Skazani na porażkę

Nie jestem osobą w myśl powszechnie przyjętej definicji niepełnosprawną. Nawet nikt z mojej najbliższej rodziny nie jest kimś takim. Mam za to wielu przyjaciół wśród tych, który przyszli na świat inni niż uznana przez nas ludzi zdrowych norma, przez co ośmielamy się o nich mówić niepełnosprawni. Jestem też dumny, że wielu rodziców tych ludzi darzy mnie zaufaniem, dzięki czemu mogę na protest na sejmowym holu patrzeć bez konieczności szukania odpowiednich na tę okoliczność słów.

Niepełnosprawność nie sprawia, że jesteśmy innymi ludźmi, to tylko cielesne lub umysłowe uwięzienie człowieka posiadającego takie same pragnienia, marzenia, aspiracje, jak pozostała część społeczeństwa. Tak samo jak inni boją się samotności, pragną miłości, chcą być szczęśliwi i co niektórych bardzo szokuje, marzą o drugiej połowie i przekazaniu życia. Dziwnie się czuję pisząc takie oczywistości 25 lat po pierwszym poważniejszym kontakcie z ludźmi zamkniętymi wtedy w domach, a często nawet ciemnych komórkach. Wydawałoby się, że przez to ćwierćwiecze dokonała się wielka rewolucja uwalniająca moich przyjaciół z tych ludzkich więzień. Być może nie razi nas osoba z porażeniem mózgowym przyjmująca komunię, dziecko z zespołem Dawna nie jest nazywane przepraszam za zwrot sprzed lah – „mongołem”, a biała laska wywołuje w nas odruch podania ręki przed wejściem na przejście na pieszych. Ale nie zniknął w nas lęk przez niepełnosprawnością, którą nadal chcielibyśmy wypchnąć poza nasze zdrowe, bogate życie.

Od połowy lat 90 tych współtworzyłem kampanie mające na celu łamanie barier w relacjach ze środowiskiem osób niepełnosprawnych. Początkowo było pięknie i romantycznie, potem pojawiły się środku ze zreformowanych, PFRONów, ale w połowie I dekady XXI wieku skończyła się medialna pogoda dla niepełnosprawnych a wraz z nią środki na zmienienia świadomości zdrowszej części społeczeństwa. Po następnych 10 latach odkryłem w opiniotwórczym tygodniku okładkę, według której rodzice dzieci niepełnosprawnych są bardzo nieszczęśliwi, bo ich chore dzieci odbierają im szansę na ziemski sukces. Już nikt nie załamywał rąk, gdy klasy integracyjne były miejscem selekcji dzieci, zapewniającej dopływ większej subwencji dla szkoły. Nie wzruszały orzeczenia lekarzy ZUS, według których z zespołu Dawna można było wyrosnąć. Ze społeczeństwa otwartego na akceptację niepełnosprawności, jako odmienności wymagającej od nas wsparcia, zaczęliśmy przechodzić na pozycje społeczności zamykającej na nią oczy i udającej, że skoro nie przydarzyała się ona nam, czy najbliższym, to jej nie ma.

Tylko przez moment pod koniec ubiegłego tysiąclecia politycy wpisywali na swe sztandary problem osób niepełnosprawnych. Szybko zauważono, że zakłady pracy chronionej, odpisy na PFRON, Domy Pomocy Społecznej, to miejsca gdzie można coś przyciąć, zaoszczędzić bez obawy na znaczącą utratę popularności. Inna sprawa, że były to okazje cwaniaków szukających łatwych pieniędzy dzięki politycznym koneksjom. Tyle, że na uszczelnianiu systemu pomocy nie tracili cwaniacy, a potencjalni beneficjenci. Przypadek? Nie sądzę. Pomoc tej szczególnej grupie obywateli Polski została dokładnie skalkulowana. W kraju gdzie politycy śmiertelnie boją się głosowania przez Internet, niepełnosprawni skutecznie zostali pozbawieni praw obywatelskich, choć z rodzinami stanowią 10 procent elektoratu. O bezradności świadczy nawet 5 punkt z programu premiera, Morawieckiego, który planuje wydanie 23 mld złotych na usuwanie barier w wydostaniu się z domowych więzień osób starszych i niepełnosprawnych, nie pytając przy tym czy będę mieli, za co kupić leki, żywność, nie mówiąc już od dostępie do kultury i rozrywki. Zresztą te 23 mld nie pochodzą z polskiego, ale unijnego budżetu i muszą być na te cele przeznaczone, bo gdyby nie to …, to zapewne poszłyby na inne bardziej politycznie opłacalne cele.

Rząd jest niewolnikiem swojej hurra propagandy sukcesu i choć z łatwością mógłby rozwiązać problem 500 złotych pomocy dla niepełnosprawnych, to z lęku przed następnymi daleko bardziej drenującymi budżet protestami grup o zdecydowanie większej sile politycznej, nie może ustąpić. Budżet nie jest wcale w tak świetny stanie, a przyszłość też nie rysuje się w różowych kolorach, bo kto, jak kto, ale były bankowiec, premier Morawiecki wie, że europejska gospodarka zaczyna zwalniać i lada moment trzeba będzie znowu zaciskać pasa w obliczu nieuchronnego kryzysu, którego Polska nie przetrwa dzięki wielkim pieniądzom z UE. Już dziś szpitale rozpaczliwie poszukują pielęgniarek, a za 5 lat zaczniemy odczuwać katastrofalny brak chętnych do pracy w pustoszejących szkołach, z których nauczyciele zaczną przechodzić masowo na emerytury. Bez pieniędzy nie da się tego zatrzymać, bo przecież młody magister mając do wyboru 1500 złotych na rękę za walkę o przetrwanie w szkole i kilka razy tyle za pracę na nowoczesnej koparce, wybierze 40 godzin pracy w komforcie.

Czy zatem te 12 osób nocujących w Sejmie jest skazanie na porażkę? Odpowiedź nasuwa się sama, jakkolwiek bardzo nie tyle boli, co najzwyczajniej w świecie wkurza. Czuję się równie bezradny i przerażony, bo to nie jest walka o jakieś tam 500 złotych. To walka także o moje prawo do pomocy, gdy jej naprawdę będę potrzebował.

 

Jedna myśl nt. „Skazani na porażkę”

  1. -Panie Grzegorzu podoba mi się P.felieton,bardzo mi się podoba,wydaje mi się,ze niepełnosprawni są traktowani po macoszemu,niepoważnie,a przecież każdy po wypadku lub chorobie może być niesprawny. Myślę sobie,żeby każdy spróbował choć rok być nie samodzielnym

Pozostaw odpowiedź Celina Gregula Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


+ siedem = 16