Zdaniem byłego belfra

Rzadko śledzę komentarze anonimowych internautów, bowiem jakoś nie przekonują mnie do siebie nawet Ci którzy bardzo rozsądne opinie kryją pod anonimowością. Niemniej dyskusja wokół zajęć w ferie w jednym z łukowskich liceów mnie zaintrygowała. Nie ma to co prawda otwartego chamstwa i agresji, ale rzuca się od razy ten znane mi z mojej paroletniej pracy w szkole hasło „nie rób więcej niż inni, bo oni tego nie lubią”.

Nie chce mi się pytać ile z tych „rodziców, studentów” są nimi rzeczywiście, a ile z nich to wkurzeni koledzy belfrów. Zakładając nawet, że część uczniów rzeczywiście woli na 100 dni przed maturą leżeć przed telewizorem do południa, a potem szukać sposobu by dotrwać do następnego dnia, że nie każdy widzi się na medycynie, a część być może zamiast konsultacji woli płatne korepetycje, które zaczyna się dawać już w szkole podstawowej, to zbyt wiele tych wpisów ma dziwnie spójną linię i stylistykę.

Znajomi nauczyciele znów krzykną, że się ich czepiam, że nie doceniam, że zapomniałem jak byłem jednym z nich, ale pozwólcie, że wspomnę swe dzieciństwo spędzone między szkołą a kościołem w Domu Nauczyciela. Moi rodzice byli dwuprzedmiotowcami i do 1981 pracowali sześć dni w tygodniu po 26 g pensum plus 13 godzin nadliczbowych a tata jako dyrektor szkoły miał ich 20. Nie miał sekretarki, pedagoga, ale za to dwa stopnie wizytatorów, którzy odwiedzali szkołę kilka razy do roku, bynajmniej w celach nie towarzyskich. Do mojej szkoły chodziło około 200 dzieci, a uczyło ją 8-9 nauczycieli, z których każdy miał co najmniej Studium Nauczycielskie. Wakacje zaczynały się w ostatni piątek czerwca, ferie wprowadzili pod koniec lat 70 tych. Nie było komputerów, nauczyciele jeździli na wycieczki, mieli kółka, SKSy, mnóstwo papierów do ręcznego wypisania, klasówki do sprawdzenia. Mam prowadziła jeszcze bibliotekę i co roku trzeba było wciągnąć masę nowych książek. Wakacje zaczynali gdzieś dwa tygodnie po końcu roku szkolnego, a rok szkolny zaczynała rada pedagogiczna na dwa tygodnie przed 1 września. Kiedy porównuję zakres wiedzy jaką mieli nam do przekazania, to obecni uczniowie mogą tylko odetchnąć z ulgą, ze to se nevrati. Skończyłem małomiasteczkowe liceum z którego jestem dumny i bez korków dostałem się na oblegane studia niezgodne z kierunkiem klasy. Z matematyki miałem dobry, ale dziś maturzyście nie drżą przed całkami, czy macierzami. Zadaniami z założonym błędem, który trzeba było znaleźć. Na studia można było zdawać raz do roku i to na jeden kierunek, korki dawali tylko doktorzy z uczelni, bo np. na filologię germańską na UMCS było 15 miejsc.

Do czego zmierzam. Myślę, że polska oświata jest bardzo chora i w każdym aspekcie. To nie tylko efekt spartaczonych reform, ale także dużo w tym winy nauczycieli. Polską szkołę należy podnieść, ale trzeba sobie zdać sprawę, że bez sensownego podniesienia wymagań, nie wzrosną ani płace, ani prestiż i szacunek do tego zawodu.

My naród?

Nie urodziłem się, ani nie wychowałem się w mieście, w którym mieszkam w sumie połowę swego życia. Jego historię poznawałem jak dziesiątki innych. Z perspektywy zawodów, który wykonuję. Tu zaczynałem swoją niezbyt długą pracę nauczyciela historii. Włócząc się po okolicy odkrywałem kolejne intrygujące okruchy przeszłości. W tym czasie nie istniał internet, a regionaliści dopiero zaczynali zbierać pamiątki, spisywać wspomnienia świadków historii, którzy czasami jeszcze z lękiem nie opowiadali bajek, ale sięgali po żywe w nich wspomnienia. Nie było jeszcze kamer, rekorderów, którymi można by te wspomnienia zarejestrować. A szkoda, bo dziś wielu amatorów tworzenia mitów i burzenia pomników, miałoby zdecydowanie trudniej mącić ludziom w głowach. Należę do ostatniego pokolenia, które nie przeżywszy II WŚ miało szansę o niej usłyszeć od autentycznych jej uczestników. Przeżyliśmy też rodzenie się pierwszej Solidarności, stan wojenny i narodziny demokracji. Może dlatego historia nie jest dla nas kwestią tego na czyje zamówienie jest pisana. Nie jest też czarno – biała. Nie stawiamy bezmyślnie nowych pomników, nie garniemy się do burzenia starych.  To nie jest dziś popularna postawa. Patrzenie na przeszłość z dystansu jej doświadczenia nie jest mile widziane. W dobie ultra szybkich mediów i nie ma czasu na dystans. Młodsi od nas chcą wszystkiego, także ocen, szybko, na już. Nie trzeba mówić, że to oznacza daleko idące uogólnienia. Nie ma drogi odwoławczej. Raz wydany wyrok, jest ostateczny. Wobec skomplikowaności materii ludzkiego życia, przyczynia się do pogłębiania podziałów. Historia przestaje na naszych oczach być ostatecznym i niepodważalnym kryterium wyznaczającego wspólnotę narodową, cofając nas do czasów plemiennych.

Łatwość z jakim cofamy się o całe tysiąclecie jest tym bardziej przerażająca jeśli przekonamy się, że najbardziej wrażliwe, najmłodsze pokolenie karmione biało czarną papką, przestaje być nią zainteresowane. Przyjmuje proste kalki za pewniki i bezkrytycznie je powiela lub pozostaje wobec nich obojętnymi. O przeszłości nie usłyszą już prawdy od rodziców, bo ci jej nie znają. Dziadkowie, świadkowie nie zweryfikują pisanych na zamówienie podręczników i politycznych artykułów. Nie czując więzi jakie narzuca wspólna przeszłość, zobojętnieją na teraźniejszość. Dezintegracja będzie postępować szybciej niż w czasach szczytu rusyfikacji i germanizacji, bo zamiast polskości czeka nas nijakość.

prawie 30 lat temu na Łapiguzie odkryłem zarośnięty wojskowy cmentarz z czasów I WŚ i wojny z Sowietami.  W dzień wagarowicza z pierwszą klasą moich wychowanków poszliśmy tam z grabiami i farbą. Niezdarnie odsłoniliśmy krzyże, których nie zniszczyła komuna, poprawiliśmy farbą litery. Do dziś moi uczniowie twierdzą, że bywają tam regularnie. Dobrowolnie, bo czują związek z tym miejscem. Ilu dzisiejszych sześcioklasistów za 30 lat odwiedzi to miejsce?

Zostanę anarchistą

Przez większość swego życia wydawało mi się, że cieszę się wolnością. Mogę myśleć, mówić, robić praktycznie wszystko, a jedyne ograniczenia wynikają wyłącznie z moich zdolności i możliwości. Nawet w komunie czułem się wolny na swej wewnętrznej emigracji, tworząc sobie mały, prywatny światek, do którego mogłem zapraszać kogo chciałem. Nie ze względu na wiek, który ma swoje prawa i narzuca nowe ograniczenia, ani też nie z powodu tej czy innej konkretnej władzy, coraz mocniej odczuwam utrat ę tego romantycznego poczucia osobistej wolności, którą ogranicza mi się pod różnymi pozorami, równie często, co przewrotnie tłumaczonymi troską o … moje dobro, wolność, bezpieczeństwo.

Nie ma we mnie przekonania obrońców słusznych praw kobiet, że świat sam z siebie powinien szanować moją nietykalność i miliony kamer śledzących już niemal mój każdy krok poza moim mieszkaniem, w jakimś sensie gwarantują mi, że w przypadku napaści wzrasta szansa na złapanie złoczyńcy. Poczucie odwetu na złoczyńcy, nie przywróci mi zdrowia, czy życia. Niemniej bardziej mnie uwiera ta świadomość ciągłej obserwacji, analizy moich zachowań, także pod kątem traktowania mnie, jako potencjalnego zagrożenia dla innych. Tak. Jesteśmy ciągle podejrzanymi o wszelkie bezeceństwa i bardziej chodzi o to by nas na nich złapać niż przed nimi ochronić. Ilość narzędzi, które służą zbieraniu o nas informacji i instytucji, które bez żadnej naszej kontroli, a nawet świadomości te informacje przetwarzają przerasta naszą wyobraźnię. To nie jest kwestia adresu, stanu cywilnego, numeru buta, czy nawet stanu zdrowia. To są informacje, które tylko z pozoru są pod naszą kontrolą. Kilkadziesiąt służb i instytucji państwa, tysiące firm codziennie przejmuje i przetwarza wiedzę na nasz temat, które być może zdradzamy tylko w konfesjonale, gdzie, co prawda wciąż obowiązuje tajemnica spowiedzi, ale dotyczy ona wyłącznie naszej relacji z kapłanem. 99 procent naszych grzechów jest już skatalogowanych w zasobach państwa oraz firm, które dzięki nim mogą docierać do nas z najbardziej wyrafinowanymi ofertami. Zasadniczo nie ma w tym żadnych ograniczeń i tylko krucha litera prawa chroni nas jeszcze przed wykorzystaniem tych informacji w sposób, który uczyni z nas niewolników. Od lat przywykłem do myśli, że moje rozmowy telefoniczne mogą być rejestrowane dla zachowania tzw. Bezpieczeństwa publicznego. W sumie przecież niczego złego w nich nie ma, a nawet gdyby to przecież prawo mówi jasno, że nie mogą być one użyte w procesie przeciw mnie. Ale cóż to. Panowie i Panie od Sowy też, jeśli zdawali sobie sprawę, że są nagrywani, też czuli się bezpieczni. Przecież nikt teoretycznie nie może nagrywać prywatnych rozmów nawet osób publicznych, a tym bardziej ich publikować. W sumie prawo tego zabrania. I co z tego? Czy ja sobie życzę by gigant internetowy nie tylko zbierał, ale analizował, czego szukam w Internecie i na podstawie tego tworzył mój profil konsumencki? Jakie mam przesłanki, że pewnego dnia ktoś nie sprzeda tych informacji, a te odpowiednio spreparowane nie zmuszą mnie do robienia rzeczy, których nie chcę? To nie są spekulacje, urojenia, czy teoretyzowanie. Czy ktoś z Państwa dał radę wymazać swój numer telefonu od namolnie oferujących różne usługi? Kto w Polsce chroni nasze prawa konsumenckie, gwarantuje bezpieczeństwo danych? UOKiK i GIODO? A jaki mamy do nich dostęp?

Sprowadzenie mnie do cyfrowego do poziomu długiego szeregu zer i jedynek, to coś, z czym można sobie jeszcze jakoś poradzić. W sumie w sercu Jaty mam jeszcze poczucie, że cały świat nie ma do mnie dostępu. Gorzej jest z nieznośnym poczuciem utraty wolności słowa i myśli, jakie od lat fundują nam nasze polityczne elity wszelkiej maści. Pisząc felietony w studenckiej rozgłośni w schyłkowej komunie w sumie nie musiałem się zbytnio hamować. Wiadomo, że jako element wrogi nie miałem szans na pracę w ówczesnych mediach państwowych, a więc co najwyżej mogłem dostać zakaz obrażania uczuć ludowej władzy, która na takich jak ja młodzików patrzyła raczej przez palce i z politowaniem., co z kolei dawało mi dość dużą swobodę. Jeszcze więcej wolności było w czasie rozmów w kręgu znajomych. Wystarczyło zachować zasady dobrego wychowania i można było powiedzieć wszystko. Ktoś powie, dziś także. Naprawdę? Chyba nie ma nic gorszego ponad to, do czego doprowadził konflikt dawnych przyjaciół, jak to skuteczne pozbawienie zdecydowanej większości Polaków prawa do posiadania własnego zdania. Zwrócenie uwagi na oczywiste błędy u uchybienia z miejsca ustawia nas po jakiejś stronie i bezpowrotnie zamyka możliwość zmiany. Nikogo nie interesuje racjonalność, logika, przyzwoitość. Jak się raz nie opowiesz, ale tylko zwrócisz oczywistą uwagę, albo pochwalisz, to na sto procent jesteś lemingiem, albo oszołomem. Każdy musi być do czegoś zapisany i zaliczony, albo stanowić milczącą większość, bez prawa do głosu. Ten szantaż stosowany przez jednych i drugich niszczy wolność słowa i wypowiedzi. Posiadanie własnych poglądów, zdania pozbawia nie tylko części praw obywatelskich, ale co gorsza daje pretekst do bezpardonowego ataku dworu klienteli przyssanych do tego czy owego stołu, broniących swego stanu posiadania. Donosicielstwo, niszczenie godności poprzez bezpardonowy hejt w Internecie znany niegdyś, jako ostracyzm, niszczy nie tylko [publiczna debatę, ale i społeczeństwo, sprowadzając nas do roli milczących baranów prowadzonych na rzeź.

Nie chcąc żyć w świecie, w którym Wielki Brat Orwella byłby miłym misiem z okienka, ani tym bardziej stracić zdolność samodzielnego myślenia i jego werbalizacji, coraz bliżej mi do ludzi z kręgu darknetu, który z miejsca handlu bronią i prochami, staje się przestrzenią wolności słowa i myśli. Stąd już tylko krok bym na starość został konserwatywnym anarchistą.