Wszystkie wpisy, których autorem jest Grzegorz

Tylko powiedz o tym wszystkim

Przyznam szczerze, że z ciężkim sercem zaczynam ten post, ale milczenie w temacie poruszonym w filmie „Tylko nie mów nikomu” nie jest też wyjściem, zwłaszcza, kiedy obserwuję wzmagającą się falę dyskusji, po co Sekielscy zrobili ten film, a brakuje mi forum wymiany poglądów, co rzeczywiście możemy i powinniśmy zrobić. Proszę tego postu nie traktować, jako stawianie się w roli recenzenta Kościoła hierarchicznego. Jestem tak samo odpowiedzialny za Kościół jak każdy kapłan i moja tego świadomość nie pozwala mi się czuć zwolnionym za jakąkolwiek winę jego członka. Nie zgadzam na się łatwiznę w postaci stawiania się przez wielu z nas na pozycji rozgoryczonego wiernego, który raptem otrzymał okazję do wykazania się swoją wyższością nad innymi grzesznikami. Grzech pedofilii jakkolwiek jest wstrętny, okrutny i godny najwyższego potępienia, nie jest jedynym, będącym udziałem każdego z nas. Grzech jednego ze współbraci, nie oznacza rozgrzeszenia nas z własnych win i niedoskonałości, a na pewno też nie daje nam prawa do ferowania sądów i wyroków wobec innych bez konieczności spojrzenia na własne dokonania. Wręcz przeciwnie. Właściwie oceniając ten grzech mam obowiązek pracować nas własną niedoskonałością, a nie zajmować się pozycję celnika z synagogi, który z górą patrzył na korzącego się przed Bogiem biedaka.

Na początek kilka wątków do przemyślenia dla dywagujących na temat celów, jakie kierowały Sekielskimi.

Kto jest bez grzechu niechaj … .

Dlaczego ten dokument nie powstał w żadnym katolickim studiu produkcyjnym, skoro nikt dziś nie ma wątpliwości, co do autentyczności wydarzeń tam przestawionych, ba nikt nie próbuje się podważać uczciwości warsztatu? Skupmy się może nad pytaniem, dlaczego nie my? Czy naprawdę nigdy te kwestie nie były nam znane? I co zrobiliśmy, jako ludzie wierzący by się im zapobiec? Czemu zajmujemy stanowisko dopiero ktoś z zewnątrz Kościoła podnosi problem i zamiast pokornie się zająć jego rozwiązaniem, z całą pychą atakujemy tego, kto ważył się podnieść dywan i pokazać nam śmieci, które się pod nim znajdują?

Najważniejsze. Nie tylko problem pedofilii, ale każdy grzech, jaki popełnia członek Kościoła, jest problemem całej wspólnoty. Nic nie upoważnia nas dziś do atakowania księży popełniających najcięższe grzechy i ich zwierzchników, jeśli do tej pory wiedząc o nich grzecznie milczeliśmy. Demonstrowanie antyklerykalizmu czy rozczarowania dowodzi tylko płytkości w rozumieniu, czym jest Kościół.

Tylko prawda nas wyzwoli.

Do końca nie wiem, co możemy i powinniśmy zrobić poza skorzystaniem z daru, jakim jest droga pokuty. Jedno jest bezwzględnie pewne i niepodlegające dyskusji. Nie zdołamy tej sprawy oraz jej konsekwencji zamilczeć, ukryć przed światem i udawać, że nic się stało. Daremne jest, zatem oczekiwanie, że wystarczy sprowadzić rzecz do nazwania atakiem na Kościół i oczekiwać od wiernych zamknięcia się księżmi w twierdzy w celu przetrwania oblężenia, które za jakiś czas po cichu ustąpi i będzie jak dawniej. Myślę, że na 15 mln odtworzeń przypada jakieś 10 mln oglądających. To 10 mln ludzi, w których dokonał się swoisty wstrząs, który trudno będzie zapomnieć i przejść nad nim do porządku dziennego. Przykładem niech będzie list, jaki otrzymałem od małżeństwa prowadzącego dom rekolekcyjny. Ludzi bardzo mocno identyfikujących się z Kościołem. Poziom ich rozczarowania zaskoczył nawet mnie przywykłego do kontaktu z różnymi skrajnościami. Reakcji domagają się nie ludzie obojętni, czy wrodzy Kościołowi, ale najbardziej w jego życie zaangażowani. Myślę, że to oni powinni być sumieniem Kościoła. Ludźmi, którym powierzymy misję zgłębienia ujawnienia i oceny grzechów, jakie popełniliśmy, a które teraz będą wychodzić na widok publiczny czy tego chcemy czy nie. Pełna prawda, bez światłocienia, relatywizowania, ratowania jednostek w imię ich dotychczasowych zasług. Smuci mnie, gdy dzisiejsze grzechy staramy się ukryć za dokonaniami wielkich postaci naszego Kościoła. Za ofiarami księży z czasów zaborów, II WŚ, walki z komuną. Oni nie zasłużyli na to by za ich pomnikami kryli się grzesznicy. Kościół odegrał w historii naszego narodu rolę nie do przecenienia, ale to jest zobowiązanie do odpowiedniej postawy, a nie przesłanka do stosowania taryfy ulgowej.

Czy znajdzie wiarę …

Przestrzegając przed nieskutecznością postawy na przeczekanie, która skończy się przyspieszającą erozją autorytetu Kościoła, ucieczką wiernych w samodzielne poszukiwanie zaspokojenia potrzeby kontaktu z Bogiem, a na koniec z jakobińską w formie ingerencją zewnętrznych instytucji, pragnę przestrzec przed odruchowymi i nieprzemyślanymi reakcjami. Powoływanie jakiś komisji przez instytucje państwa w warunkach walki politycznej jest pogłębieniem i tak za dużego uzależnienia Kościoła od politycznych interesów poszczególnych partii. Jak nigdy dotąd potrzebujemy jednoznacznego i jednomyślnego komunikatu ze strony naszych hierarchów, którzy poza potępieniem grzechu wyznaczą kierunek i harmonogram działań zmierzających do ujawnienia każdego przypadku nie tylko pedofilii, ale i innych przestępstw karanych prawem cywilnym i kanonicznym. Koniecznym jest zamknięcie sprawy lustracji, która wyłazi i przy tej okazji. To przykład sprawy, która załatwiona we właściwym czasie pozwoliłaby zająć sprawą np. dwóch kapłanów z filmy Sekielskich znacznie wcześniej. Nie wątpię, że będzie to bardzo bolesne, ale i konieczne byśmy za kilka lat nie ocknęli się w pustych świątyniach bez kapłanów i wiernych.

Nie wiem, jaką formę ma przybrać ten wielki proces wyznania win nie przed światem, ale przed samymi sobą, bo to wyzwanie winniśmy temu, który oddał za nas swe życie i samym sobie, a nie mediom, czy politykom. Komisje w każdej diecezji z zadaniem zbadania każdego przypadku zgłoszonego przez kurię, parafię oraz indywidualną ofiarę z prawem wglądu do dokumentów? Może to jest jakieś wyjście, ale pojawi się sie problem, kto będzie je wybierał i czy będą one naprawdę zdolne do podjęcia bardzo trudnych i bolesnych problemów. Choćby te wątpliwości nakazują bardzo wielką rozwagę przy wyborze narzędzi i form rozwiązania kryzysu, z jakim bez wątpienia mamy do czynienia.

To, co możemy i powinniśmy dziś uczynić nie dla Kościoła, ale zdolności by odpowiedzieć Jezusowi, czy znajdzie wiarę, ponownie tu powróci, to nie dyskusja, po co Sekielscy nakręcili ten czy inny film, tylko, co w sytuacji ujawnienia naszych grzechów mamy do zrobienia. Dyskusji katolików świeckich i duchownych. Dyskusji wewnętrznej, ale szerokiej, szczerej i zapewne bolesnej, nieoczekującej na samorozwiązanie się problemu lub co gorsza ingerencję z zewnątrz, która zawsze będzie intencjonalna i zdecydowanie kosztowniejsza niż to wynika w rzeczywistości. Rozmowy nie tylko o pedofilii wśród księży, ale i wiernych, bo nie wiem, czemu grzech księdza ma być większy od grzechu świeckiego, który jako wyznawca Chrystusa ma takie same zobowiązania.

Wypłyń na głębię …

Ryzyko, że na końcu odnajdziemy się w innym Kościele, może mniej licznym, wcale nie musi być wielkie, bo na pewno będzie on bardziej świadomym wiary i swej misji świadka Jezusa Chrystusa, a to oznacza, że z wielkimi szansami na odrodzenie.

Wielkosobotnie Zastygnięcie 2019

Od 24 godzin w wypożyczonym grobie spoczywa ciało Jezusa z Nazaretu. 33 letniego mężczyzny urodzonego w Betlejem, wychowanego w Nazarecie, wykwalifikowanego pracownika budowlanego, który w trzydziestym roku życia postanowił rozpocząć życie wędrownego kaznodziei. Zmarł w wyniku ukrzyżowania, na które został skazany przez Poncjusza Piłata na wniosek Najwyższej Rady – Sanhedrynu, zaniepokojonego treściami nauczania i popularnością syna cieśli. Jego uczniowie zamknięci w ciemnej izbie drżą o swą przyszłość. Będąca przy egzekucji matka odrętwiała z bólu przebywa w towarzystwie kilku kobiet. Poncjusz Piłat z twierdzy Antonia obserwuje Jerozolimę świętującą pamiątkę wyjścia przodków z niewoli. Członkowie Sanhedrynu z ulgą oddają się przewodniczeniu uroczystościom. Kto jeszcze pamięta, że pięć dni wcześniej tłumy wołały za nim Hosanna! Uznając go za bożego Pomazańca. Dzień drugi w Jerozolimie gdzieś między 27 a 33 rokiem według kalendarza liczonego od dnia jego narodzin, to dzień kulminacji obchodów Pesach. Nazajutrz kobiety będą mogły dopełnić przygotowania zwłok na roczny czas ich rozkładu. Nic nie wskazuje na to by ktoś na coś oczekiwał. Raczej wszystko wskazuje na powszechne pogodzenie się z faktami. Przecież Bóg nie mógł umrzeć, a z ludzi nikt jeszcze nie zmartwychwstał. Syn, mistrz, nauczyciel, przyjaciel, robotnik, człowiek. Umarł. Wśród części Żydów śmierć kończyła wszystko. Nie było zmartwychwstania, nie było nieba, piekła, czyśćca. Jedni zapomnieli, inni trwali w odrętwieniu na żałobie, której w tak wielkie święto nie mogli okazywać.

Drugiego dnia po śmierci Jezusa z Nazaretu jego najbliżsi musieli pogodzić się z końcem, czegoś wydawało się być snem o człowieku, który sam jeden chciał zmienić świat, ich życie. Dał im swą miłość, nadzieję, wiarę, że to możliwe, ale ostatecznie wydawał się ponieść klęskę. Im przyszło znów podjąć walkę o przeżycie każdego następnego dnia, dźwigania ciężarów ponad miarę, mierzenia się z własnymi słabościami, prawem, które działało zawsze na korzyść silniejszych, samotnością, chorobami i ciągłym lękiem przed niebytem śmierci.

Drugiego dnia po śmierci Jezusa z Nazaretu członkowie Najwyższej Rady odetchnęli z ulgą. Ten który mienił się synem Boga okazał się zwykłym śmiertelnikiem. Nie przetrwał próby śmierci. Nie wezwał do powstania, nie otoczył się armią aniołów, nie zburzył Przybytku, nie zmienił nawet yoty w zapisie prawa. Zagrożenie dla ich władzy, interesów, powiązań zniknęło. Wystarczyła jedna śmierć, by wrócił porządek jaki zbudowali i jaki gwarantował im spokojne, bogate życie.

Drugiego dnia Poncjusz Piłat obudził się u boku swej małżonki, która jeszcze dzień wcześniej snuła przerażające wizje ze swych snów. Wyjrzał przez okno na budzące się miasto i choć go serdecznie nienawidził nabrał powietrze i ulgą odetchnął. Jeszcze ten jeden dzień i znowu będzie można wrócić do Cezarei, bo jutro będzie już zwykły dzień.

Co zatem się stało 15 czy też 14 dnia nissan? Czemu słońce straciło blask, ziemia się zatrzęsła, powiał gwałtowny wiatr, spadł ulewny deszcz, co rozerwało zasłonę Przybytku i otworzyło groby? Kto został pojmany, skazany i skutecznie powieszony na krzyżu? Czyje ciało spoczywa w grobie Józefa z Arymatei? Przecież nie Boga. A zatem, tylko człowieka? Tylko, a może aż.

Pokoju nie będzie

Tydzień po śmierci i trzy dni po pogrzebie Pawła Adamowicza nasi politycy zastygli w blokach startowych w oczekiwaniu kto da znak do kolejnej gonitwy. Jeszcze dyskwalifikuje się falstartowiczów, kapitanowie drużyn udają opanowanie, ale i zawodnicy i widzowie mają pełną świadomość, że jeśli nie dziś, to jutro czy pojutrze wróci ktoś samowolnie lub na polecenie da sygnał do młocki. A zacznie się jak zawsze. To nie my, to oni. Nie oni są bardziej winni, bo my jesteśmy lepsi. Przepraszam za wyrażenie, smarkateria powróci w pełnej krasie, żądając od nas bezwzględnej akceptacji i wsparcia. Nie odkrywam to oczywiście niczego. Każdy z nas wie, że za chwilę zostaniemy zasypani lawiną wzajemnych oskarżeń, pomówień, potwarzy oraz odwołań do naszych emocji na poziomie Prosę Pani a ona się psezywa, a on mnie ciągnie za warkocyk. Gdyby nie fakt, że dotyczy klasy politycznej to prawie 40 milionowego państwa w centrum Europy z 1000 letnią tradycją, to nawet byłoby to śmieszne ale jest dramatyczne.

Już są tacy, którzy zaczynają snuć teorie o politycznej inspiracji Stefana W. Nie ma na to wszakże żadnego dowodu poza dwoma zdaniami wykrzyczanymi po morderstwie. Nieważne, że z coraz większej ilości informacji na temat mordercy wyłania się obraz młodego bandyty, o co najmniej skrzywionej psychice, zafascynowanego gdańskim światkiem przestępczym, szukającego okazji do mołojeckiej sławy. W jego życiu jest wiele momentów, które można uznać za inspirujące do tego czynu, ale brak jest jakichkolwiek śladów polityki. Tymczasem od dwójki moich znajomych usłyszałem tę samą opowieść. Ja nie wierzę, że on to tak sam z siebie, on musiał być szkolony, zmuszony lub opłacony. To była ta sama opowieść tylko z dwoma różnymi puentami. Pamiętam dokładnie te same głoszone jeszcze ściszonym głosem teorie na kilka godzin po katastrofie smoleńskiej. Już ktoś wezwał do nowych miesięcznic, marszów, zakładania kół. Naprawdę czy tak jesteśmy łatwowierni? 9 lat po katastrofie smoleńskiej każda z teorii spiskowych jeśli nie legła w gruzach, to nie przynajmniej nie znalazła potwierdzenia. 9 dni po brutalnym morderstwie Pawła Adamowicza zdrowy rozsądek woła o darowanie sobie bujania skrajnymi emocjami i przyjęcia jako wiodącej najbardziej prawdopodobnej przyczyny działania Stefana W. Patologicznej chęci zrobienia, czegoś za co będą go podziwiać ludzie, których on podziwiał, a którzy uważali go za szurniętego smarkacza. Ten spektakularny cios mógł być zadany każdemu politykowi, czy znanemu człowiekowi. Być może po to poleciał do Warszawy, by kogoś takiego spotkać na ulicy.

Stefan W. zadźgał człowieka. Prezydenta Gdańska, ale przede wszystkim człowieka. W 2018 roku mieliśmy do czynienia z kilkoma bardziej brutalnymi atakami nożowników w Polsce, żadnemu z nich nie przypisano politycznych inspiracji, bo co? Bo ginęli zwykli przechodnie, czy klienci centrum handlowego? Bo żaden dziennikarz nie zapytał dlaczego? Bo nie zostali zaatakowani w czasie telewizyjnej transmisji?

Jest wiele spraw, które czekają na wyjaśnienie w kontekście tej zbrodni. To kwestia odpowiedzialności sądu ferującego wyjątkowo łagodny wyrok. Skuteczności systemu penitencjarnego, który podnosi kwalifikacje bandyty, a nie resocjalizuje człowieka. Zaangażowania policji w ochronę społeczeństwa przed wychodzącym na wolność potencjalnym recydywistą. Są też pytania o opiekę psychiatryczną, granice wolności słowa, odpowiedzialność mediów, system wsparcia samotnych matek z dziećmi, bez końca i zawsze sensu reformowaną oświatę, w której brakuje wzorców i narzędzi wychowawczych, etc. To są poważne, ciągle nawarstwiające się problemy, których rozwiązanie wydaje się przekraczać możliwości intelektualne całej klasy politycznej. I w tej dysfunkcji upatrywałbym przyczyn permanentnej wojny na emocje, zamiast konkurencji na argumenty. Z tej racji nie jestem w sobie wyobrazić wydarzenia skutecznie wprowadzającego racjonalność do polskiego życia politycznego. Prościej ujmując. Pokoju nie będzie.

(*)

Do 14.30 miałem w głowie cały nowy wpis, ale po śmierci Pawła Adamowicza ważniejsza jest modlitwa o opamiętanie, niż analityczne patrzenie na przyczyny i skutki,

Dziś Pan Prezydent RP Andrzej Duda zaprosił polityków do rozmowy na temat marszu milczenia. Przypomina się mi się atmosfera jaką już dane było nam przeżyć po 10.04.2010. Pamiętam jak pod wpływem tamtej tragedii w Domu Biskupim w Siedlcach na spotkało się kilkudziesięciu polityków i samorządowców. Wynikiem tego spotkania była Deklaracja Siedlecka, którą podpisało ponad sześćdziesięciu samorządowców i parlamentarzystów naszego regionu.  Oryginał Deklaracji jako jej inicjatorzy złożyliśmy w Sanktuarium Męczenników Podlaskich w Pratulinie. To był ostatni raz gdy udało się mi przekonać naszych polityków do wspólnej refleksji nad koniecznością zmiany relacji. Tamten spokój nad trumną trwał ledwie kilka dni. Ten po tragedii w Gdańsku ledwie minuty. Jak daleko chcecie zajść? Co może Was powstrzymać?

Tym 63 chcę przypomnieć co podpisali prawie 9 lat temu. I o nic więcej Was nie zapytam.

My, niżej podpisani, zgromadzeni wokół Biskupa Siedleckiego, korzystając z pomocy  Katolickiego Radia Podlasie, w obliczu tragedii w Smoleńsku łączymy się w bólu z rodzinami ofiar. Jesteśmy poruszeni do głębi serca miejscem i okolicznościami śmierci Prezydenta Najjaśniejszej Rzeczpospolitej oraz przedstawicieli najwyższych władz kościelnych, państwowych, społecznych, jak również funkcjonariuszy.

Zwracamy się do każdego, komu na sercu leży dobro Narodu Polskiego, o dołożenie wszelkich starań, by złożone w katyńskim i smoleńskim lesie ofiary nie zostały zaprzepaszczone. Kolejny raz śmierć udowadnia, że jest najbardziej demokratyczną instytucją, nadającą wszystkiemu co nas dzieli drugorzędne znaczenie. W jej obliczu każdy człowiek staje się podmiotem i determinantem działania.

Zbudujmy ofiarom stalinowskiej kaźni oraz tym, którzy 10 kwietnia 2010 r.  nie dotarli w jej miejsce, by uczcić ich pamięć, najpiękniejszy i najtrwalszy pomnik, jakim jest oddanie wszystkich sił w służbie drugiemu człowiekowi. Dowartościujmy swoją postawą i pracą to, co przez ostatnie lata zostało wypchnięte na margines: dobro, prawdę, uczciwość, przyzwoitość. Pozostawiając naturalne różnice poglądów i idei, które przyczyniają się do rozwoju człowieka, narodu i Ojczyzny, odbudujmy wzajemny szacunek. Niech ten czas narodowej żałoby zmieni się w polskie rekolekcje, podczas których wyznamy sami przed sobą swoje dotychczasowe przewinienia. Dołóżmy wszelkich wysiłków aby skutecznie przewartościować nasze życie osobiste i publiczne.

Motywowani poczuciem odpowiedzialności przed obywatelami, którzy obdarzyli nas swym zaufaniem, a przez to mających prawo oczekiwać od nas wzoru w czynie, apelujemy do wszystkich środowisk politycznych, samorządowych, społecznych, wyznaniowych. Dajmy sobie szansę na rozmowę, wymianę podglądów, odrzućmy pokusę powierzchownych sądów i ocen, a tym samym ofiarujmy sobie i naszej Ojczyźnie miejsce
i czas na ogólnonarodowe zrozumienie. Szczególny apel o obiektywizm, odpowiedzialność, dbałość o pełnię i rzetelność przekazu kierujemy do mediów. Wspólnie w duchu pokory uczmy się właściwego pojmowania znaczenia służby człowiekowi, Narodowi, Ojczyźnie i prawdzie.

Katyńskie ofiary wołają do nas o pokorę wobec własnego życia, którego czas i miejsce nie zależy od nas. Bogatsi o to doświadczenie, które nie pominęło żadnego środowiska parafrazując słowa poety śpieszmy się kochać każdego człowieka, nim pozostanie po nim tylko głuchy telefon i już nie będzie czasu i miejsca na słowo przepraszam.

W wigilię rocznicy przyjęcia przez naszych przodków chrztu, który stworzył i ukształtował nas jako naród i stał się czynnikiem państwowotwórczym z pokorą zawierzamy nasze intencje Bogu Wszechmogącemu, prosząc Go o ducha pojednania i solidarności narodowej.

Siedlce 13 kwietnia 2010

Memento na Nowy Rok

W nowy rok wejdziemy z nową ustawą, która sprawi, że przez przynajmniej 2019 rok nie zobaczymy większych zmian w naszych rachunkach za prąd. To nie oznacza, że nie poniesiemy kosztów wzrostu kosztów wytwarzania prądu i opłat za emisję. Bezpośrednio najprawdopodobniej nie. Pośrednio zdecydowanie tak. Po pierwsze ustawa nie powoduje zahamowania wzrostu kosztów ponoszonych przy wytwarzaniu i przesyle energii. Koncerny energetyczne nawet z państwowym udziałem nie są w stanie dopłacać do droższego węgla, czy opłat za emisję CO2. Państwo nie może im wypłacić rekompensat za ewentualne straty, więc ograniczyło swój apetyt obniżając akcyzę i opłatę na rozwój energetyki. Inaczej. Rząd nie chcąc nas wkurzyć w roku wyborczym obciął część dochodów do budżetu państwa i zatrzymał inwestycje w energetyce. Mniej pieniędzy w budżecie oznacza albo ograniczenie możliwości np. podwyżek w sferze budżetowej, albo mniejsze inwestycje państwowe.  Bo z tą ekonomią jest tak.  Jeśli ma być logiczne 4 to wcześniej musi by dwa razy dwa. Można zaklinać rzeczywistość. Otrąbiać sukces. Nieść na czerwonych paskach radosną wieść o uratowaniu budżetów polskich rodzin. Nie zmieni to jednak faktu. Ktoś za ten prezent musi zapłacić. Jeśli nie firmy energetyczne, które są poddane rygorom prawa rozliczającego zarządy z efektywności zarządzania, to tak czy inaczej zrzucający się na budżet państwa podatnicy, którzy albo czegoś nie dostaną, albo w formie podatku dopłacą.

Czy jestem zwolennikiem podwyżek cen energii? Jak każdy nie lubię płacić więcej. Zwłaszcza gdy widzę nadzwyczajną łatwość szastania pieniędzmi przez producentów i dystrybutorów prądu i nie tylko. Nazwano to górnolotnie redystrybucją, ale według mnie jest zwykłe rozwalanie kasy zamiast szukania oszczędności, bądź inwestowania w rozwiązania pozwalające oszczędzać energię, albo produkować ją taniej. Patrząc na rozwiązania skandynawskie, czy dalekowschodnie jest to możliwe, ale wymaga stabilnej polityki energetycznej. Zarówno rządzący jak i opozycja prześcigają się w próbach wzajemnego przypisania wzrostu kosztów energii w Polsce. Nie trzeba być wielkim ekspertem, by z tej przebijanki wywieść wieloletnie zaniedbania każdej ze stron politycznego sporu. Ktoś coś wynegocjował, podpisał, nie zrobił, zaniedbał etc. Tak naprawdę płacimy za krótkowzroczność polskiej klasy politycznej nie potrafiącej sklecić ponad podziałami jakiejkolwiek strategii nie tylko w energetyce. Myślenie kategoriami byle tylko wygrać najbliższe wybory, a jak nie to niech inni się martwią, sprawia, że stajemy się krajem coraz bardziej odstającym od cywilizowanego świata, gdzie polityczne zmiany dotyczą metod, a nie strategicznych celów. Obwieszczanie przez kolejne rządy pracy nad wielkimi projektami i porzucanie ich zaraz po odsunięciu od władzy świetnie widać w polskim wojsku, które dysponuje faktycznie kilkudziesięcioma myśliwcami testowanymi w czasach pierwszej wojny w Iraku. Ale w sferze PR owskich deklaracji wydajemy na modernizację armii  więcej niż inni. Na co dokładnie nikt nie wiedział i nie wie.  Kiedy jeden z polityków postawił tezę że polska energetyka stała się zakładnikiem kilku tysięcy górniczych związkowców, broniących nie pracujących w skrajnie niebezpiecznych warunkach, ale własnych przywilejów, został uroczyście rozjechany przez szefa jednej z central. Łatwiej hejtować niż dyskutować na argumenty. Przyczynia się to do intelektualnego upadku elit ubiegających się o władzę nad nami, a przez co spada jakość i efektywność rządzenia Polską.

Polska i Polacy potrzebujemy radykalnej lekcji wiedzy o świecie współczesnym. Twardego resetu politycznych elit, które dla zachowania kilkudziesięciu tysięcy posad gwarantujących lekkie, łatwe i przyjemne życie, zamiast wieść nas ku przyszłości, wolą karmić nas swym konfliktem i grzebaniem sobie nawzajem w przeszłości. Ile można słuchać, że tamci to jak rządzili, to jedno, a ci to tamto. Ile razy można własną indolencję tłumaczyć, głupotą poprzedników. Kierować się przy wyborze kadr kluczem partyjnym, czy rodzinnym, zasłaniając się przy tym przykładami poprzedników. Tak zgadzam się przez 8 lat jednych, dwa lata innych, cztery lata poprzednich etc. źle się działo, ale dramatem jest, że nic nie wskazuje na to by przez 3,5,a może nawet 10 następnych coś się miało zmienić. Brak zmian, to kolejne stracone lata dla Polski. To kolejne miliony młodych Polaków wyjeżdzających za normalnością za granicę. Już dziś brakuje w Polsce rąk do pracy. Za chwilę będzie jeszcze gorzej, gdy milion Ukraińców, którzy udawali uchodźców wyjedzie do Niemiec. Czeka nas coś czego jeszcze nie doświadczyliśmy. Głęboki kryzys gospodarczy wywołany brakiem pracowników. Premier Morawiecki doskonale zdaje sobie z tego sprawę, co można usłyszeć na taśmach kelnerów. Tej dziury na rynku pracy nie zasypiemy ustawą uchwaloną w 10 godzin. Brakuje pielęgniarek, pracowników budowlanych, inżynierów, drogowców,  a za 5 lat tsunami przejdzie przez oświatę, gdy 1/3 nauczycieli osiągnie wiek emerytalny. 5 lat potrzeba, by wypuścić do szkół nowe pokolenie nauczycieli. Kto się zdecyduje na studia nauczycielskie, skoro po nich dostanie na rękę 1700 złotych? A po 10 latach dostanie 500 złotych więcej? Ochrona przed podwyżką cen prądu o jakieś 30 zł miesięcznie na rodzinę, będzie kosztowała od 5 do 9 mld złotych. Dokładnie tyle ile żądają dziś nauczyciele na swe podwyżki. Populizm? Nie. To kalkulacja, ale nie polityczna, lecz biorąca pod uwagę coś więcej niż najbliższe wybory. Czas zacząć myśleć o przyszłości Polski, a nie tylko tej czy innej grupy politycznej.

Zanim zalśni pierwsza gwiazdka

Zanim zalśni pierwsza gwiazdka, gwiazdy polskiej sceny „politycznej’ postanowiły podrzucić nam kilka potencjalnych przyczynków do kłótni nad karpiem.  Na przykład mamy się ścierać kto lepiej wypadł w dwóch debatach na votami zaufania i nieufności. Rozróżniacie je Państwo, a raczej, czy zwróciliście uwagę na to, że coś takiego miało miejsce? Inny pretekst do rzucania w siebie uszami śledzia to plebiscyt na największego aferzystę z KNF. Gość od szumideł kontra „nie zawsze dobry gość” potraktowany bejsbolem.  Mamy też rozstrzygnąć kto odpowiada za podwyżki cen energii, których ma nie być, chociaż muszą być.

Żyjemy w czasach postprawdy, postpolityki, postmodernizmu i wielu innych post, co mniej więcej oznacza, że nie bardzo wiadomi co ma jeszcze jakieś znaczenie w rzeczywistości, w której realność można by wątpić. To kompletne oderwanie od ziemi zawdzięczamy własnemu lenistwu, dzięki któremu decydujący głos o naszym realnym życiu mają ludzie niepotrafiący poradzić sobie sami z sobą. Moja ciocia, która nabyła prawa wyborcze przed wojną, powtarzała mi zawsze, że do władzy należy wybierać ludzi, którzy sami coś w swoim życiu osiągnęli własnymi talentami i ciężką pracą, co można sprawdzić oceniając porządek na podwórku. Uwspółcześniłem tę zasadę i pytany o to samo odpowiadam, że głosuj na kogoś komu pożyczyłbyś swoje oszczędności. Nie narzucam przy tym żadnego ograniczenia, ale każdy w ten sposób zagadnięty zwykle macha z rezygnacją ręką i ze spuszczoną głową kończy dyskusję o polityce.

Oczywiście nie sądzę, by którykolwiek ze znanym mi osobiście polityków różnych partii bardzo się przejął frustracją swoich potencjalnych wyborców, tak jak i zepsutą od 12 lat atmosferą przy świątecznym stole w polskich domach. Z rzadka uczestnicząc w spotkaniach z nimi przypomina mi się bajka Andersena o królu, któremu krawiec oszust uszył cudowne szaty. Nasi politycy nadzy paradują wśród nas odarci ze wszystkiego co definiuje ich jako ludzi. Walcząc o nasze głosy odarli się wzajemnie z godności i szacunku. Jak można szanować kogoś kto uznaje kłamstwo, potwarz za w pełni usprawiedliwionymi osiągnięciem bliżej nie określonego celu? Jak mam szanować kogoś kto ponosząc wyborczą porażkę miast autorefleksji zaczyna od obrzucania błotem zwycięzcy? Skoro przegrał z takim „zerem”, to kim on sam jest?

Król jest nagi! Krzyknęło w bajce niewinne dziecko, któremu uwierzyli ludzie omotani wcześniej PR-owskimi przekazami dnia. W polskiej tradycji w wigilijną noc zwierzęta przemawiają ludzkim głosem, kto wie czy karp nie zawoła Nie wierzcie politykom, a pies pogodzony z kotem ubrani w żółte kamizelki chórem wyśpiewają „To już jest koniec”.

Nie tylko felietonu.

 

Jaśnie Oświeceni

Nie jestem świeżynką, co nie wie, że dziennikarze poza anteną i łamami zawsze prześcigali przysłowiowych szewców. Sam zresztą aniołkiem nie jestem, więc nie chodzi mi bynajmniej o walenie w nie swoje piersi za własne grzechy, co ostatnio jest nagminne i również moim zdaniem obrzydliwe. Niemniej od pewnego czasu z równym zdziwieniem, co obrzydzeniem przenikanie języka redakcyjnych palarni i kuchenek na anteny i łamy. Nie rozdzieram szat nad etyką, warsztatem, które to sprawy już dawno poszły precz. Dziś nikt nie dochodzi prawdy, ale ją ogłasza na zasadzie objawienia. Nikt nie daje obowiązkowej szansy drugiej stronie, ale z radosnym uśmiechem uczestniczy w jej flekowaniu. Kiedy zaczynałem przygodę z tym zawodem, to nawet w studenckiej rozgłośni bycie dziennikarzem wiązało się z przyjęciem zasady bezstronności, rzetelności w przekazywaniu obrazu świata. To były zasady jakich byliśmy uczeni nawet w świecie peerowskiej propagandy. Nawet w tamtych zwariowanych czasach końca lat osiemdziesiątych za wyzwisko na antenie, wylatywało się z redakcji.
30 lat później na antenach publicznych i komercyjnych mediów pełno jest „mend”, „kreatur”, „idiotów”, „debili”, „zaprzańców”, „ciemniaków”, a nawet „folksdojczy”, etc. Tylko czekać, aż padnie coż z dźwięcznym rrrr, od czego nie stronią już ‚artyści” Słów tych nie używają goście, ale i prowadzący. To już nie jest chamstwo, prymitywizm wykluczające przed wojną z gorna ludzi honoru i dobrego wychowania, to jest prawo do wolności słowa.
Od tego co dostali wiele, wymaga się więcej, więc nie zajmuje mnie rozróżnianie, że tamci też tak robili i robią. Sprawadzanie dziennikarstwa do roli komentującego kompanom widoki do żula z ławki spod budką z piwem, sprawia, że uprawianie tego fachu przestało być czymś co daje nam poczucia misji, wyzwania, co przenosi nas level wyżej w hierarchii także zawodowej. Coraz częściej dziennikarz kojarzy się z kłamstwem, zaprzaństwem, chamstwem, brakiem empatii, karierowiczowstwem, kreowaniem rzeczywistości, kiedy jest inną od zadanej przez naczelnego.
Znów pewnie pojawi się pytanie do kogo piję. Kiedyś nożyce by zabrzęczały. Dziś nożyce w najlepszym wypadku osądzą stół, ale co najbardziej pewne, mnie się obwerwie.

Szlachetna paczka – prawo do obrony wywiad z ks. Jackiem Stryczkiem

Księdza Jacka Stryczka twórcę Szlachetnej Paczki znam tylko z krótkiego  spotkania i rozmowy, której on raczej nie pamięta oraz z medialnych przekazów, a przede wszystkim dzieła jakiego jest twórcą i byłym już liderem. Wiele osób zaszokowanych artykułem z onet.pl. pyta mnie czy to możliwe, by ksiądz twórca tak wspaniałej akcji mógł tak dramatycznie źle traktować swoich podwładnych. Nie wiem, nie ma żadnych podstaw, by wydawać w tej sprawie jakikolwiek sąd. Wiem, jednak, że gdybym sam był w takiej sytuacji, chciałbym móc wypowiedzieć własne zdanie. Wczoraj otrzymałem wywiad z prawem do swobodnej publikacji, jaki ksiądz Jacek Stryczek udzielił Wirtualnej Polsce. Publikuję go w całości, by również Państwo mogli poznać wersję oskarżonego, który niezależnie co myślimy ma pełne prawo do obrony.

 

Dziennikarz Wirtualnej Polski Marcin Makowski: Czy mobbingował ksiądz swoich pracowników?

Ks. Jacek „Wiosna” Stryczek: Nie.

Takie oskarżenia, wyrażone wprost, pojawiły się w reportażu Onetu na temat pracy w Stowarzyszeniu Wiosna. Tekst Janusza Schwertnera jest momentami porażający. Czy ma sobie ksiądz coś do zarzucenia w związku z tym, że pracownicy Wiosny czuli się poniżani?

W Wiośnie nigdy nie było udokumentowanego przypadku mobbingu, co jako Zarząd podkreśliliśmy. Osoby, które wypowiadają się w tym tekście, wkładają duży wysiłek, żeby przywołać sytuacje, które mogą mieć znamiona mobbingu, natomiast uważam, że moje zachowanie mieściło się w przyjętych normach.

A więc zdaniem księdza pracownicy Wiosny mówili nieprawdę lub przejaskrawiali wydarzenia?

Zacznijmy od tego, jak powstał tekst, o którym rozmawiamy. Dziennikarz przepytał te osoby, one opowiedziały swoje historie, które jednak nie zostały zweryfikowane. Są to po prostu ich opowieści. Wielokrotnie proponowaliśmy Onetowi, aby sprawdził u nas, jak jest naprawdę. Bezskutecznie. Potem był wywiad ze mną. Część historii, przestawionych nam anonimowo – domyślając się, zweryfikowaliśmy jako takie, które nie miały miejsca. Nie zostało to uwzględnione w tekście. Dla mnie są to po prostu opowieści różnych osób.

Gdyby to był jeden, dwa, pięć przypadków… ale mamy do czynienia z ponad dwudziestoma relacjami o szykanach psychicznych. Jak to możliwie, że tyle osób mówi to samo?

Dziennikarz mówi o tym, że przepytał 21 osób. Ale nam mówił że przepytał 40. Tyle tylko, że nie uwzględnił w tekście wypowiedzi osób, które były dla mnie pozytywne. Mieliśmy bardzo duże problemy organizacyjne w latach 2015–17. Odeszły od nas osoby, które były filarami organizacji. Trudno było je zastąpić. Rozpadł się np. nasz dział personalny. Pojawiły się niekontrolowane rekrutacje. Nie było właściwego nadzoru np. w dziale komunikacji. Kryzys, który mamy obecnie, jest kryzysem po kryzysie. A jeśli chodzi o wypowiedzi tych osób – używam tu określenia, że pewnie miały we współpracy ze mną jakąś porażkę.

A może to ksiądz odniósł porażkę we współpracy z nimi?

Tak. To też jest moja porażka. Zawsze zaczynam od siebie. Skompletowanie dobrego zespołu to bardzo trudne zadanie.

I przypadki opisane w reportażu dotyczą tego okresu, o którym ksiądz mówił?

Tak. 2015-2017 to był ten okres, gdy było duże zamieszanie. Jako prezes miałem wybór: wchodzę w rolę dyrektorów, których nie ma, albo organizacja się rozpadnie. I to był regres dla mnie, bo musiałem weryfikować pracę wielu osób. I rozumiem, że taka sytuacja, gdy prezes dużej organizacji, liczącej 150 osób, wchodzi na poziom operacyjny, jest trudna. Musiałem uczestniczyć w zwolnieniach. Nie ukrywam, że to był dla mnie trudny czas i zakończył się moją chorobą. W sierpniu 2017 r. sądziłem, że to koniec. I dopiero zmiana trendu, polegająca na tym, że pojawili się na rynku ludzie, którzy chcą pracować w organizacjach takich jak nasza, nas uratowała. I te zawirowania odczuli też nasi partnerzy na zewnątrz. To również można zweryfikować, jak zmieniała się Wiosna w niektórych aspektach – najpierw regres, a teraz postęp.

Ale wie ksiądz, że takie tłumaczenie będzie uznane za klasyczne przerzucanie winy na pracowników, którzy się nie wpasowali. Czy ksiądz po ludzku czegoś jednak żałuje? Dostrzega jakieś błędy w swoim zachowaniu i w relacjach z pracownikami, którzy odeszli i mieli żal?

Żałuję, że był ten kryzys i rozumiem, że prócz normalnego obciążenia, które występuje w organizacji, był jeszcze dodatkowy stres. Więc tego żałuję. Natomiast nie za bardzo wiem, jak mógłbym się zachować w tej sytuacji inaczej. Oczywiście byłem wówczas dużo bardziej stanowczy w zarządzaniu kryzysem. Było dużo więcej podejścia dyrektywnego – to zwykłe w kryzysie.

Na pewno były takie momenty, kiedy musiałem po raz kolejny zadać sobie pytanie, czy ja jeszcze chcę i udźwignę tę organizację. Rozumiem, że część osób opowiada, że wtedy było im naprawdę u nas ciężko. To był również dla mnie trudny moment.

A puszczały księdzu nerwy? Podnosił ksiądz głos tak, że ktoś płakał? Takie zarzuty powtarzają się w relacjach.

Ja nie krzyczę i nie przeklinam. Owszem, były spotkania „porażkowe” – takie, gdy oczekiwałem dobrych wyników, a ich nie było. Rozumiem, że rozliczanie pracowników jest dla nich trudne. A ja jestem wymagający.

Czy był płacz?

Na spotkaniach nie pamiętam. Może po spotkaniach. Rozumiem, że ludzie reagują emocjonalnie. Płacz jest jedną z emocji. Dzisiaj, gdy złożyłem rezygnację, też pojawiały się łzy. A przy okazji. Ja jestem księdzem. Przez moje życie przewinęło się dużo ludzi w trudnych sytuacjach. Nauczyłem się po prostu nie pamiętać różnych rzeczy, które są osobiste. Uważam, że ludzie mają prawo do intymności i różnych emocji.

Ale jak może się ksiądz wiarygodnie odnosić do zarzutów, skoro może nie pamiętać tych sytuacji?

Nie neguję, że ludzie płakali. I inni członkowie zarządu przyznają, że takie przypadki miały miejsce. I jeśli coś takiego dzieje się dzisiaj, to diagnozujemy, jakie są tego powody.

Czyli nikt w Wiośnie nie jest zostawiony samemu sobie?

Dzisiaj nikt nie jest zostawiony samemu sobie.

A kiedyś tak się zdarzało?

W przeszłości nie mieliśmy w ogóle działu HR. Gros tych historii dotyczy ludzi z zespołu komunikacji, złożonego z bardzo młodych ludzi, którzy brali odpowiedzialność na siebie. Na początku nie mieliśmy pieniędzy, płaciliśmy mało, trudno nam było przyciągnąć pracowników z odpowiednimi kwalifikacjami.

Mówię tu przede wszystkim o ostatnim okresie. Generalnie jesteśmy organizacją przyjacielską. Ludzie też wspierają się nawzajem. Dodam, że w Wiośnie jest tak dużo fajnych ludzi, że często potem stają się dla siebie przyjaciółmi. Dziennikarz Onetu, który był u nas w czasie wywiadu, sam był pod wrażeniem ludzi i swobody zachowania się osób które u nas pracują.

Czyli organizacja rozrosła się do takiego stopnia, że wymknęła się spod kontroli?

Nie. Chodzi o to, że się rozrastała i były duże zobowiązania społeczne i było pytanie, kto umie takimi strukturami zarządzać. I nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi. Bo gdyby zadał pan pytanie, ile kosztuje praca osoby zarządzającej dziewięciuset lokalizacjami, to są pieniądze, których nie mieliśmy szansy pozyskać. I jak to zrobić?

Bo inaczej zarządza się w biznesie, gdzie są wynagradzani pracownicy, a tu wolontariusze. A Wiosna to nie tylko Szlachetna Paczka, to także 50+, aktywizacja zawodowa osób starszych, czy telekariera – i we wszystkich tych projektach osiągamy wyniki ponadprzeciętne na rynku. Znajdowanie ludzi odpowiednich do prowadzenia tych działań jest cały czas trudne. Mamy w tym tekście 21 osób, a organizacja to znacznie, znacznie więcej. Co ciekawe, autor reportażu spotkał się z 40 osobami.

Sugeruje ksiądz, że redakcja nie uwzględniła dobrych historii na temat księdza?

Wiem to. Nie ma tam tych historii. Wiem, że są ludzie, którzy chcieli przedstawić drugą stronę medalu. Materiał jest jednostronny. Przed chwilą dostałem kolejną informację o osobie, która nie tylko chciała się spotkać z dziennikarzem, ale też podsyłała mu różne informacje. W domyśle – pozytywne. Tego również w tekście nie ma.

Ale przecież dostał ksiądz prawo wypowiedzenia się, skomentowania sytuacji.

Uważam, że nie podjęto wysiłku, by zweryfikować te opowieści. Komentowaliśmy zarzuty. 3h 20min rozmowy. I potem kilkanaście stron tekstu. Sam myślałem po tym wszystkim, że jestem złym człowiekiem. Musiałem ja i my – zarząd – wrócić do normalnego stanu. Dlatego dołączyliśmy do tekstu również pozytywne opinie. To, jak mi się wydaje, jak wygląda moja praca normalnie.

Oświadczenie po publikacji materiału wygłosił ksiądz w koszulce promującej film ”Kler” Wojciecha Smarzowskiego. Dlaczego?

Od jakiegoś czasu byłem przekonany, że jestem skazany na negatywny tekst.

Spisek antyklerykalny

Nie wiem. Byłem jednak przekonany, że właśnie w tym miejscu, w Onecie, się pojawię. Pokazywałem w czasie wakacji mojemu przyjacielowi to miejsce.

Ale mówi ksiądz, że był skazany na ten tekst.

Tekst powstawał wiele miesięcy i przypadkowo jego publikacja zbiegła się z pokazem filmu „Kler”. Liczba negatywnych tekstów na temat księży w ostatnim czasie jest wyjątkowa. Wiem, że ciąży na nas duża odpowiedzialność. Ale to nagromadzenie jest ciekawe. Zresztą znam opinię dziennikarzy, którzy podważają rzetelność tekstu.

Ja natomiast słyszałem wiele opinii chwalących tekst jako wielowątkowy, z głosem drugiej strony. Fakt, że pojawił się w chwili premiery filmu i rozliczania Kościoła np. z grzechu pedofilii. Ale jako dziennikarz wiem, że nad reportażami pracuje się po kilka miesięcy i trudno z perspektywy reportera tak mocno do przodu planować datę publikacji. Bierze ksiądz pod uwagę możliwość, że to zbieg okoliczności?

Biorę, ale od pewnego czasu jako ksiądz nie mam szans na to, żeby być pozytywnym bohaterem w mediach. A w tych opisach, jaki jestem, nie odnajduję się. Ja się tak nie zachowuję.

Czyli ksiądz się nie poznał w tym tekście?

Zupełnie. Zresztą w Wiośnie pracuje się na co dzień z wieloma instytucjami zewnętrznymi, zapraszani są goście. Trudno byłoby ukryć złe rzeczy. Na przykład w moim gabinecie wykluwa się idea gali Paczki, nad którą pracujemy z ludźmi z TVN. Z tego co wiem, są zachwyceni atmosferą, poziomem kreatywności.

Ale w Krakowie słyszałem opinie na temat trudnych rekrutacji, ciężkiej atmosfery. Wiele osób komentując reportaż wyrażało opinię: można było się tego spodziewać. Dlaczego?

Na pewno jest tak, że w naszej organizacji była duża rotacja i rozumiem jej źródła. Pierwsze to spora liczba młodych osób. Teraz w trendzie jest szybka zmiana pracy. Po drugie, gdy rekrutuje się osobę z potencjałem, to potem okazuje się, że ta osoba ma potencjał albo nie. To jest ryzyko. Ostatnio czytałem tę oczywistość w tekstach HR-owych.

A dałoby się prowadzić te instytucję, trochę startupową, bez presji wyników?

Paczka to najtrudniejszy i najbardziej złożony projekt, jaki prowadziłem. Czy to musiało być okupione takim wysiłkiem? Paczka powstała w Polsce wbrew trendom. Ponieważ w 2001 roku wielu zamożnych patrzyło z pogardą na biednych i my zszywaliśmy to społeczeństwo. Czy atmosfera musi być stresująca? Większość spotkań u mnie to dużo śmiechu, wiele rzeczy robimy „na funie”. Natomiast powtórzę: oczekiwania wobec nas są duże i trzeba im sprostać. I tego wymagamy. U nas nie chodzi o ciężką pracę, ale sprytną. Trzeba mieć pomysł, jak tak dużo osiągać. Nie każdy to ma. A ja lubię pracę z młodymi ludźmi. Jestem też od 23 lat duszpasterzem akademickim i Wiosna jest dla młodych ludzi ścieżką rozwoju.

Jeszcze jeden wątek jest istotny. Janusz Schwertner, autor tekstu, zarzuca księdzu, że ksiądz i księdza podwładni sugerowali mu, żeby nie publikował materiału, bo mogą go spotkać nieprzyjemne konsekwencje. A do redakcji Onetu zostały wysłane maile, że macie haki i możecie opisać nieprzyzwoite zachowania na imprezach firmowych.

Opowieści pana redaktora są niesamowite. Ostatnio słyszałem z jego ust historię mojego życia. Że w 2001 roku jeszcze pakowałem paczki, a zły byłem od 2012. Niesamowite…

Czyli nie było takich maili?

To było tak, że na początku maja byli pracownicy Onetu zaczęli zwracać się do mnie z informacjami, że Onet szuka na mnie haków. Równolegle nasi byli pracownicy zaczęli pytać nas, kto ujawnił wrażliwe dane na ich temat – np. dotyczące choroby.

Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. I faktycznie mój współpracownik, dyrektor kreatywny, wysłał prywatnego maila do swoich znajomych z Onetu z pytaniem, o co chodzi. A my przez cały czas próbowaliśmy prowadzić rozmowę z redakcją, żeby pokazać, jak się u nas pracuje i zweryfikować to, co o nas usłyszał dziennikarz. Ale to nic nie dało.

To jeszcze jeden zarzut. Napisany wprost przy wywiadzie z księdzem, że podczas autoryzacji wywiad został ”napisany na nowo”.

Jest dla mnie dziwne, jak redakcja potrzebuje o mnie mówić złe rzeczy nawet, kiedy to nie jest potrzebne. Mieliśmy rozmowę, która trwała ponad trzy godziny i następnego dnia otrzymałem spisany wywiad, w którym pojawiły się pytania, których mi nie zadano i odpowiedzi, których nie udzieliłem.

Dokładnie odwrotnie twierdzi redakcja Onetu.

Autor poprosił, żebyśmy w dowolny sposób dodali te wątki, sam sugerował, że nie musimy spieszyć się z autoryzacją. Przyjąłem takie rozwiązanie, że skoro są nowe pytania i jeszcze odpowiedzi, w których się przyznawałem do tego, czego nie zrobiłem, próbowaliśmy rozbudować tę historię w wywiadzie o drugą stronę. O pozytywny obraz Wiosny. Więc tylko rozbudowaliśmy odpowiedzi na pierwotne pytania.

Czy przyszłość Szlachetnej Paczki jest zagrożona? Czy ten projekt może upaść?

Ten kryzys ma przebieg niekontrolowany. Uważam, że forma publikacji jest dla nas krzywdząca. Ale ratujemy, co się da. Właśnie złożyłem rezygnację z funkcji prezesa. Odpowiedzialność za to, czy Paczka się odbędzie, czy nie, nie spoczywa już tylko na mnie. Także na mediach i partnerach. My sami tego nie zrobimy. To może być przełom. Jesteśmy organizacją obywatelską. Od początku mieliśmy założenie, że jak ludziom podoba się to, co robimy, to nas utrzymają. Teraz możemy to sprawdzić…

A wolontariusze wiedzą, co myśleć? W jakiej są sytuacji?

Myślę, że dużo osób ma zamęt w głowie. Natomiast to jest paradoks. Szlachetna Paczka jest przedłużeniem mojego sposobu bycia, mojego sposobu budowania relacji z ludźmi. Nie jest tak, że wymyśliliśmy techniczny projekt. Ale ona opiera się na relacjach ludzkich. Na mojej wrażliwości, na sposobie budowanie relacji. Natomiast już i tak od dawna było pytanie, czy Paczka sobie beze mnie poradzi. Bardzo tego chciałem, od dawna zapowiadałem moje odejście. Przygotowywałem się do tego organizacyjnie.

Teraz czas na dojrzałość projektu bez księdza?

Jeśli otacza mnie tyle kontrowersji, nie widzę, w jakim trybie można rozwiać te wątpliwości. Jeśli natrafiamy na czyjąś opowieść, jak mam się z tym skonfrontować? Napisaliśmy w oświadczeniu, że zapraszamy naszych byłych pracowników, żeby przyszli i żebyśmy razem zweryfikowali te oskarżenia, żeby przedstawić nasz punkt widzenia. Ale bez nich tego nie możemy zrobić. Obowiązuje nas dyskrecja, jesteśmy pracodawcami. I prawo. Proszę pamiętać – wszyscy, którzy się z nami rozstali, nawet ci, którzy mają zarzuty, zrobili to w normalnym trybie zakończenia umowy o pracę.

Kuria wezwała księdza do pisemnych wyjaśnień. Co to znaczy?

To jasne, że ksiądz arcybiskup, który jest moim szefem, ma prawo do pełnej wiedzy na temat sprawy. Wstępne wyjaśnienia złożyłem, będę je rozbudowywał.

Sprawą mobbingu zajmie się również krakowska prokuratura. Obawia się ksiądz tego postępowania?

Nie ma nic takiego, co byłoby łamaniem prawa.

Czyli śpi ksiądz spokojnie?

Tak.

Jurek Owsiak zaapelował o nadzwyczajne spotkanie instytucji charytatywnych związane z kryzysem w Szlachetnej Paczce. To dobre rozwiązanie?

Jeden z członków naszego zarządu powiedział, że chętnie do niego dołączy. Ja nie mam chyba jeszcze zdania. W reportażu Onetu pojawił się zarzut, że besztam któregoś z naszych pracowników w koszulce WOŚP. Ale prawda jest taka, że to jeden z naszych młodych pracowników nakrzyczał na drugiego. Widział to dyrektor i wziął go na spotkanie, w czasie którego usłyszał reprymendę. Dodam, ze już u nas nie pracuje. To jest właśnie jakość tych opowieści.

I to jest dla mnie trochę symbol tego całego tekstu. I to jest też okazja, żeby nas – mnie i Owsiaka – poróżnić. Swoją drogą Jerzy Owsiak borykał się z kryzysem wizerunkowym i jestem pod wrażeniem, jak sobie z tym poradził. Uważam, że od kilku lat jest to mistrzostwo świata. Nie miałem okazji mu tego powiedzieć. A ja zadaję sobie pytanie, czy jeśli jestem społecznikiem i księdzem, to mogę w tym kraju normalnie żyć? Czy mogę pracować i po prostu żyć, czy jestem skazany na takie kryzys i hejt.

Jaka jest odpowiedź?

Nie mam jej. Zmierzam w moim stylu bycia w kierunku tego, żeby normalnie funkcjonować, żeby mieć życie osobiste, prowadzić duszpasterstwo. Ja nie jestem środkiem do celu. Nie muszę rządzić. Zawsze mówiłem, że chcę pracować w Wiośnie maksymalnie do 60 roku życia. No i jestem księdzem. Chcę się przygotować do śmierci. Mam do siebie duży dystans.

Chciałby się ksiądz spotkać z tymi, którzy czują się pokrzywdzeni? Chciałby ich ksiądz wysłuchać, spojrzeć w oczy, zrozumieć? Może uderzyć się w piersi?

Powiem inaczej. Traktowałem cześć z tych osób jak przyjaciół. I oni nie zmienili tego miejsca w moim sercu. Wspólnie to przeżyliśmy. Może pamiętamy inaczej. Ale to nie są czarno-białe historie. Pewnie wspominając nasze przeżycia, zwracalibyśmy uwagę na inne rzeczy. Pisałem do redakcji Onetu, że w tej chwili panuje trend hejtowania byłych firm – i jest pytanie, jak przejść z tych historii do prawdy. I to w moim mailu było. Nic więcej.

 

Wirtualna Polska
e-mail: pressinfo@grupawp.pl

Wirtualna Polska Media SA upoważnia Adresata do wykorzystania fragmentów przesłanej informacji pod warunkiem powołania się na źródło w treści publikacji.

Zielona trawka

Znaki czasu

Znak czasu, to różne mniej lub bardziej głupawe memy, grafiki, wpisy zaśmiecające m.in. FB, a mające przekonać jego użytkowników do głosowania w nadchodzących wyborach na jakąś część z nich. Skomplikowane? Myślę, że niekoniecznie, ale po serii wyborczej w 2015 musiałem wyrzucić kilku rozgorączkowanych znajomych, którzy nie dawali spokojnie zajrzeć na fb, bombardując mnie wyborczą propagandą lub usiłując zmusić do zajęcia wobec niej stanowiska.
Publikowanie skopiowanych z fałszywych profili fejków, memów z Demotywatorów jest uważane przez mało rozgarniętych PR owców za szczyt nowoczesnej kampanii wyborczej, Nie mogąc namówić nas do bezpośrednich spotkań, czy rozmów zarzucają wirtualna przestrzeń śmieciową propagandą jak jeszcze kilkanaście lat temu realną prostackimi ulotkami i plakatami. Jest w tym szaleństwie duża szansa na skuteczność, ale szybciej niszczy się kolejny nośnik informacji niż go pożytkuje. Jak dobrze wykorzystać sieć do zdobywania sympatyków i wyborców? Jest wiele metod, ale nie mam zamiaru robić tu wykładów. Poza tym wiedza kosztuje;-).
Wracając do śmiecenia w necie. Jeśli jest w tym działaniu coś, co z fascynacją obserwuję to intelektualne staczanie się ludzi, którzy uwierzyli, że udostępniając fałszywe lub co najmniej zmanipulowane informacje, a następnie kupując sobie pod nimi like’i, czy pochlebne komentarze nieistniejących internautów, ewentualnie paru znajomych. Fascynuje mnie ta ślepa wiara, że czytają te wpisy wyłącznie ślepi, głusi i niemowy, wszyscy razem pozbawieni narządu zwanego rozumem, pozwalającego ocenić dane wpisy.
Co mam powiedzieć spotykając po latach kumpla ze studiów, którego życie obserwuję na fb, gdzie w ramach kampanii wyborczej powiela rzeczy nieprzystojące absolwentowi wyższej uczelni, którą razem kończyliśmy? Miłosiernie nie chcę podawać tu przykładów, bo wpis jest raczej przestrogą, że w sieci jak w życiu są ludzie głupi, przeciętni i … inteligentni. Są też w niej ludzie, którzy znają nas od lat i czasami nie mogą pojąć, czy ten nasz kolega, czy koleżanka, co to na studiach to i owo, a teraz w życiu aż się zmieniło.
Tylko krowa nie zmienia poglądów. Fakt. Ale nie wiem, czemu wolę być krową, niż kozą.