Memento na Nowy Rok

W nowy rok wejdziemy z nową ustawą, która sprawi, że przez przynajmniej 2019 rok nie zobaczymy większych zmian w naszych rachunkach za prąd. To nie oznacza, że nie poniesiemy kosztów wzrostu kosztów wytwarzania prądu i opłat za emisję. Bezpośrednio najprawdopodobniej nie. Pośrednio zdecydowanie tak. Po pierwsze ustawa nie powoduje zahamowania wzrostu kosztów ponoszonych przy wytwarzaniu i przesyle energii. Koncerny energetyczne nawet z państwowym udziałem nie są w stanie dopłacać do droższego węgla, czy opłat za emisję CO2. Państwo nie może im wypłacić rekompensat za ewentualne straty, więc ograniczyło swój apetyt obniżając akcyzę i opłatę na rozwój energetyki. Inaczej. Rząd nie chcąc nas wkurzyć w roku wyborczym obciął część dochodów do budżetu państwa i zatrzymał inwestycje w energetyce. Mniej pieniędzy w budżecie oznacza albo ograniczenie możliwości np. podwyżek w sferze budżetowej, albo mniejsze inwestycje państwowe.  Bo z tą ekonomią jest tak.  Jeśli ma być logiczne 4 to wcześniej musi by dwa razy dwa. Można zaklinać rzeczywistość. Otrąbiać sukces. Nieść na czerwonych paskach radosną wieść o uratowaniu budżetów polskich rodzin. Nie zmieni to jednak faktu. Ktoś za ten prezent musi zapłacić. Jeśli nie firmy energetyczne, które są poddane rygorom prawa rozliczającego zarządy z efektywności zarządzania, to tak czy inaczej zrzucający się na budżet państwa podatnicy, którzy albo czegoś nie dostaną, albo w formie podatku dopłacą.

Czy jestem zwolennikiem podwyżek cen energii? Jak każdy nie lubię płacić więcej. Zwłaszcza gdy widzę nadzwyczajną łatwość szastania pieniędzmi przez producentów i dystrybutorów prądu i nie tylko. Nazwano to górnolotnie redystrybucją, ale według mnie jest zwykłe rozwalanie kasy zamiast szukania oszczędności, bądź inwestowania w rozwiązania pozwalające oszczędzać energię, albo produkować ją taniej. Patrząc na rozwiązania skandynawskie, czy dalekowschodnie jest to możliwe, ale wymaga stabilnej polityki energetycznej. Zarówno rządzący jak i opozycja prześcigają się w próbach wzajemnego przypisania wzrostu kosztów energii w Polsce. Nie trzeba być wielkim ekspertem, by z tej przebijanki wywieść wieloletnie zaniedbania każdej ze stron politycznego sporu. Ktoś coś wynegocjował, podpisał, nie zrobił, zaniedbał etc. Tak naprawdę płacimy za krótkowzroczność polskiej klasy politycznej nie potrafiącej sklecić ponad podziałami jakiejkolwiek strategii nie tylko w energetyce. Myślenie kategoriami byle tylko wygrać najbliższe wybory, a jak nie to niech inni się martwią, sprawia, że stajemy się krajem coraz bardziej odstającym od cywilizowanego świata, gdzie polityczne zmiany dotyczą metod, a nie strategicznych celów. Obwieszczanie przez kolejne rządy pracy nad wielkimi projektami i porzucanie ich zaraz po odsunięciu od władzy świetnie widać w polskim wojsku, które dysponuje faktycznie kilkudziesięcioma myśliwcami testowanymi w czasach pierwszej wojny w Iraku. Ale w sferze PR owskich deklaracji wydajemy na modernizację armii  więcej niż inni. Na co dokładnie nikt nie wiedział i nie wie.  Kiedy jeden z polityków postawił tezę że polska energetyka stała się zakładnikiem kilku tysięcy górniczych związkowców, broniących nie pracujących w skrajnie niebezpiecznych warunkach, ale własnych przywilejów, został uroczyście rozjechany przez szefa jednej z central. Łatwiej hejtować niż dyskutować na argumenty. Przyczynia się to do intelektualnego upadku elit ubiegających się o władzę nad nami, a przez co spada jakość i efektywność rządzenia Polską.

Polska i Polacy potrzebujemy radykalnej lekcji wiedzy o świecie współczesnym. Twardego resetu politycznych elit, które dla zachowania kilkudziesięciu tysięcy posad gwarantujących lekkie, łatwe i przyjemne życie, zamiast wieść nas ku przyszłości, wolą karmić nas swym konfliktem i grzebaniem sobie nawzajem w przeszłości. Ile można słuchać, że tamci to jak rządzili, to jedno, a ci to tamto. Ile razy można własną indolencję tłumaczyć, głupotą poprzedników. Kierować się przy wyborze kadr kluczem partyjnym, czy rodzinnym, zasłaniając się przy tym przykładami poprzedników. Tak zgadzam się przez 8 lat jednych, dwa lata innych, cztery lata poprzednich etc. źle się działo, ale dramatem jest, że nic nie wskazuje na to by przez 3,5,a może nawet 10 następnych coś się miało zmienić. Brak zmian, to kolejne stracone lata dla Polski. To kolejne miliony młodych Polaków wyjeżdzających za normalnością za granicę. Już dziś brakuje w Polsce rąk do pracy. Za chwilę będzie jeszcze gorzej, gdy milion Ukraińców, którzy udawali uchodźców wyjedzie do Niemiec. Czeka nas coś czego jeszcze nie doświadczyliśmy. Głęboki kryzys gospodarczy wywołany brakiem pracowników. Premier Morawiecki doskonale zdaje sobie z tego sprawę, co można usłyszeć na taśmach kelnerów. Tej dziury na rynku pracy nie zasypiemy ustawą uchwaloną w 10 godzin. Brakuje pielęgniarek, pracowników budowlanych, inżynierów, drogowców,  a za 5 lat tsunami przejdzie przez oświatę, gdy 1/3 nauczycieli osiągnie wiek emerytalny. 5 lat potrzeba, by wypuścić do szkół nowe pokolenie nauczycieli. Kto się zdecyduje na studia nauczycielskie, skoro po nich dostanie na rękę 1700 złotych? A po 10 latach dostanie 500 złotych więcej? Ochrona przed podwyżką cen prądu o jakieś 30 zł miesięcznie na rodzinę, będzie kosztowała od 5 do 9 mld złotych. Dokładnie tyle ile żądają dziś nauczyciele na swe podwyżki. Populizm? Nie. To kalkulacja, ale nie polityczna, lecz biorąca pod uwagę coś więcej niż najbliższe wybory. Czas zacząć myśleć o przyszłości Polski, a nie tylko tej czy innej grupy politycznej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


× sześć = 12