lat odwiedzi to miejsce?

Zostanę anarchistą

Przez większość swego życia wydawało mi się, że cieszę się wolnością. Mogę myśleć, mówić, robić praktycznie wszystko, a jedyne ograniczenia wynikają wyłącznie z moich zdolności i możliwości. Nawet w komunie czułem się wolny na swej wewnętrznej emigracji, tworząc sobie mały, prywatny światek, do którego mogłem zapraszać kogo chciałem. Nie ze względu na wiek, który ma swoje prawa i narzuca nowe ograniczenia, ani też nie z powodu tej czy innej konkretnej władzy, coraz mocniej odczuwam utrat ę tego romantycznego poczucia osobistej wolności, którą ogranicza mi się pod różnymi pozorami, równie często, co przewrotnie tłumaczonymi troską o … moje dobro, wolność, bezpieczeństwo.

Nie ma we mnie przekonania obrońców słusznych praw kobiet, że świat sam z siebie powinien szanować moją nietykalność i miliony kamer śledzących już niemal mój każdy krok poza moim mieszkaniem, w jakimś sensie gwarantują mi, że w przypadku napaści wzrasta szansa na złapanie złoczyńcy. Poczucie odwetu na złoczyńcy, nie przywróci mi zdrowia, czy życia. Niemniej bardziej mnie uwiera ta świadomość ciągłej obserwacji, analizy moich zachowań, także pod kątem traktowania mnie, jako potencjalnego zagrożenia dla innych. Tak. Jesteśmy ciągle podejrzanymi o wszelkie bezeceństwa i bardziej chodzi o to by nas na nich złapać niż przed nimi ochronić. Ilość narzędzi, które służą zbieraniu o nas informacji i instytucji, które bez żadnej naszej kontroli, a nawet świadomości te informacje przetwarzają przerasta naszą wyobraźnię. To nie jest kwestia adresu, stanu cywilnego, numeru buta, czy nawet stanu zdrowia. To są informacje, które tylko z pozoru są pod naszą kontrolą. Kilkadziesiąt służb i instytucji państwa, tysiące firm codziennie przejmuje i przetwarza wiedzę na nasz temat, które być może zdradzamy tylko w konfesjonale, gdzie, co prawda wciąż obowiązuje tajemnica spowiedzi, ale dotyczy ona wyłącznie naszej relacji z kapłanem. 99 procent naszych grzechów jest już skatalogowanych w zasobach państwa oraz firm, które dzięki nim mogą docierać do nas z najbardziej wyrafinowanymi ofertami. Zasadniczo nie ma w tym żadnych ograniczeń i tylko krucha litera prawa chroni nas jeszcze przed wykorzystaniem tych informacji w sposób, który uczyni z nas niewolników. Od lat przywykłem do myśli, że moje rozmowy telefoniczne mogą być rejestrowane dla zachowania tzw. Bezpieczeństwa publicznego. W sumie przecież niczego złego w nich nie ma, a nawet gdyby to przecież prawo mówi jasno, że nie mogą być one użyte w procesie przeciw mnie. Ale cóż to. Panowie i Panie od Sowy też, jeśli zdawali sobie sprawę, że są nagrywani, też czuli się bezpieczni. Przecież nikt teoretycznie nie może nagrywać prywatnych rozmów nawet osób publicznych, a tym bardziej ich publikować. W sumie prawo tego zabrania. I co z tego? Czy ja sobie życzę by gigant internetowy nie tylko zbierał, ale analizował, czego szukam w Internecie i na podstawie tego tworzył mój profil konsumencki? Jakie mam przesłanki, że pewnego dnia ktoś nie sprzeda tych informacji, a te odpowiednio spreparowane nie zmuszą mnie do robienia rzeczy, których nie chcę? To nie są spekulacje, urojenia, czy teoretyzowanie. Czy ktoś z Państwa dał radę wymazać swój numer telefonu od namolnie oferujących różne usługi? Kto w Polsce chroni nasze prawa konsumenckie, gwarantuje bezpieczeństwo danych? UOKiK i GIODO? A jaki mamy do nich dostęp?

Sprowadzenie mnie do cyfrowego do poziomu długiego szeregu zer i jedynek, to coś, z czym można sobie jeszcze jakoś poradzić. W sumie w sercu Jaty mam jeszcze poczucie, że cały świat nie ma do mnie dostępu. Gorzej jest z nieznośnym poczuciem utraty wolności słowa i myśli, jakie od lat fundują nam nasze polityczne elity wszelkiej maści. Pisząc felietony w studenckiej rozgłośni w schyłkowej komunie w sumie nie musiałem się zbytnio hamować. Wiadomo, że jako element wrogi nie miałem szans na pracę w ówczesnych mediach państwowych, a więc co najwyżej mogłem dostać zakaz obrażania uczuć ludowej władzy, która na takich jak ja młodzików patrzyła raczej przez palce i z politowaniem., co z kolei dawało mi dość dużą swobodę. Jeszcze więcej wolności było w czasie rozmów w kręgu znajomych. Wystarczyło zachować zasady dobrego wychowania i można było powiedzieć wszystko. Ktoś powie, dziś także. Naprawdę? Chyba nie ma nic gorszego ponad to, do czego doprowadził konflikt dawnych przyjaciół, jak to skuteczne pozbawienie zdecydowanej większości Polaków prawa do posiadania własnego zdania. Zwrócenie uwagi na oczywiste błędy u uchybienia z miejsca ustawia nas po jakiejś stronie i bezpowrotnie zamyka możliwość zmiany. Nikogo nie interesuje racjonalność, logika, przyzwoitość. Jak się raz nie opowiesz, ale tylko zwrócisz oczywistą uwagę, albo pochwalisz, to na sto procent jesteś lemingiem, albo oszołomem. Każdy musi być do czegoś zapisany i zaliczony, albo stanowić milczącą większość, bez prawa do głosu. Ten szantaż stosowany przez jednych i drugich niszczy wolność słowa i wypowiedzi. Posiadanie własnych poglądów, zdania pozbawia nie tylko części praw obywatelskich, ale co gorsza daje pretekst do bezpardonowego ataku dworu klienteli przyssanych do tego czy owego stołu, broniących swego stanu posiadania. Donosicielstwo, niszczenie godności poprzez bezpardonowy hejt w Internecie znany niegdyś, jako ostracyzm, niszczy nie tylko [publiczna debatę, ale i społeczeństwo, sprowadzając nas do roli milczących baranów prowadzonych na rzeź.

Nie chcąc żyć w świecie, w którym Wielki Brat Orwella byłby miłym misiem z okienka, ani tym bardziej stracić zdolność samodzielnego myślenia i jego werbalizacji, coraz bliżej mi do ludzi z kręgu darknetu, który z miejsca handlu bronią i prochami, staje się przestrzenią wolności słowa i myśli. Stąd już tylko krok bym na starość został konserwatywnym anarchistą.

 

 

Koniec dowolnej miłości?

Przez lata zastanawiałem się czemu zadeklarowane i walczące feministki plus wspierających ich panów nie drażniło sprowadzanie przez show-biznes kobiety do postaci skąpo odzianej istoty, której zadaniem było skłanianie do wyboru pomiędzy masłem a margaryną lub zadawalającej chucie tzw. macho, czyli gromady niedojrzałych emocjonalnie lub wprost nieco wybrakowanych fizycznie i psychicznie facetów. Branże reklamowa, rozrywkowa i porno żerowały na kobietach bezwzględnie czyniąc z nich w najlepszym przypadku bezwolne wieszaki na ubrania, bez głosu najmniejszego sprzeciwu sufrażystek. Więcej słyszało się o obrońcach zwierząt futerkowych, czy walczących o prawa Indian amazońskich, niż o tych którzy by protestowali przeciwko konkursom na Miss wszelakie. Nikt nigdy nie ukrywał, że choćby na ten wielki  i mały ekran najkrótsza droga wiodła przez łóżka producentów, reżyserów, sponsorów czy aktorów. Ba kolorowe magazyny na pierwszych stronach umieszczały gorące romanse na planach zdjęciowych, czy zmiany partnerów gwiazd telewizyjnych anten.  Seks był wpisany niemalże w konstytucje świata reklam i rozrywki. Owszem od czasu do czasu ktoś kogoś oskarżył o molestowanie, nadużycia wobec nieletnich, narkotyki etc. Sprawa znikała z gazet zaraz po pierwszej ugodzie z pokrzywdzonymi, suto opłaconej przez kolejną gwiazdę. Ile spraw było sfingowanych, a ile nawet nie ujrzało światła dziennego nie wiadomo. Faktem jest to, że oprawcy spokojnie odbierali kolejne nagrody, podpisywali kontrakty i rozdawali  miliony zdjęć fanom, uczestniczyli w kolejnych upojnych przyjęciach, szaleństwach na jachtach, epatując półnagimi ciałami, ustanawiając kolejne wzorce szczęścia i sukcesu. Sukces był przepustką do szczęścia. A szczęście to wolność i dowolność, także ta zahaczająca o ból i przemoc. Wielkim można było więcej, Roman Polański latami unika odpowiedzialności chroniony nie tylko przez adwokatów, ale i rządy państw. Biznes jest biznes. Pieniądz, który można było zarobić na kolejnym filmie, reklamie była ważniejszy niż człowiek.

I oto niemal z dnia na dzień na naszych oczach dokonuje się coś na poziomie przewrotu kopernikańskiego. Nikt nie tylko nie broni Kevina S ., ale nie waha się wyrzucić mnóstwo pieniędzy za usunięcie go ze zmontowanego już filmu, zakończyć legendarny serial. Spacey staje się początkiem serii. Producent, aktorzy, dziennikarze, politycy. Dzień po dniu, konferencja po konferencji. Tak zmienia się świat nie tylko „szołbiznesu”. Padają mity, pomniki. Rewolucja seksualna wydaje się ponosić klęskę. A świat uważany za lewacki  i postępowy staje … pruderyjnym i konserwatywnym obyczajowo.  Czyżby czeka nas powrót epoki wiktoriańskiej? Golizna zniknie z reklam, swoboda obyczajów z rozrywki? Tak, ale pod warunkiem, że da się to przeliczyć na pieniądze. Wolność seksualna być może już się przejadła Być może pokazano już wszystko i zarobiono na tym pieniądze. Być może czas na inne emocje, inne wartości. Być może ktoś to przeliczy i zadecyduje co przyniesie więcej kasy. Tego ja nie wiem, choć cały czas czekam na nasze polskie wyznania. Na podjęcie śledztwa w sprawie pedofili na Dworcu Centralnym, ujawnienie listy klientów dilera celebrytów. Czekam nie dla zaspokojenia jakiejś żądzy sensacji, ale by zrozumieć zawrotne kariery nie tylko w świecie polskiej rozrywki, ale i polityki.

Króliki

Zaiste nie wiem kto jest doradcą ds. wizerunku Jego Książęcej Mości  Ministra Zdrowia, ale jeśli ktoś taki istnieje, to jest na podwójnej gaży. Minister Radziwiłł ze zdumiewającą łatwością zmierza do gabinetu kolegi o specjalności chirurg – ortopeda. Nogi ma totalnie postrzelane, więc zaczął szukać miejsca wyżej. Kampania mająca skłonić mnie bym jak królik dbając o zdrowie był prokreacyjny, jest delikatnie rzecz ujmując obarczona tyloma kontekstami, skojarzeniami, że z pewnością będzie płodnym (to nie jest przejęzyczenie) tematem niedwuznacznych dowcipów i kabaretowych skeczy.  Osobiście jako niegdyś nieletni  hodowca w  królików śmiem zauważyć, że to nie Pan królik, ale Pani królikowa zdolna jest nie w ciągu życia, ale ledwie roku urodzić w kilku miotach nawet 70 królicząt. Pan królik, nie praktykujący monogamii, może się szczycić kosmicznymi jak na ludzką wyobraźnię wynikami. Tym samym żyjącemu w wieloletnim ludzkim stadle monogamicznym przychodzi zadać pytanie Jego Króliczej Mości, jak mam naśladować owe króliki? Gryźć marchewkę z cudzych grządek, kicać po łąkach i … trzy kropki zostawiam Państwa wyobraźni. Mojej już po pierwszym obejrzeniu przesłanie „kto, jak kto, ale my króliki wiemy, jak zadbać o liczne potomstwo. Jeśli chcesz kiedyś zostać rodzicem, weź przykład z królików ” wystarczy do awansu Ministra z Księcia na Król(ika).

A na poważnie.  Szkoda, że ta „szutka” kosztuje nas 2,7 mln złotych, które wydane na leczenie bezpłodności  przyniosłoby radość może nie kilkuset tysiącom, ale kilkuset ludzkich par.

Prohibicja

Grupa posłów PiS proponuje zmiany w ustawie o wychowaniu w trzeźwości. Wśród wielu raczej przemilaczanych zmian najgłośniej dyskutuje się o zakazie sprzedaży alkoholu między 22 a 6 rano. Zakazu, którego zasadniczo … nie ma, bo ustawa daje wyłącznie możliwość wprowadzenia ograniczenia samorządom i to tylko odnośnie punktów handlowych. Żeby było jasne uważam, że takie rozwiązanie jest jak najbardziej logiczne i godne wsparcia. Samorządy najlpeiej znają problemy swych mieszkańców, wiedzą też czy wogóle ktoś sprzedaje legalnie alkohol po 22.00 ( mam nadzieję, że „ofiarą” padną stacje benzynowe sprzedające nie tylko paliwo autom). Prohibicja nie będzie całkowita bo ustawa nie zajmuje się lokalami gastronomicznymi, gdzie można spożywać do oporu i … Parlamentem RP, gdzie nadal legalnie każdy poseł, senator i jego goście mogą kupować i pić każdy alkohol. Zaiste nie rozumiem dlaczego Sejm i Senat RP oraz nasi wybrańcy (bo nie pracownicy) mogą robić to co jest teoretycznie zakazane każdemu z nich w innym miejscu. Teoretycznie bo przecież nikt nie odważy się podać alkomatu posłowi w czasie wizyty w szkole lub podczas podróży, kiedy pijanego może wywalić każdy kierowca, czy konduktor.  Tłumaczenia o szczególnych warunkach pracy, gościach etc. to dziecinada. A twierdzenie, że w tej kadencji nikt nie widział na sali posłów pod wpływem brzmi jak clintnowskie „ale się nie zaciągałem”. Inna sprawa, że trudno inaczej pojąć niektórych zachowań naszych dzielnych reprezentantów narodu.

Na oddzielny tekst zasługuje wytyczne co do profilaktyki, ale o tym najlepiej gdy wypowiadają się specjaliści tj, policjanci, lekarze, rodziny alkoholików, a w najmniejszym stponiu ci co walczą z chorobą i jej skutkami ulotkami i wykładami.

 

Fala hejtu

Krótko.

Ktoś ni to mądrze ni to głupio napisał, że PBS (Premier Beata Szydło) wywołuje falę hejtu wobec lekarzy rezydentów.  Inny zaś stwierdził, że PiS hejtuje sędziów, ktoś o hejtowanie Kościoła i księży oskarżył opozycję, a następny nienawiść do żołnierzy wyklętych przypisał każdemu kto prosi o spokojne podejście do tematu  etc. Sam oberwałem za wpis o tym, że powszechny dostęp do broni w Polsce to słaby pomysł.

Zanim zostanę shejtowany za ten wpis pozwólcie, że zapytam nas obywateli, czy jest wśród nas jakaś grupa zawodowa, społeczna, polityczna etc. której nie hejtujemy?

Nie lubimy sędziów, prokuratorów, policjantów, nauczycieli, polityków, samorządowców, urzędników, lekarzy, pielęgniarzy, budowlańców, rolników, mechaników, akwizytorów, handlowców, klientów, pacjentów, petentów, uczniów, rodziców, kobiet, mężczyzn, dzieci, staruszków, leśników, ogrodników, grzybiarzy, wczasowiczów, kierowców, pieszych rowerzystów, kolejarzy, taksówkarzy etc, etc, etc

Nie lubi ich społeczeństwo złożone z sędziów, prokuratorów, policjantów, nauczycieli, polityków, samorządowców, urzędników, lekarzy, pielęgniarzy, budowlańców, rolników, mechaników, akwizytorów, handlowców, klientów, pacjentów, petentów, uczniów, rodziców, kobiet, mężczyzn, dzieci, staruszków, leśników, ogrodników, grzybiarzy, wczasowiczów, kierowców, pieszych rowerzystów, kolejarzy, taksówkarzy etc, etc, etc

Ludzie lubcie się choć trochę nie tylko na wiosnę.

 

Człowiek spoza układu.

Przez osiem lat swych rządów Platforma Obywatelska swych rządów, wytykała Prawu i Sprawiedliwości obstrukcję wszelkich ponad partyjnych spotkań, czy inicjatyw. PiS przyjął konsekwentną politykę odmawiania legitymowania swą obecnością władzy, z którą organicznie się nie zgadzał.  PO nie sprawiała wrażenia szczególnie tym faktem zmartwionej, ale dla jakości życia publicznego tego typu postawy są co najmniej degradujące. Dziś Prawo i Sprawiedliwość nazywa swą opozycję totalną, a ta stara się odróżnić od rządzących obstrukcją. Gdyby nie fakt, że rzecz dotyczy naszej Ojczyzny, można by uznać takie relacje za niedojrzałe i śmieszne. Niestety dotyczą one ludzi podejmujących codziennie tysiące decyzji mających wpływ na nasze, obywateli życie.

Politykom PO wydaje się, że przyjęcie postawy PiS sprzed dwóch lat, sprawi, że za następne dwa lata znużony obecnymi rządami elektorat padnie na kolana i powierzy im władzę nad sobą. Stosowanie w politycy prostych analogii, to prosta droga do klęski. PiS rzeczywiście było twardą opozycją, bo tego oczekiwał jego elektorat, uznający każdy kontakt z władzą PO-PSL za ocieranie o zdradę. Wyborcy PO mogą równie nienawidzić obecnej władzy, ale oczekują od swej partii choćby pozorów konstruktywności, a przede wszystkim inicjatywy. A z tym akurat PO ma więcej niż kłopot.

PiS nie jest partią bezbłędną. Ba, popełnia seryjne błędy i co gorsza zdarza się mu w nie bezkrytycznie brnąć. Szczzególnie boli powielanie poprzedników i to rozkoszne tłumaczenie, że tamci też robili to samo. Jednak przy takiej opozycji jakiej przewodzi PO można pozwolić sobie na nawet o wiele za dużo. Platforma nie jest opozycją totalną. Platforma jest opozycją totalnie nieporadną, a czasami nawet śmieszną, do tego stopnia, że warto postawić pytanie, kogo dziś reprezentującą. Nie mam tu namyśli skojarzeń politycznie zaangażowanych kolegów po piórze, którym w głowie wyłącznie poszukiwanie zagranicznych mocodawców i powiązań. Tymże polecam czasami zimny kompres na głowę, bo pianie zachwytów na przykład na sukcesem AfD, czy Brexitem, M. Le Pen  nie świadczy o przenikliwości poglądów, a o bardzo wielkiej krótkowzroczności. Choć na marginesie szczyty w tej kwestii zdobywa europoseł Czarnecki, który ostatnio błysnął komentarzem, że Merkel i Macron ponieśli w wyborach klęski bo krytykowali Polskę. Cóż, jednak spodziewać się po człowieku, który zanim został eurodeputowanym PiS, zdążył być parlamentarzystą ZChN i Samoobrony i nie widzi  nic zdrożnego w moralizowaniu innych, czy w wspieraniu politycznej kariery najbliższych.  Tolerowanie nie tylko takich wykwitów politycznej przenikliwości wcale nie ujmuje PiS zwolenników, ale systematycznie powiększa ich grono. Dlaczego?

Czy Polacy, a głównie zwolennicy Prawa i Sprawiedliwości są pozbawieni wrażliwości i umiejętności oceny rzeczywistości? Oczywiście, że nie. Bardzo duża grupa moich znajomych, którzy jeszcze dwa lata temu ostro dopingowali partię J. Kaczyńskiego, dziś wraca do tego bardzo niechętnie, to nie oznacza, że od tej partii się odwrócili, czy zmienili sympatię. Oni nie mają żadnej alternatywy. I nie chodzi o wielkie rowy wykopane pomiędzy partiami, Polacy w większości w dniu wyborów podejmują bardziej racjonalne decyzje niż się partyjnym spin doktorom się wydaje. Dziś o sile PiS nie decyduje program 500 plus (którego nikt nie ośmieli się przez co najmniej 10 lat dotknąć, aż zabije go inflacja), ale bezczynność opozycji, która nie ma lidera, pomysłu, energii by wykorzystać rozliczne okazje. Charyzmatyczność Schetyny, Petru, Kosiniaka, a nawet Kukiza są przedmiotem skeczów kabaretowych, a nie bólu głowy J. Kaczyńskiego i trudno sobie dziś wyobrazić coś co by to mogło zmienić. Niemniej prezes PiS wie, że ten stan nie będzie trwał wiecznie i bliższej lub dalszej perspektywie, albo wewnętrzne konflikty, albo całkowicie przypadkowy trybun ludowy mogę zmieść obecną władzę. O ile konflikty wewnętrzne można kontrolować, o tyle tego drugiego w czasach mediów społecznościowych się najzwyczajniej nie da. Tak jak nikt dziś nie wie kim będzie, kogo będzie reprezentował, na jakiej fali niezadowolenia wypłynie, tak można spodziewać się tego kogoś i mieć pewność, że nie będzie to żaden z obecnych liderów partii opozycyjnych, a nawet można założyć, że nie będzie to człowiek z nimi związany.

Opozycyjni liderzy marzą by w ich przypadku ziścił się sen i polskim Macronie. J. Kaczyński ma i w tym względzie przewagę nad nimi, bo Macron jest we Francji zjawiskiem wtórnym. Polska wykreowała kogoś kto jest pierwowzorem Macorna. Jeśli dokładnie porównać okoliczności karier politycznych i efektowych zwycięstw prezydentów Polski i Francji łatwo dostrzec kto był pierwszy. Polska demokracja przyspieszyła i czeka na człowieka totalnie spoza obecnego układu.