Wszystkie wpisy, których autorem jest Grzegorz

Koniec dowolnej miłości?

Przez lata zastanawiałem się czemu zadeklarowane i walczące feministki plus wspierających ich panów nie drażniło sprowadzanie przez show-biznes kobiety do postaci skąpo odzianej istoty, której zadaniem było skłanianie do wyboru pomiędzy masłem a margaryną lub zadawalającej chucie tzw. macho, czyli gromady niedojrzałych emocjonalnie lub wprost nieco wybrakowanych fizycznie i psychicznie facetów. Branże reklamowa, rozrywkowa i porno żerowały na kobietach bezwzględnie czyniąc z nich w najlepszym przypadku bezwolne wieszaki na ubrania, bez głosu najmniejszego sprzeciwu sufrażystek. Więcej słyszało się o obrońcach zwierząt futerkowych, czy walczących o prawa Indian amazońskich, niż o tych którzy by protestowali przeciwko konkursom na Miss wszelakie. Nikt nigdy nie ukrywał, że choćby na ten wielki  i mały ekran najkrótsza droga wiodła przez łóżka producentów, reżyserów, sponsorów czy aktorów. Ba kolorowe magazyny na pierwszych stronach umieszczały gorące romanse na planach zdjęciowych, czy zmiany partnerów gwiazd telewizyjnych anten.  Seks był wpisany niemalże w konstytucje świata reklam i rozrywki. Owszem od czasu do czasu ktoś kogoś oskarżył o molestowanie, nadużycia wobec nieletnich, narkotyki etc. Sprawa znikała z gazet zaraz po pierwszej ugodzie z pokrzywdzonymi, suto opłaconej przez kolejną gwiazdę. Ile spraw było sfingowanych, a ile nawet nie ujrzało światła dziennego nie wiadomo. Faktem jest to, że oprawcy spokojnie odbierali kolejne nagrody, podpisywali kontrakty i rozdawali  miliony zdjęć fanom, uczestniczyli w kolejnych upojnych przyjęciach, szaleństwach na jachtach, epatując półnagimi ciałami, ustanawiając kolejne wzorce szczęścia i sukcesu. Sukces był przepustką do szczęścia. A szczęście to wolność i dowolność, także ta zahaczająca o ból i przemoc. Wielkim można było więcej, Roman Polański latami unika odpowiedzialności chroniony nie tylko przez adwokatów, ale i rządy państw. Biznes jest biznes. Pieniądz, który można było zarobić na kolejnym filmie, reklamie była ważniejszy niż człowiek.

I oto niemal z dnia na dzień na naszych oczach dokonuje się coś na poziomie przewrotu kopernikańskiego. Nikt nie tylko nie broni Kevina S ., ale nie waha się wyrzucić mnóstwo pieniędzy za usunięcie go ze zmontowanego już filmu, zakończyć legendarny serial. Spacey staje się początkiem serii. Producent, aktorzy, dziennikarze, politycy. Dzień po dniu, konferencja po konferencji. Tak zmienia się świat nie tylko „szołbiznesu”. Padają mity, pomniki. Rewolucja seksualna wydaje się ponosić klęskę. A świat uważany za lewacki  i postępowy staje … pruderyjnym i konserwatywnym obyczajowo.  Czyżby czeka nas powrót epoki wiktoriańskiej? Golizna zniknie z reklam, swoboda obyczajów z rozrywki? Tak, ale pod warunkiem, że da się to przeliczyć na pieniądze. Wolność seksualna być może już się przejadła Być może pokazano już wszystko i zarobiono na tym pieniądze. Być może czas na inne emocje, inne wartości. Być może ktoś to przeliczy i zadecyduje co przyniesie więcej kasy. Tego ja nie wiem, choć cały czas czekam na nasze polskie wyznania. Na podjęcie śledztwa w sprawie pedofili na Dworcu Centralnym, ujawnienie listy klientów dilera celebrytów. Czekam nie dla zaspokojenia jakiejś żądzy sensacji, ale by zrozumieć zawrotne kariery nie tylko w świecie polskiej rozrywki, ale i polityki.

Króliki

Zaiste nie wiem kto jest doradcą ds. wizerunku Jego Książęcej Mości  Ministra Zdrowia, ale jeśli ktoś taki istnieje, to jest na podwójnej gaży. Minister Radziwiłł ze zdumiewającą łatwością zmierza do gabinetu kolegi o specjalności chirurg – ortopeda. Nogi ma totalnie postrzelane, więc zaczął szukać miejsca wyżej. Kampania mająca skłonić mnie bym jak królik dbając o zdrowie był prokreacyjny, jest delikatnie rzecz ujmując obarczona tyloma kontekstami, skojarzeniami, że z pewnością będzie płodnym (to nie jest przejęzyczenie) tematem niedwuznacznych dowcipów i kabaretowych skeczy.  Osobiście jako niegdyś nieletni  hodowca w  królików śmiem zauważyć, że to nie Pan królik, ale Pani królikowa zdolna jest nie w ciągu życia, ale ledwie roku urodzić w kilku miotach nawet 70 królicząt. Pan królik, nie praktykujący monogamii, może się szczycić kosmicznymi jak na ludzką wyobraźnię wynikami. Tym samym żyjącemu w wieloletnim ludzkim stadle monogamicznym przychodzi zadać pytanie Jego Króliczej Mości, jak mam naśladować owe króliki? Gryźć marchewkę z cudzych grządek, kicać po łąkach i … trzy kropki zostawiam Państwa wyobraźni. Mojej już po pierwszym obejrzeniu przesłanie „kto, jak kto, ale my króliki wiemy, jak zadbać o liczne potomstwo. Jeśli chcesz kiedyś zostać rodzicem, weź przykład z królików ” wystarczy do awansu Ministra z Księcia na Król(ika).

A na poważnie.  Szkoda, że ta „szutka” kosztuje nas 2,7 mln złotych, które wydane na leczenie bezpłodności  przyniosłoby radość może nie kilkuset tysiącom, ale kilkuset ludzkich par.

Prohibicja

Grupa posłów PiS proponuje zmiany w ustawie o wychowaniu w trzeźwości. Wśród wielu raczej przemilaczanych zmian najgłośniej dyskutuje się o zakazie sprzedaży alkoholu między 22 a 6 rano. Zakazu, którego zasadniczo … nie ma, bo ustawa daje wyłącznie możliwość wprowadzenia ograniczenia samorządom i to tylko odnośnie punktów handlowych. Żeby było jasne uważam, że takie rozwiązanie jest jak najbardziej logiczne i godne wsparcia. Samorządy najlpeiej znają problemy swych mieszkańców, wiedzą też czy wogóle ktoś sprzedaje legalnie alkohol po 22.00 ( mam nadzieję, że „ofiarą” padną stacje benzynowe sprzedające nie tylko paliwo autom). Prohibicja nie będzie całkowita bo ustawa nie zajmuje się lokalami gastronomicznymi, gdzie można spożywać do oporu i … Parlamentem RP, gdzie nadal legalnie każdy poseł, senator i jego goście mogą kupować i pić każdy alkohol. Zaiste nie rozumiem dlaczego Sejm i Senat RP oraz nasi wybrańcy (bo nie pracownicy) mogą robić to co jest teoretycznie zakazane każdemu z nich w innym miejscu. Teoretycznie bo przecież nikt nie odważy się podać alkomatu posłowi w czasie wizyty w szkole lub podczas podróży, kiedy pijanego może wywalić każdy kierowca, czy konduktor.  Tłumaczenia o szczególnych warunkach pracy, gościach etc. to dziecinada. A twierdzenie, że w tej kadencji nikt nie widział na sali posłów pod wpływem brzmi jak clintnowskie „ale się nie zaciągałem”. Inna sprawa, że trudno inaczej pojąć niektórych zachowań naszych dzielnych reprezentantów narodu.

Na oddzielny tekst zasługuje wytyczne co do profilaktyki, ale o tym najlepiej gdy wypowiadają się specjaliści tj, policjanci, lekarze, rodziny alkoholików, a w najmniejszym stponiu ci co walczą z chorobą i jej skutkami ulotkami i wykładami.

 

Fala hejtu

Krótko.

Ktoś ni to mądrze ni to głupio napisał, że PBS (Premier Beata Szydło) wywołuje falę hejtu wobec lekarzy rezydentów.  Inny zaś stwierdził, że PiS hejtuje sędziów, ktoś o hejtowanie Kościoła i księży oskarżył opozycję, a następny nienawiść do żołnierzy wyklętych przypisał każdemu kto prosi o spokojne podejście do tematu  etc. Sam oberwałem za wpis o tym, że powszechny dostęp do broni w Polsce to słaby pomysł.

Zanim zostanę shejtowany za ten wpis pozwólcie, że zapytam nas obywateli, czy jest wśród nas jakaś grupa zawodowa, społeczna, polityczna etc. której nie hejtujemy?

Nie lubimy sędziów, prokuratorów, policjantów, nauczycieli, polityków, samorządowców, urzędników, lekarzy, pielęgniarzy, budowlańców, rolników, mechaników, akwizytorów, handlowców, klientów, pacjentów, petentów, uczniów, rodziców, kobiet, mężczyzn, dzieci, staruszków, leśników, ogrodników, grzybiarzy, wczasowiczów, kierowców, pieszych rowerzystów, kolejarzy, taksówkarzy etc, etc, etc

Nie lubi ich społeczeństwo złożone z sędziów, prokuratorów, policjantów, nauczycieli, polityków, samorządowców, urzędników, lekarzy, pielęgniarzy, budowlańców, rolników, mechaników, akwizytorów, handlowców, klientów, pacjentów, petentów, uczniów, rodziców, kobiet, mężczyzn, dzieci, staruszków, leśników, ogrodników, grzybiarzy, wczasowiczów, kierowców, pieszych rowerzystów, kolejarzy, taksówkarzy etc, etc, etc

Ludzie lubcie się choć trochę nie tylko na wiosnę.

 

Człowiek spoza układu.

Przez osiem lat swych rządów Platforma Obywatelska swych rządów, wytykała Prawu i Sprawiedliwości obstrukcję wszelkich ponad partyjnych spotkań, czy inicjatyw. PiS przyjął konsekwentną politykę odmawiania legitymowania swą obecnością władzy, z którą organicznie się nie zgadzał.  PO nie sprawiała wrażenia szczególnie tym faktem zmartwionej, ale dla jakości życia publicznego tego typu postawy są co najmniej degradujące. Dziś Prawo i Sprawiedliwość nazywa swą opozycję totalną, a ta stara się odróżnić od rządzących obstrukcją. Gdyby nie fakt, że rzecz dotyczy naszej Ojczyzny, można by uznać takie relacje za niedojrzałe i śmieszne. Niestety dotyczą one ludzi podejmujących codziennie tysiące decyzji mających wpływ na nasze, obywateli życie.

Politykom PO wydaje się, że przyjęcie postawy PiS sprzed dwóch lat, sprawi, że za następne dwa lata znużony obecnymi rządami elektorat padnie na kolana i powierzy im władzę nad sobą. Stosowanie w politycy prostych analogii, to prosta droga do klęski. PiS rzeczywiście było twardą opozycją, bo tego oczekiwał jego elektorat, uznający każdy kontakt z władzą PO-PSL za ocieranie o zdradę. Wyborcy PO mogą równie nienawidzić obecnej władzy, ale oczekują od swej partii choćby pozorów konstruktywności, a przede wszystkim inicjatywy. A z tym akurat PO ma więcej niż kłopot.

PiS nie jest partią bezbłędną. Ba, popełnia seryjne błędy i co gorsza zdarza się mu w nie bezkrytycznie brnąć. Szczzególnie boli powielanie poprzedników i to rozkoszne tłumaczenie, że tamci też robili to samo. Jednak przy takiej opozycji jakiej przewodzi PO można pozwolić sobie na nawet o wiele za dużo. Platforma nie jest opozycją totalną. Platforma jest opozycją totalnie nieporadną, a czasami nawet śmieszną, do tego stopnia, że warto postawić pytanie, kogo dziś reprezentującą. Nie mam tu namyśli skojarzeń politycznie zaangażowanych kolegów po piórze, którym w głowie wyłącznie poszukiwanie zagranicznych mocodawców i powiązań. Tymże polecam czasami zimny kompres na głowę, bo pianie zachwytów na przykład na sukcesem AfD, czy Brexitem, M. Le Pen  nie świadczy o przenikliwości poglądów, a o bardzo wielkiej krótkowzroczności. Choć na marginesie szczyty w tej kwestii zdobywa europoseł Czarnecki, który ostatnio błysnął komentarzem, że Merkel i Macron ponieśli w wyborach klęski bo krytykowali Polskę. Cóż, jednak spodziewać się po człowieku, który zanim został eurodeputowanym PiS, zdążył być parlamentarzystą ZChN i Samoobrony i nie widzi  nic zdrożnego w moralizowaniu innych, czy w wspieraniu politycznej kariery najbliższych.  Tolerowanie nie tylko takich wykwitów politycznej przenikliwości wcale nie ujmuje PiS zwolenników, ale systematycznie powiększa ich grono. Dlaczego?

Czy Polacy, a głównie zwolennicy Prawa i Sprawiedliwości są pozbawieni wrażliwości i umiejętności oceny rzeczywistości? Oczywiście, że nie. Bardzo duża grupa moich znajomych, którzy jeszcze dwa lata temu ostro dopingowali partię J. Kaczyńskiego, dziś wraca do tego bardzo niechętnie, to nie oznacza, że od tej partii się odwrócili, czy zmienili sympatię. Oni nie mają żadnej alternatywy. I nie chodzi o wielkie rowy wykopane pomiędzy partiami, Polacy w większości w dniu wyborów podejmują bardziej racjonalne decyzje niż się partyjnym spin doktorom się wydaje. Dziś o sile PiS nie decyduje program 500 plus (którego nikt nie ośmieli się przez co najmniej 10 lat dotknąć, aż zabije go inflacja), ale bezczynność opozycji, która nie ma lidera, pomysłu, energii by wykorzystać rozliczne okazje. Charyzmatyczność Schetyny, Petru, Kosiniaka, a nawet Kukiza są przedmiotem skeczów kabaretowych, a nie bólu głowy J. Kaczyńskiego i trudno sobie dziś wyobrazić coś co by to mogło zmienić. Niemniej prezes PiS wie, że ten stan nie będzie trwał wiecznie i bliższej lub dalszej perspektywie, albo wewnętrzne konflikty, albo całkowicie przypadkowy trybun ludowy mogę zmieść obecną władzę. O ile konflikty wewnętrzne można kontrolować, o tyle tego drugiego w czasach mediów społecznościowych się najzwyczajniej nie da. Tak jak nikt dziś nie wie kim będzie, kogo będzie reprezentował, na jakiej fali niezadowolenia wypłynie, tak można spodziewać się tego kogoś i mieć pewność, że nie będzie to żaden z obecnych liderów partii opozycyjnych, a nawet można założyć, że nie będzie to człowiek z nimi związany.

Opozycyjni liderzy marzą by w ich przypadku ziścił się sen i polskim Macronie. J. Kaczyński ma i w tym względzie przewagę nad nimi, bo Macron jest we Francji zjawiskiem wtórnym. Polska wykreowała kogoś kto jest pierwowzorem Macorna. Jeśli dokładnie porównać okoliczności karier politycznych i efektowych zwycięstw prezydentów Polski i Francji łatwo dostrzec kto był pierwszy. Polska demokracja przyspieszyła i czeka na człowieka totalnie spoza obecnego układu.

 

Kasty

Wiele się mówi o uprzywilejowanych kastach w Polsce. Objętych immunitetami, zwolnionych z różnych odpowiedzialności prawnych i finansowych, konieczności płacenia kar, objętych przywilejami emerytalnymi, nieuiszczających składek na ZUS, posiadających absurdalne przywileje podatkowe. W kontekście tzw. kasty sądowej wkurza mnie możliwość szastania pozwami przez parlamentarzystów wobec obywateli przy jednoczesnym braku możliwości złożenia zawiadomienia przeciw nim za np. obrażanie mojej inteligencji, uczuć nie tylko religijnych, pogarszanie mojej sytuacji materialnej przez podejmowane błędne decyzje, albo uszczęśliwianie mnie na siłę oczywiście moim kosztem.

Zgadzając się na konieczne dokonanie głębokiego przeglądu nie tylko sądów, ale wszystkich zawodów prawniczych, które współodpowiadają za powszechne wrażenie niesprawiedliwości w Polsce, w pierwszej kolejności apeluję do polityków o sprowadzenie siebie, wzorem wyżej rozwiniętych państw, do poziomu zwykłych obywateli. Jesteście wyjątkowo nielubianą  i niepopularną grupą w Polsce i o dziwo wcale wam to nie przeszkadza. Naród, suweren lub jak inni nas zwią – społeczeństwo w pierwszej kolejności oczekuje od was ograniczenia Bizancjum jakie sobie pod pozorem służby publicznej zafundowaliście oczywiście na nasz koszt. Przemawiacie i czynicie wszystko rzekomo w naszym imieniu, ale dziwnym zbiegiem okoliczności jesteście głusi na nasze postulaty dotyczące ograniczenia immunitetu, możliwości rozliczania was w ciągu kadencji, odebrania przywilejów podatkowych. Skutecznie badacie nasze dochody, ograniczacie dostęp do stanowisk i urzędów, stawiacie oskarżenia o nepotyzm, kolesiostwo, lecz co sami czynicie? W tym momencie przypomina mi się fragment starej księgi ‚Mówią bowiem, ale sami nie czynią.  Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą.  Wszystkie swe uczynki spełniają w tym celu, żeby się ludziom pokazać. Rozszerzają swoje filakterie i wydłużają frędzle u płaszczów. Lubią zaszczytne miejsca na ucztach i pierwsze krzesła w synagogach. Chcą, by ich pozdrawiano na rynkach i żeby ludzie nazywali ich Rabbi „.  Dwa tysiące lat później słowa Jezusa z Nazaretu nie straciły na aktualności. Dziś podobnie wszyscy się pod nimi podpiszą, adresując do drugich z pominięciem siebie.

Ledwie zapowiedziałem tekst na fb a już ktoś zadał mi pytanie, a co ci chodzi.  Inny zapytał o kogo chodzi. Czy jestem aż tak naiwny, że na to uderzenie poza nożycami, odezwą się sumienia? Aż tak naiwny nie jestem. Jak mawiał klasyk „Ty Duda nie mieszaj polityki z moralnością”. Jest też jednak sentencja „Qui tacet consentire videur”. Nie tylko politycy liczą na naszą bierność, ale akurat w ich przypadku to nasze milczące potakiwanie, sprawia, że nie żyje się nam na miarę naszych aspiracji. Egzekwowanie banalnego „mamy prawo wymagać”, jest jedynym antidotum na zapędy każdego bez wyjątku wybrańca, któremu się wydaje, że działanie w naszym interesie można sprowadzić wyłącznie do słów wypowiadanych z coraz gorzej ukrywaną ironią.

PS Tekst nie jest o jednej konkretnej partii, ale o całej klasie politycznej. Ludzi wymykających się tej gorzkiej diagnozie (a są tacy), nie przepraszam, bo niestety swoją biernością wobec działań swych kolegów wspomagają ich. Bo też przypomnę Od tych, którym dano wiele, wiele wymagać się będzie.

 

Poprawiane życiorysy

28 lat temu wielu ludzi obudziło się w Polsce, która już nie nagradzała talonem na samochód, paszportem, mieszkaniem w wielkiej płycie, działką rekreacyjną nad morzem lub Liwcem, ale w kraju, w którym liczyło się, czy  z tamtą Polską się jakoś jeśli nie walczyło, to przynajmniej nie było się jej pupilkiem. Zaczął liczyć się życiorys. Partyzant z AK, wywłaszczony przez Bieruta, choć raz spałowany na demonstracji, znakomicie gdyby przynajmniej internowany, roznoszący bibułę, były figurant etc. Każdy kto się urodził przynajmniej w latach 60 tych, wie, że takich ludzi z życiorysami wcale aż tak dużo nie było. Nie brakowało jednak takich, którym wyrwano spod głowy poduszkę przez co zdrowo przywalili w deskę. Oczywiście zdecydowana większość Polaków nie była ani bohaterami, ani pupilkami, ale tym niezależnie od czasów wiatr częściej w oczy, niż władza na rękę. A władza choć wydawałoby się odmieniona, twórczo rozwijała motyw wspierania jednych, tępienia drugich, zostawiając samym sobie większość. Oba systemy łączyli … koniunkturaliści. Ludzkie kameleony zmieniające bez wahania sympatie, partie, układy  byle zawsze być jeśli nie przy stole, przynajmniej pod stołem, gdzie po cichutku nie tylko łatwiej przetrwać do następnej zmiany zastawy, ale i zdrowe podjeść można.  Harująca na co dzień większość nawet nie zdaje sobie sprawy, że pod tym stołem istnieje rozwijany przez kolejne ekipy system fundacji, agencji, stowarzyszeń, instytutów zgrabnie przyssanych do budżetu, umożliwiający całkiem fajne synekury. Takie talony na maluchy, mieszkania w wielkiej płycie i paszport made in III RP.

By dostać się do stołu lub co chyba lepsze pod stół jak zawsze potrzebny był i jest życiorys. W PRL naliczono co najmniej kilkadziesiąt tysięcy partyzantów, którzy „zrobili” sobie zdjęcie z Moczarem na białym koniu w lasach świętokrzyskich.  Wszyscy dostali sute renty kombatanckie. Spanie na styropianie lub internowanie też okazało się dla wielu (bo nie dla wszystkich) znakomitą przepustką do lub pod stół. Odszkodowania za internowanie rodzica dostały nawet niemowlaki, ale nie wszystkie. Tak jak w PRL picowano zdjęcia, tak w II RP zaczęła się masowe retuszowanie lub tworzenia od zera życiorysów. Myliłby się każdy kto sądzi, że działo się to 20 lat temu. Mam wrażenie graniczące z pewnością, że właśnie przeżywamy apogeum tego zjawiska.

Licząc na upływ czasu, ludzką niepamięć, czy przynajmniej na zobojętnienie wobec fałszu, którego tak pełno wokół, pupilki PRL dziś korzystają ze skłócenia styropianowców, gumkują ze swych c.v. przynależność do nieboszczki partii, hojne nagrody i odznaczenia za utrwalanie i wspieranie władzy ludowej, a najbardziej bezczelni wprost obwołują się Wallenrodami. Obserwując ten proces z więcej niż obrzydzeniem, mam czasami ochotę temu czy owemu coś przypomnieć, ale nie wiem czemu jestem pewien, że w prawda w tej konfrontacji jest skazana na porażkę. Władza bowiem ma tę przypadłość, że zawsze potrzebuje lizusów i ludzi zdolnych do każdego świństwa, a nikt tej roboty nie nadaje się lepiej niż ktoś bez moralnego kręgosłupa. Z pewnych powodów takich ceni się wyżej niż tych co w większości cicho pracują na siebie i tych co przy i pod stołem.

Dlatego zamilczę dziś nad tymi co wypierają się pracy  w studenckiej rozgłośni skąd za donoszenie na kolegów zostali wyrzuceni, ani o tych co swe wielkie pieśni patriotyczne pieśni popełniali na całkiem inną okoliczność i z politowaniem popatrzę na tych co 30 – 40 lat temu nie mieli okazji oberwać pałą od zomowca, szukają nad ranem orderów kopiąc się z policjantkami, albo rwą się na blokady z tymi, którymi pogardzają. Trochę z wyboru, trochę z przymusu nie będę płakał, żem z tymi co zawsze pod wiatr, może dlatego, że jak oni w swym c.v. niczego nie chcę poprawiać.

W obronie własnej

Ilekroć trafiam na dramatyczne informacje o kolejnych zaginięciach, brutalnych pobiciach, zgwałceniach zapewne nie różnię się od odruchów większości z nas. Współczucie, gniew, myśl o jakiejś formie odwetu, która przemija najszybciej, choćby ze względu na brak bezpośredniej możliwości podejmowania działania. Potem przychodzi czas na zapoznanie się ze szczegółami zdarzenia i wtedy pojawiają się też racjonalne pytania: dlaczego to się stało, czy stać się musiało, jak zapobiegać podobnym zdarzeniom w przyszłości. Pytania, które polityczna poprawność skazuje na brak odpowiedzi, bo samo ich postawienie ma rzekomo uderzać w ofiary lub co gorsza usprawiedliwiać sprawców.

Każde życie i zdrowie jest bezcenne i każdy kto krzywdzi drugą osobę musi ponieść określoną karę. Też mam tak czasami, że za niektóre czyny łamałbym wpierw kołem, a potem gotował na wolnym ogniu, ale wiem też, że za takimi myślami, całkiem naturalnymi, przychodzi czas na logiczne pytania o okoliczności, które nie są bynajmniej jakoby niektórzy chcieli usprawiedliwianiem zbrodniarzy kosztem ofiar. To czas na pytanie czy jeśli istnieje zło, to mamy się narażać na jego działanie, przez własną lekkomyślność lub zaniedbanie zasad bezpieczeństwa. Czy można winić maszynistę gdy ktoś bezmyślnie wtargnie pod pociąg? Nic nie usprawiedliwia zbrodni, ale tym co wciąż żyją warto wyciągnąć z niej wnioski, by uniknąć w przyszłości losu ofiary. Tymczasem analizując na chłodno kilka ostatnio opisywanych dramatów, trudno się ustrzec pytania, czy ich ofiary swą lekkomyślnością, brakiem wiedzy, doświadczenia, lekceważąc ostrzeżenia, czy rady bliskich lub doświadczenia innych, nie ułatwiły swym katom działania. To też bardzo zasadne pytanie do opiekunów, bliskich, przyjaciół, czy dołożyły wszelkich starań by przestrzec, zatrzymać ofiary.

Oczywistą prawdą jest to, że niezależnie od pory dnia i miejsca nikt nie ma prawa naruszać naszej cielesności. Niemniej zło istnieje i nie zważa na nasze prawa, stąd musimy brak pod uwagę ryzyko jakie się wiąże z lekceważeniem zakazu spacerów nocą po plaży. Skoro ktoś wystawił takie ostrzeżenia, to znaczy, że miejsce i czas są obciążone ryzykiem. Nie zmienia to mojego potępienia dla zwyrodnialców, czy współczucia dla ofiar, ale jest to dramatyczne przeświadczenie dla innych, że nic nie zwalnia z dbałości o własne bezpieczeństwo. Na przestrzeni kilkunastu miesięcy mieliśmy do czynienia z zaginięciem młodej dziewczyny wracającej do domu nad ranem przez park. Śmiercią kobiety wracającej z mocno zakrapianej imprezy w towarzystwie niezrównoważonego znajomego. Uduszeniem w mieszkaniu poznanego ledwie miesiąc wcześniej człowieka oskarżonego o gwałt. Dramatem dziecka torturowanego przez zwyrodniałego pracodawcę rodziców. Pobiciem i zbiorowym gwałtem nocą na plaży, na którą o tej porze zakazano wstępu. Niewyjaśnioną śmiercią kobiety samotnie wyjeżdżającej na wakacje w Egipcie. Za każdym z tych wydarzeń ukrywa się zbytnia ufność, wiara, że nic się nie stanie, że zło, nieszczęście mnie nie dosięgnie. W żadnym z tych wypadków sprawcy nie wdzierali się do domów, hoteli, nie atakowali przypadkowych ofiar, ale wykorzystywali nadarzającą się okazję. Nie można dla zachowania szacunku dla ofiar, zrozumienia dla cierpienia bliskich, czy głupio pojętej politycznej poprawności, udawać, że samo schwytanie i surowe osądzenie sprawców przyczynią się do uniknięcia podobnych sytuacji w przyszłości. Jeśli ktoś wierzy, że można wyłapać wszystkich przestępców zanim popełnią zbrodnię, albo stosując wobec nich wysokie kary skutecznie zabezpieczyć przed nieszczęściami społeczeństwo, to wykazuje wyłącznie naiwność, a nie odpiwedzialność za nasze bezpieczeństwo.

Przez lata współorganizowałem wyjazdy do Izraela. Nigdy nie przeżyliśmy tam sytuacji zagrożonia naszego bezpieczeństwa, choć Ziemia Święta nie ma opinii najbezpieczniejszego miejsca na globie. Zawsze jednak stosowaliśmy zasady bezpieczeństwa, które narzucają wiele ograniczeń, ale pozwalają spokojnie zwiedzić miejsca święte i powrócić do domu. Dzisiejszy świat nie jest wbrew naszym oczekiwaniom bezpieczny. Nie wiemy czy bezpiecznie dotrzemy do pracy, czy w domu nie zdarzy się na wypadek. Nie wszystko da się przewidzieć, nie da się uniknąć pułapek, ale też nie możemy żyć w przekonaniu, że nasze zdrowie, życie, majątek są nie naruszalne, a nasze zachowanie nie ma wpływu na nasze bezpieczeństwo. Jest takie stare powiedzenie „nie kuś losu”. Nie dotyczy to tylko wykonywania ryzykownych akrobacji, jazdy z nadmierną prędkością, ale też dwuznacznego zachowania, które może uruchamiać działanie innych, przebywania wbrew ostrzeżeniom i radom w nieodpowiednim miejscu i czasie, etc. Każdy dramat musi być jakąś nauczką także dla nas. Skłonieniem do zawahania nad konsekwencjami,, zrozumieniem, że zło jest czymś realnym, co może nas dotknąć i nie należy mu ułatwiać działania lekkomyślnością.

 

Polokultura

Zdecydowanie  nie chcę nikogo urazić, czy obrazić, ale patrząc na zdjęcia z festiwalu disco polo, rwie mnie jak ząb pytanie dokąd doszliśmy przez 30 lat jako społeczeństwo. Jeszcze w latach 80 tych wydawaliśmy ostatnie pieniądze żeby dostać się na koncert Republiki, Perfectu, Lady Pank,  TSA, T.LOVE, etc. Koncertów organizowanych w największych halach, czy nawet na stadionach. Dziś hale i stadiony wypełnia Zenek Maryniuk, którego Oczy zielone wylansował po jednym meczów Kamil Grosicki.

Kultura jest czymś co definiuje nas jako ludzi zarówno indywidualnie jak i zbiorowo. I jakkolwiek nie uznaję za przejaw kultury tarzania się w śmieciach, plucia komuś pod nogi, eksperymentowania z profanowaniem wszelkich świętości, niezależnie od religii, a także odmawiam przymiotnika kulturalny każdemu, kto kłamie, wyzywa innych, to także trudno mi się pogodzić, że mój naród definiowany jest przez pryzmat częstochowskich rymów w przekazie, wobec kutego folklor ludowy wydaje się poezją.

Nie jestem fanem muzyki poważnej. kina moralnego niepokoju. Też lubię oderwać się od rzeczywistości oglądając Bonda, czy Misia. Słucham popu, smooth jazzu, hard rocka. Na pewno nie jestem przykładem snoba, zapatrzonego we własne widzi mi się, odmawiającego innym prawa do muz lekkich. Zdarza mi się na weselu zatupać, a nawet zatańczyć ten czy ów kawałek. To naturalne, że taka muzyka, piosenka ma pełne prawo funkcjonować. Ale czy to oznacza, że ma dominować? Zagłuszać coś co nie tylko karmi nasze codzienne uczucia, ale zmusza zadawania sobie pytań wyższego rzędu? Nie mam nic przeciwko temu że przy grillu wytupiemy, a nawet wykrzyczymy refren Zenka, ale gdy jednocześnie znajdziemy czas i miejsce dla kogoś kto słowem, obrazem, dźwiękiem zmusi nas zadania sobie pytania kim jestem, po co tu jestem, co zrobić by uczynić świat lepszym. Tego raczej nie znajdziemy w prostych rytmach i przekazie, że żyję tylko po to by pić, jeść i bawić się.

Obrońcy narodu i polskiej kultury żyją w sosie wielkiego międzynarodowego spisku, którego celem  jest nasze  wyjałowienie  intelektualne i kulturowe. Straszą nas multikulti i uchodźcami. A jednocześnie milczą, gdy  w prime time narodowej telewizji królują disco polo i romskie romanse. Gdzie Panie Jacku Kurski wychowany na Okudżawie, i Wysockim  jest miejsce na kulturę nawet nie wysoką, ale ciut wyższego rzędu? Gdzie młodzi wrażliwcy mają pokazać się publice? Narodowy Rządzie gdzie to wsparcie kultury na szczeblu lokalnym? Środki na sale, zajęcia, instruktorów.   Nie wystarczy potępić, a nawet zakazać Klątwy. Łatwo wydać zaoczny wyrok na Idę, a nawet zamówić antyPokłosie. To tylko słowa i gesty, bo czynem jest wydanie 80 tys złotych na kwadrans sylwestrowego  playbacku. 80 tys. złotych to miesięczny budżet ośrodka kultury powiatowego miasta.

Łatwo jest szukać wrogów na zewnątrz, trudno się uderzyć we własne piersi i przyznać, że podczepiając do tego co tanie, łatwe i przyjemne by zyskać podobną popularność dla zdobycia paru punktów w sondażach, sami kopiemy grób temu co ten naród definiuje.

Wyjęci spod prawa?

Od 1 kwietnia ubiegłego roku panuje powszechne nawet wśród opozycji przekonanie, że oto pięć stówek miesięcznie uczyniło polskie rodziny szczęśliwszymi, bowiem życie stało się lżejsze. Nawet ja zazdrosny już brak wcześniej takowego wsparcia ojciec dorosłych dzieci, nie zamierzam dyskutować z prostym faktem, że lepiej mieć te pięć stówek w portfelu, niż ich nie mieć. Niemniej nie jestem pewien, czy rzeczywiście te pieniądze aż tak znacząco zmieniają sytuację polskich rodzin jak się powszechnie ogłasza.

Co czteroosobowa rodzina zyskuje przez otrzymanie 500 złotych? Faktycznie 250 złotych na dziecko. To jakieś 15 procent płacy minimalnej. Rocznie uzbiera się całe 3000 tysiące złotych. Ładna sumka. 500 złotych to maksymalnie 10 dni opieki niańki, a miesiąc ma zdecydowanie więcej dni. Przez 18 lat można odłożyć na studia, 10 metrów kwadratowych mieszkania, ale w skali miesiąca ledwie pokryjemy wydatki związane czy z ubraniem, czy uczęszczaniem do szkoły, można tę kwotę przeznaczyć na kilka godzin korepetycji itp. Potrzeb jakie generuje dziś dziecko jest tak dużo, że jakkolwiek dobrze mieć niż nie mieć 500 złotych ekstra, trudno sądzić, że kwota pozwala dokonywać szalonego skoku cywilizacyjnego.  Zwłaszcza, że wbrew oficjalnym zapewnieniom koszty życia w Polsce są porównywalne z krajami wysoko rozwiniętymi, ale płaca ledwie dotyka połowy tego co może zarobić przeciętny Francuz, czy Niemiec. Po cichu wcale nie pełza, ale galopuje inflacja, bo choć ceny zmieniają się systematycznie, acz nie skokowo, to handlowcy dokonują cudów, byśmy za mniej płacili więcej. Oszustwa polegające na zaniżaniu wagi, wypełnianiu np. żywności powietrzem, wodą, tłuszczem, zmniejszanie gramatury tego nie trzeba nikomu udowadniać. Gdzie jest PIH, UOKIK? No właśnie.

Jest też jeszcze jedna kwestia, która szczególnie wkurza. Co roku wykładamy na tę dziedzinę życia ponad 100 mld złotych, z czego co najmniej 70 mld przez NFZ. I każdy komu na świat przychodzi szczęście pierwszą ścianą z jaką się boleśnie zderza, to nie tylko ceny pieluch, wysoki VAT na ubranka, drogie kosmetyki, czy odżywki, ale pieniądze, które musi dopłacić z własnej kieszeni do tak zwanej świetnie zorganizowanej opieki nad noworodkiem, niemowlęciem, czy dzieckiem. Tak bardzo naciskamy na stosowanie szczepień dzieci, ale tolerujemy szarą strefę podawania kilku szczepionek jednocześnie za 300 złotych, a szczepionki na pneumokoki za 1000 złotych. Oficjalnie i bezpłatnie nie można narażać dziecka na mix szczepionek, ale za pewną kwotę … . Na kontrolę noworodka, badanie przez okulistę, laryngologa, ortopedę za pośrednictwem NFZ można spokojnie poczekać do pełnoletności malucha. Świadomi możliwości medycyny przy wczesnym wykryciu wad i chorób rodzice sięgają do kieszeni i pędzą do dziecięcych specjalistów zapracowanych na państwowym, ale otwartych na prywatne 5 – 10 minut porady z wypisaniem recept . Ilekroć słyszę nałożeniu na kolejną grupę obowiązku posiadania kas fiskalnych, tylekroć się zastanawiam, skoro nawet prawnicy już takie kasy mają i używają. Skoro nawet sprzedawca papierowego lampionu z ryżowego papieru wciska mi do ręki kwitek, a moja zaprzyjaźniona od 20 lat właścicielka pensjonatu oburza się, gdy żartuję na temat zapłaty bez kwitu … to jakim cudem lekarze w swych prywatnych gabinetach bilety przyjmują, ale o małym skrawku paragonu zapominają. No nie wszyscy, ale zdecydowana większość.

Ile z tych 20 paru miliardów trafia do kieszeni medyków, nie mam bladego pojęcia. Tak jak też tego czemu akurat ta grupa zawodowa cieszy się wyjątkowym uznaniem fiskusa.