Kobiety

Często próbuje się wmówić światu, że chrześcijaństwo jest z natury rzeczy religią mężczyzn, uzasadniającą ich dominację nad kobietami. Powiedzieć, że wynika to z niewiedzy byłoby zbyt dużym uproszczeniem, zwłaszcza, że sam znam wielu facetów, którzy własne dysfunkcje próbują ukryć pod pozorem prawa do dominacji nad kobietami, czego uzasadnienia próbują doszukać się tradycji lub literze Pisma. Tymczasem każdy świadom swej wiary w zbawienie jakie dokonuje się w Chrystusie, musi zdawać sobie sprawę, że Bóg wysyła na świat swego Syna nie w ognistym rydwanie, nie wyłania się on z otchłani morza, wnętrza wulkanu, ani w żaden inny sposób godny zdaniem nas śmiertelników Stworzyciela, ale wykorzystuje do tego największy cud jaki jest udziałem istot żywych. Jezus przychodzi na ten świat dzięki kobiecie. Młodziutka żydówka z Nazaretu otrzymuje dar większy niż znani nam prorocy i patriarchowie. Może powiedzieć Bogu tak lub nie. Nie zostaje zmuszona do macierzyństwa, do heroicznej walki o przetrwanie swoje i dziecka w świecie ludzi, według których popełniła jeden z najcięższych występków. Siłę do wzięcia odpowiedzialności za wybawienie od grzechów całego świata może dać tylko miłość matki. Przez swoje tak Maria daje nowe szanse na nowe życie każdemu z nas, stając się tym samym naszą matką.

Maria nie jest jedyną kobietą współuczestniczącą w dziele zbawienia na równi z mężczyznami. Kultura, w której dokonuje się zbawienie ogranicza kobiety w prawach i zajęciach.. Tym bardziej należy docenić rolę Elżbiety, która przyjmuje Marię do swego domu. Siostry Łazarza Marię i Martę, Marię Magdalenę, Weronikę i dziesiątki kobiet obecnych na kartach Ewangelii. Ktoś powie, że ich rola jest ograniczona do wykonywania codziennych czynności, w czasie gdy 12 apostołów może swobodnie chodzić za Jezusem i być w pełni jego uczniami. Ale czy bycie przez trzy lata najbliższymi towarzyszami Zbawiciela, świadkami cudów, uczestnictwo w setkach spotkań, bycie, wysłuchanie tysięcy opowieści, sprawiło, że mieli w sobie dość odwagi by pójść za Chrystusem w tą najtrudniejszą drogę? By wytrwać z nim do końca pod krzyżem, zdjąć martwe ciało i złożyć w grobie, a potem cierpliwie czekać na poranek dnia trzeciego?

Gdzie byli Ci odważni mężczyźni od chwili aresztowania po poranek zmartwychwstania? Jeden zdradził, drugi się wyparł. Dziewięciu rozpierzchło się przerażonych po mieście w obawie przed podzieleniem losu nauczyciela. Pod krzyżem odnalazł się najmłodszy Jan, który przyszedł tu za Maryją i kilkoma innymi kobietami. Wszyscy poza Judaszem zabarykadowali się w wieczerniku martwiąc się jak ujść z życiem z Jerozolimy, a potem wrócić do dawnych zajęć. Kto idzie w pierwszej możliwej chwili do grobu? Kto spotyka Anioła, odkrywa pusty grób, oznajamia to uczniom?

Tak naprawdę żadna z wielkich religii tak mocno nie eksponuje roli kobiet jak chrześcijaństwo. I nie chodzi tu tylko o jej początki, ale o nie dającą się ująć w wartości obiektywne rolę w przekazywaniu wiary. Od pierwszych słów „to jest Bozia”, po świadomą naukę skreślenia znaku krzyża przez każdego z nas, po rozróżnienie dobra i zła w relacjach z drugim człowiekiem, po rozpoznanie pierwszych znaków jakie daje nam Bóg. Udział kobiet w przekazie i zrozumieniu Boga czyni je domowymi kapłankami, bez których trud szafarzy sakramentów byłby daremny, również dlatego, że ich też ktoś nauczył prostego gestu złożonych dłoni w modlitwie.

Wielkosobotnie zastygnięcie cz. XV

31 marca o 16 stej zapraszam na premierę 15 części  cyklu Wielkosobotnie zastygnięcie. Moim słuchaczom pytającym o czym w tym roku, dedykuję przedpremierowo fragment.

Poeci twierdzą, że życie człowieka jest drogą, zmierzaniem od chwili do chwili. Wędrówką, której nie możemy zatrzymać, cofnąć się o milimetr, ale i też nie dana jest nam umiejętność przyspieszania jej o sekundę. Gdy jesteśmy młodzi wierzymy w tę opowieść. Wydaje się nam, że przed nami tak wiele czasu. Popełnione błędy wydają się nieistotne, łatwe do zapomnienia, krzywdy do naprawienia. Pełni pychy sądzimy, że wszystko przed nami. Góry do zdobycia, morza do przepłynięcia. Przemy naprzód naiwnie sądząc, że zdobywamy świat, który leży na wyciągnięcie ręki. Wraz z upływem życia, utratą sił, jesteśmy zmuszeni do rezygnacji z kolejnych marzeń, uznania swej słabości. Dopadają nas nie rozwiązane problemy, nienaprawione krzywdy, a perspektywa nieuniknionego końca czasu odziera nas ze złudzeń, że to my kreujemy świat, a nie on nas. Dojrzewamy, dorastamy, do zrozumienia skali własnych niemożności. Pojmujemy, że jesteśmy zdani na to co jedni nazywają losem, przeznaczeniem, karmą, przypadkiem albo działaniem siły wyższej. Przypominamy sobie opowieści dziadków, rodziców, odkrywamy na nowo Tego, o którego istnieniu trochę zapomnieliśmy. Nie ostawiliśmy Go bok, bo On jest, wbrew naszemu zapomnieniu. Raczej zamknęliśmy na Niego swe oczy sądząc, że to wystarczy, by przestał istnieć, a przynajmniej nas nie obserwował.

Świadomość obecności siły, która nie tylko stworzyła ten jedyny ze światów jaki znamy i do końca nie pojmujemy, jest podobna do odkrycia Kopernika. Nasz rodak nie sprawił, że Słońce zamiast latać bez sensu nad płaską jak talerz Ziemią, wylądowało w środku układu złożonego z krążących wokół niego planet. Kopernik pojął i opisał rzeczywistość, której oczywiście wielu jeszcze przez wieki zaprzeczało, bo przerastało to ich rozum, który kierował się wyłącznie tym co dostarczały mu zmysły. Podobnie jest z obecnością Boga w naszym życiu. Nie mamy żadnego narzędzia, a tym bardziej zmysłu by Go odczuć. Racjonaliści buntują się zatem i żądają dowodów, wierzący czują Go jak Kopernik zapatrzony w rozgwieżdżone niebo. On też czuł, że coś tu jest nie tak i poszukiwał sposobu ukojenia niepokoju. Nasze serca wbrew rozumowi, też nam podpowiadają, że coś jest nie tak. Ten świat jest zbyt skomplikowany, by powstał i istniał z nieskończenie małego punktu i był dziełem wyłącznie przypadku. Czujemy to jako dzieci codziennie poszerzające swój horyzont wraz z nowymi umiejętnościami i jako ludzie dojrzali, doświadczając swej bezsilności, która przychodzi wraz z wiekiem.

Człowiek umieszczony w klatce czasoprzestrzeni gdzie wszystko począwszy od definicji punktu po chwilę jest nieskończenie małe i krótkie jest skazany na Boga, którego istnienie pozwala się w tym układzie odnaleźć. Odkryty ze swą nieskończonością i wszechmocą Bóg sprawia, że z nieskończonego okruchu stajemy się potrzebnym komuś istnieniem. Punktem w czterowymiarowych puzzlach, bez którego nie będą one kompletne. Przeczucie, które przechodzi w wiarę, to narzędzie do okrycia nie tylko Boga, ale zrozumienia swej podmiotowości, odpowiedzi na najważniejsze pytanie po co tu się znaleźliśmy i do czego zostaliśmy stworzeni. Nawet najmarniejsze ludzkie życie, jest potrzebne, służy czemuś. Każda nasza decyzja zmienia świat. Buduje lub burzy jego porządek na określoną skalę. Pojmujemy to dopiero doświadczając jak mało znaczymy sami bez lub tym bardziej w relacji z innymi. Nasze życie staje się bezcenne, bo nie otrzymaliśmy go w darze, by się nim zabawić, ale wpisać się w nieskończoną całość. Czynić nim porządek lub go burzyć. Skoro nasze życie jest zbiorem nieskończenie krótkich chwili trwających w nieskończenie małych punktach posiadających dowolnej możliwość zmiany w podobnym, to po cóż interwencja w nie Tego które je stworzył?

I tu czas na zasadnicze pytanie dlaczego Bóg nadając nam przymiot wolności, posyła nam Swego Syna, a następnie pozwala nam Go ukrzyżować, zniszczyć, a potem wskrzeszając Go, zamiast mścić się jak uczynił to z Adamem i Ewą? Tym samym ogłasza, że odtąd cokolwiek byśmy nie zrobili, to każdy nasz grzech będzie nam darowany, aż do końca świata. Czemu ma służyć ten manifest bezkarności ludu. Z perspektywy ślepca nie potrafiącego dotkną, zobaczyć, poczuć istnienia istoty wyższej od siebie, to kompletnie niepojęte. Wszakże po co nam wiedza, że słońce stoi w miejscu, a ziemia się wokół niego kręci? Budzimy się gdy oświetla ziemię, zasypiamy gdy znika za horyzontem, grzejemy się w jego blasku, bez refleksji skąd bierze się to ciepło. Po prostu jest. To nie oznacza, że jego istnienie nie podlega określony prawom i faktycznie nie porządkuje naszego życia, poprzez dostarczanie nam życiodajnego światła, ciepła i milionów innych oddziaływań z których nie zdajemy sobie sprawy, a bez czego byśmy nie istnieli. Słońce nie może jednak samo o sobie stanowić, a tym bardziej decydować. Powstało, istnieje i kiedyś zgaśnie o czym zadecydują prawa fizyki. Człowiek jakkolwiek ograniczony prawami fizyki i relacjami z innymi elementami świata może dokonywać wyborów i może zmieniać ten świat na skalę swych możliwości i potrzeb. Także życie innych podobnych sobie. Zrywając harmonię z Bogiem, wybierając wolność bez podporządkowania się woli Stwórcy zaburzył jego ład. Wprowadził chaos. Bóg pogodził się z tym, ale wiedząc, że nawet nieskończenie mała cząstka jest zaczynem zdarzeń, które tworzą całe światy, postanowił wprowadzić do tego układu element porządkujący, stabilizujący. Wybrał zatem miejsce, czas, sposób na miarę swych nieograniczonych możliwości i ludzkich potrzeb. Wybrał też stosownych do swego planu ludzi.

Dobro i zło

Nie da się udawać, że się nie ma niczego do powiedzenie w sprawie zawieruchy po przyjęciu ustawy o IPN. Wypowiadać się można, a nawet należy, ale z pełną świadomością konsekwencji, co dotyczy nie tylko polityków, ale także publicystów, a może nawet bardziej tych drugich, bo pierwszych można wytłumaczyć dyplomacją lub jej brakiem, a drudzy mają obyczaj zmieniać zdanie w zależności kto aktualnie im płaci.

Niezmiennie od lat stronię od zero jedynkowej metodologii w pisaniu o przeszłości. Wybaczam zaangażowanym regionalistom patrzenie na przeszłość przez pryzmat pojedynczych wydarzeń, czy postaci, bo wartością w przypadku ich pracy jest opisywanie spraw jednostkowych umykających podczas procesu tworzenia syntez na potrzeby wyciągnięcia wniosków na poziomie narodu czy państwa.  Praca regionalistów, jakkolwiek posiadająca walor bezcenności, stroni dość często od ogólnego kontekstu, i zazwyczaj emocjonalnie nacechowana. Wyciąganie na jej podstawie wniosków ogólnych  jest uznane za dyskwalifikujące

Skąd ten wstęp? Ano dyskutanci zamiast faktami i wynikami badań historycznych, przerzucają się jednostkowymi wydarzeniami, które zapewne miały miejsce, ale też są trudne do weryfikacji w czasie rozmowy. Do tego dochodzą emocje i polityczne kalkulacje. W efekcie nie ma żadnego dialogu, tylko jatka. I zarzut ten odnoszę do wszystkich uczestników sporu, sam próbując się od niego dystansować, bo jakkolwiek zawodowo specjalizowałem się w okresie 1939 – 1948, to problematyka relacji polsko-żydowskich nie zajmowała poczesnego miejsca. Czemu? A z dość prozaicznego powodu. Był to temat zawsze budzące niezdrowe emocje, a naukowe opracowania jeszcze 20 lat temu traktowano jako niszowe. Jakkolwiek to zabrzmi, to dzięki Sąsiadom T. Grossa podjęto bardzo intensywne profesjonalne badania  historii polskich Żydów, nie tylko w kontekście holokaustu. Niestety wyniki tych prac nie są uwzględniane w tym co ja rozumiem jako politykę historyczną , czyli w rzetelnym informowaniu polskiego społeczeństwa o faktach i skali poszczególnych zjawisk, a jednocześnie burzeniu mitów i fałszywych kalek tworzonych przez historiografię i propagandę zewnątrzną.

To prawda, że prawda obroni się sama, ale żeby tak się stało ona musi być zbadana, opisana i zaprezentowana do powszechnej świadomości. Prawda nie bywa zawsze wygodna, ale jeśli ją będziemy rasować, to po prostu przestanie być prawdą i stanie się kłamstwem.  Nie potrafimy pisać, mówić, myśleć o relacjach polsko – żydowskich. Przykład? Mówimy o 6 mln polskich ofiar II WŚ. Połowa z nich to polscy Żydzi, których zagłada traktowana jest przez obie strony całkiem oddzielnie, więcej w naszej świadomości to są jak gdyby dwie różne historie. Tymczasem to się działo jednocześnie, może według dwóch planów, ale w tym samym miejscu i czasie, z udziałem tych samych ludzi.

W czasie II WŚ zginęło 6 mln obywateli polskich w tym 3 mln wyznawców judaizmu, z których duża część czuła się Polakami.  Praprzyczyną problemu z jakim mamy dziś do czynienia, niezależnie po której sporu stoimy i co o nim myślimy, jest nierozwiązany zarówno przez nas Polaków, jak i stronę Izraelską dylemat jak zdefiniować Żydów zamieszkujących Polskę przed 1939 r. Czy to był inny obcy naród, czy tylko wyznawcy innej religii, wspólnota kulturowa etc. Najlepszym dowodem na to jest konsekwentne używanie zbitki polsko – żydowskie. To Polak nie mógł być starozakonnym, a Żyd chrześcijaninem? Bracia von Krokow z Krokowej walczyli w 1939 r w dwóch armiach polskiej i niemieckiej. Ani jednemu ani drugiemu nie odmawia się polskości i niemieckości.

Spór, z którym mamy do czynienia nie tylko pomiędzy Polską a Izraelem, Polską a społecznością żydowską na świecie, nigdy nie zostanie zażegnany, jeśli wszystkie strony nie stworzą wspólnych definicji rzeczy elementarnych. Dla Niemców Żydem konsekwentnie był każdy potomek innego Żyda do określonego stopnia pokrewieństwa, również ten, który uważał się za Polaka, a jednocześnie wyznawał dowolną religię. A dla nas? Mówimy Żyd, myślimy … . Myślimy to co do nas dotrze wraz z jakąś wiedzą. Dla jednych to będzie kwestia wyznania, dla innych narodowości, polityki, mentalności, czy interesu, ale ten rozrzut skojarzeń tylko potwierdza moją tezę, o braku definicji oraz szczerej opartej na solidnej podstawie naukowej rozmowie. Bez tego będziemy mieli do czynienia ze wzajemnymi atakami, posądzeniami, lękami, żądaniami. Ludzie pamiętają jak wyglądało to bohaterstwo i szmalcownictwo, ale ta pamięć dotyczy jednostkowych przypadków. Historycy już prawie ujęli to w skalę i jednocześni szczegółowo opracowali okoliczności, co sprawia, że potrafimy zrozumieć te liczby. Prawda prowadzi do wzajemnej empatii. Empatia pozwoli nam zrozumieć, rzecz dotyczy 6 mln  ofiar. Przestańmy je dzielić. Lektura choćby donosów na gestapo, czy ubecję, albo współczesne nam wpisy na internetowych forach pokazuję dobrych i złych ludzi. Zbrodniarzy i ofiary.  W jednym i drugim przypadku rzecz dotyczy konkretnych  ludzi, a ich wyznanie i narodowość okazuje się rzeczą wtórną. Mordowali ludzie, ludzi, a wyznanie czy narodowość było tylko pretekstem.

Bóg nie stworzył człowieka jako Żyda, Polaka, Niemca, Eskimosa. I Bóg nie będzie rozlicza nas z narodowości, lecz uczynków. Bycie Niemcem, Żydem, czy Polakiem nie będzie okolicznością łagodzącą.

31 Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale i wszyscy aniołowie z Nim, wtedy zasiądzie na swoim tronie pełnym chwały. 32 I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych [ludzi] od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. 33 Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie. 34 Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: „Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata!
35 Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść;
byłem spragniony, a daliście Mi pić;
byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie;
36 byłem nagi, a przyodzialiście Mnie;
byłem chory, a odwiedziliście Mnie;
byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie”.
37 Wówczas zapytają sprawiedliwi: „Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? 38 Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? 39 Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?” 40 A Król im odpowie: „Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”.
41 Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: „Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom!
42 Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść;
byłem spragniony, a nie daliście Mi pić;
43 byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie;
byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie;
byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie.”
44 Wówczas zapytają i ci: „Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie?” 45 Wtedy odpowie im: „Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili”. 46 I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego».

PS Tekst dedykuję szczególnie tym, którzy dziś mnie lub bardziej celowo starają się postawić po którejś z wielu stron konfliktu, zapominając o tym, że jeszcze kilka lat temu pisali i mówili coś zgoła odmiennego, a pozbawieni zdolności honorowych nie potrafią połknąć języka. Jak się czegoś nie wie, nie potrafi, nie umie, to się tym nie zajmuje.

Zgryz

Rezydenci i Minister Zdrowia odtrąbili koniec protestu. 6 % zamiast 6,8% choć „aż” rok szybciej niż zagwarantowane przez poprzednika. Podwyżka uposażenia chyba też naa identycznym poziomie co proponował poprzednik. Jedyna nowość to sekretarki medyczne, których liczby i kompetencji nie bardzo znamy, ale przypominają mi się czasy pań pracujących w rejestracji i porządkujących papierki po lekarzach. W prywatnych przyvodniach już takie osoby są od dawna. O co zatem ten szum i głodówki? Przecież minister Szumowski otworzył dorgę do klauzuli odpracowywyania studiów medycznych i specjalizacji, co akurat jako podatnik gorąco popieram nie tylko w tym zawodzie.
Nie pytam jak to porozumienie ma się do sytuacji pacjentów, bo jak dotąd żaden prostest lekarzy nie poprawił naszej sytuacji, a wręcz kończył się dłuższymi kolejkami, skracanymi przez wizyty w prywatnych gabinetach. Wciąż nikt nie ośmiela się przywrócić ulgi podatkowej na prywatne usługi medyków. Ulgi która funkcjonowała ledwie dwa lata zmuszając prywatne gabinety do propozycji „bez fakturki 20 % taniej”. Ogłoszone przez GUS średnje zarobki lekarzy w 2016 każą zapytać w co my tak naprawdę gramy w ochronie zdrowia? Czy ktoś kto raz był u dentysty uwierzy, że ten grzebiąc w naszej próchnicy i zgryzie ryzykując przyt tym dyskopatią robi do za 4600 zł brutto na miesiąc?

Zdaniem byłego belfra

Rzadko śledzę komentarze anonimowych internautów, bowiem jakoś nie przekonują mnie do siebie nawet Ci którzy bardzo rozsądne opinie kryją pod anonimowością. Niemniej dyskusja wokół zajęć w ferie w jednym z łukowskich liceów mnie zaintrygowała. Nie ma to co prawda otwartego chamstwa i agresji, ale rzuca się od razy ten znane mi z mojej paroletniej pracy w szkole hasło „nie rób więcej niż inni, bo oni tego nie lubią”.

Nie chce mi się pytać ile z tych „rodziców, studentów” są nimi rzeczywiście, a ile z nich to wkurzeni koledzy belfrów. Zakładając nawet, że część uczniów rzeczywiście woli na 100 dni przed maturą leżeć przed telewizorem do południa, a potem szukać sposobu by dotrwać do następnego dnia, że nie każdy widzi się na medycynie, a część być może zamiast konsultacji woli płatne korepetycje, które zaczyna się dawać już w szkole podstawowej, to zbyt wiele tych wpisów ma dziwnie spójną linię i stylistykę.

Znajomi nauczyciele znów krzykną, że się ich czepiam, że nie doceniam, że zapomniałem jak byłem jednym z nich, ale pozwólcie, że wspomnę swe dzieciństwo spędzone między szkołą a kościołem w Domu Nauczyciela. Moi rodzice byli dwuprzedmiotowcami i do 1981 pracowali sześć dni w tygodniu po 26 g pensum plus 13 godzin nadliczbowych a tata jako dyrektor szkoły miał ich 20. Nie miał sekretarki, pedagoga, ale za to dwa stopnie wizytatorów, którzy odwiedzali szkołę kilka razy do roku, bynajmniej w celach nie towarzyskich. Do mojej szkoły chodziło około 200 dzieci, a uczyło ją 8-9 nauczycieli, z których każdy miał co najmniej Studium Nauczycielskie. Wakacje zaczynały się w ostatni piątek czerwca, ferie wprowadzili pod koniec lat 70 tych. Nie było komputerów, nauczyciele jeździli na wycieczki, mieli kółka, SKSy, mnóstwo papierów do ręcznego wypisania, klasówki do sprawdzenia. Mam prowadziła jeszcze bibliotekę i co roku trzeba było wciągnąć masę nowych książek. Wakacje zaczynali gdzieś dwa tygodnie po końcu roku szkolnego, a rok szkolny zaczynała rada pedagogiczna na dwa tygodnie przed 1 września. Kiedy porównuję zakres wiedzy jaką mieli nam do przekazania, to obecni uczniowie mogą tylko odetchnąć z ulgą, ze to se nevrati. Skończyłem małomiasteczkowe liceum z którego jestem dumny i bez korków dostałem się na oblegane studia niezgodne z kierunkiem klasy. Z matematyki miałem dobry, ale dziś maturzyście nie drżą przed całkami, czy macierzami. Zadaniami z założonym błędem, który trzeba było znaleźć. Na studia można było zdawać raz do roku i to na jeden kierunek, korki dawali tylko doktorzy z uczelni, bo np. na filologię germańską na UMCS było 15 miejsc.

Do czego zmierzam. Myślę, że polska oświata jest bardzo chora i w każdym aspekcie. To nie tylko efekt spartaczonych reform, ale także dużo w tym winy nauczycieli. Polską szkołę należy podnieść, ale trzeba sobie zdać sprawę, że bez sensownego podniesienia wymagań, nie wzrosną ani płace, ani prestiż i szacunek do tego zawodu.

My naród?

Nie urodziłem się, ani nie wychowałem się w mieście, w którym mieszkam w sumie połowę swego życia. Jego historię poznawałem jak dziesiątki innych. Z perspektywy zawodów, który wykonuję. Tu zaczynałem swoją niezbyt długą pracę nauczyciela historii. Włócząc się po okolicy odkrywałem kolejne intrygujące okruchy przeszłości. W tym czasie nie istniał internet, a regionaliści dopiero zaczynali zbierać pamiątki, spisywać wspomnienia świadków historii, którzy czasami jeszcze z lękiem nie opowiadali bajek, ale sięgali po żywe w nich wspomnienia. Nie było jeszcze kamer, rekorderów, którymi można by te wspomnienia zarejestrować. A szkoda, bo dziś wielu amatorów tworzenia mitów i burzenia pomników, miałoby zdecydowanie trudniej mącić ludziom w głowach. Należę do ostatniego pokolenia, które nie przeżywszy II WŚ miało szansę o niej usłyszeć od autentycznych jej uczestników. Przeżyliśmy też rodzenie się pierwszej Solidarności, stan wojenny i narodziny demokracji. Może dlatego historia nie jest dla nas kwestią tego na czyje zamówienie jest pisana. Nie jest też czarno – biała. Nie stawiamy bezmyślnie nowych pomników, nie garniemy się do burzenia starych.  To nie jest dziś popularna postawa. Patrzenie na przeszłość z dystansu jej doświadczenia nie jest mile widziane. W dobie ultra szybkich mediów i nie ma czasu na dystans. Młodsi od nas chcą wszystkiego, także ocen, szybko, na już. Nie trzeba mówić, że to oznacza daleko idące uogólnienia. Nie ma drogi odwoławczej. Raz wydany wyrok, jest ostateczny. Wobec skomplikowaności materii ludzkiego życia, przyczynia się do pogłębiania podziałów. Historia przestaje na naszych oczach być ostatecznym i niepodważalnym kryterium wyznaczającego wspólnotę narodową, cofając nas do czasów plemiennych.

Łatwość z jakim cofamy się o całe tysiąclecie jest tym bardziej przerażająca jeśli przekonamy się, że najbardziej wrażliwe, najmłodsze pokolenie karmione biało czarną papką, przestaje być nią zainteresowane. Przyjmuje proste kalki za pewniki i bezkrytycznie je powiela lub pozostaje wobec nich obojętnymi. O przeszłości nie usłyszą już prawdy od rodziców, bo ci jej nie znają. Dziadkowie, świadkowie nie zweryfikują pisanych na zamówienie podręczników i politycznych artykułów. Nie czując więzi jakie narzuca wspólna przeszłość, zobojętnieją na teraźniejszość. Dezintegracja będzie postępować szybciej niż w czasach szczytu rusyfikacji i germanizacji, bo zamiast polskości czeka nas nijakość.

prawie 30 lat temu na Łapiguzie odkryłem zarośnięty wojskowy cmentarz z czasów I WŚ i wojny z Sowietami.  W dzień wagarowicza z pierwszą klasą moich wychowanków poszliśmy tam z grabiami i farbą. Niezdarnie odsłoniliśmy krzyże, których nie zniszczyła komuna, poprawiliśmy farbą litery. Do dziś moi uczniowie twierdzą, że bywają tam regularnie. Dobrowolnie, bo czują związek z tym miejscem. Ilu dzisiejszych sześcioklasistów za 30 lat odwiedzi to miejsce?

Zostanę anarchistą

Przez większość swego życia wydawało mi się, że cieszę się wolnością. Mogę myśleć, mówić, robić praktycznie wszystko, a jedyne ograniczenia wynikają wyłącznie z moich zdolności i możliwości. Nawet w komunie czułem się wolny na swej wewnętrznej emigracji, tworząc sobie mały, prywatny światek, do którego mogłem zapraszać kogo chciałem. Nie ze względu na wiek, który ma swoje prawa i narzuca nowe ograniczenia, ani też nie z powodu tej czy innej konkretnej władzy, coraz mocniej odczuwam utrat ę tego romantycznego poczucia osobistej wolności, którą ogranicza mi się pod różnymi pozorami, równie często, co przewrotnie tłumaczonymi troską o … moje dobro, wolność, bezpieczeństwo.

Nie ma we mnie przekonania obrońców słusznych praw kobiet, że świat sam z siebie powinien szanować moją nietykalność i miliony kamer śledzących już niemal mój każdy krok poza moim mieszkaniem, w jakimś sensie gwarantują mi, że w przypadku napaści wzrasta szansa na złapanie złoczyńcy. Poczucie odwetu na złoczyńcy, nie przywróci mi zdrowia, czy życia. Niemniej bardziej mnie uwiera ta świadomość ciągłej obserwacji, analizy moich zachowań, także pod kątem traktowania mnie, jako potencjalnego zagrożenia dla innych. Tak. Jesteśmy ciągle podejrzanymi o wszelkie bezeceństwa i bardziej chodzi o to by nas na nich złapać niż przed nimi ochronić. Ilość narzędzi, które służą zbieraniu o nas informacji i instytucji, które bez żadnej naszej kontroli, a nawet świadomości te informacje przetwarzają przerasta naszą wyobraźnię. To nie jest kwestia adresu, stanu cywilnego, numeru buta, czy nawet stanu zdrowia. To są informacje, które tylko z pozoru są pod naszą kontrolą. Kilkadziesiąt służb i instytucji państwa, tysiące firm codziennie przejmuje i przetwarza wiedzę na nasz temat, które być może zdradzamy tylko w konfesjonale, gdzie, co prawda wciąż obowiązuje tajemnica spowiedzi, ale dotyczy ona wyłącznie naszej relacji z kapłanem. 99 procent naszych grzechów jest już skatalogowanych w zasobach państwa oraz firm, które dzięki nim mogą docierać do nas z najbardziej wyrafinowanymi ofertami. Zasadniczo nie ma w tym żadnych ograniczeń i tylko krucha litera prawa chroni nas jeszcze przed wykorzystaniem tych informacji w sposób, który uczyni z nas niewolników. Od lat przywykłem do myśli, że moje rozmowy telefoniczne mogą być rejestrowane dla zachowania tzw. Bezpieczeństwa publicznego. W sumie przecież niczego złego w nich nie ma, a nawet gdyby to przecież prawo mówi jasno, że nie mogą być one użyte w procesie przeciw mnie. Ale cóż to. Panowie i Panie od Sowy też, jeśli zdawali sobie sprawę, że są nagrywani, też czuli się bezpieczni. Przecież nikt teoretycznie nie może nagrywać prywatnych rozmów nawet osób publicznych, a tym bardziej ich publikować. W sumie prawo tego zabrania. I co z tego? Czy ja sobie życzę by gigant internetowy nie tylko zbierał, ale analizował, czego szukam w Internecie i na podstawie tego tworzył mój profil konsumencki? Jakie mam przesłanki, że pewnego dnia ktoś nie sprzeda tych informacji, a te odpowiednio spreparowane nie zmuszą mnie do robienia rzeczy, których nie chcę? To nie są spekulacje, urojenia, czy teoretyzowanie. Czy ktoś z Państwa dał radę wymazać swój numer telefonu od namolnie oferujących różne usługi? Kto w Polsce chroni nasze prawa konsumenckie, gwarantuje bezpieczeństwo danych? UOKiK i GIODO? A jaki mamy do nich dostęp?

Sprowadzenie mnie do cyfrowego do poziomu długiego szeregu zer i jedynek, to coś, z czym można sobie jeszcze jakoś poradzić. W sumie w sercu Jaty mam jeszcze poczucie, że cały świat nie ma do mnie dostępu. Gorzej jest z nieznośnym poczuciem utraty wolności słowa i myśli, jakie od lat fundują nam nasze polityczne elity wszelkiej maści. Pisząc felietony w studenckiej rozgłośni w schyłkowej komunie w sumie nie musiałem się zbytnio hamować. Wiadomo, że jako element wrogi nie miałem szans na pracę w ówczesnych mediach państwowych, a więc co najwyżej mogłem dostać zakaz obrażania uczuć ludowej władzy, która na takich jak ja młodzików patrzyła raczej przez palce i z politowaniem., co z kolei dawało mi dość dużą swobodę. Jeszcze więcej wolności było w czasie rozmów w kręgu znajomych. Wystarczyło zachować zasady dobrego wychowania i można było powiedzieć wszystko. Ktoś powie, dziś także. Naprawdę? Chyba nie ma nic gorszego ponad to, do czego doprowadził konflikt dawnych przyjaciół, jak to skuteczne pozbawienie zdecydowanej większości Polaków prawa do posiadania własnego zdania. Zwrócenie uwagi na oczywiste błędy u uchybienia z miejsca ustawia nas po jakiejś stronie i bezpowrotnie zamyka możliwość zmiany. Nikogo nie interesuje racjonalność, logika, przyzwoitość. Jak się raz nie opowiesz, ale tylko zwrócisz oczywistą uwagę, albo pochwalisz, to na sto procent jesteś lemingiem, albo oszołomem. Każdy musi być do czegoś zapisany i zaliczony, albo stanowić milczącą większość, bez prawa do głosu. Ten szantaż stosowany przez jednych i drugich niszczy wolność słowa i wypowiedzi. Posiadanie własnych poglądów, zdania pozbawia nie tylko części praw obywatelskich, ale co gorsza daje pretekst do bezpardonowego ataku dworu klienteli przyssanych do tego czy owego stołu, broniących swego stanu posiadania. Donosicielstwo, niszczenie godności poprzez bezpardonowy hejt w Internecie znany niegdyś, jako ostracyzm, niszczy nie tylko [publiczna debatę, ale i społeczeństwo, sprowadzając nas do roli milczących baranów prowadzonych na rzeź.

Nie chcąc żyć w świecie, w którym Wielki Brat Orwella byłby miłym misiem z okienka, ani tym bardziej stracić zdolność samodzielnego myślenia i jego werbalizacji, coraz bliżej mi do ludzi z kręgu darknetu, który z miejsca handlu bronią i prochami, staje się przestrzenią wolności słowa i myśli. Stąd już tylko krok bym na starość został konserwatywnym anarchistą.

 

 

Koniec dowolnej miłości?

Przez lata zastanawiałem się czemu zadeklarowane i walczące feministki plus wspierających ich panów nie drażniło sprowadzanie przez show-biznes kobiety do postaci skąpo odzianej istoty, której zadaniem było skłanianie do wyboru pomiędzy masłem a margaryną lub zadawalającej chucie tzw. macho, czyli gromady niedojrzałych emocjonalnie lub wprost nieco wybrakowanych fizycznie i psychicznie facetów. Branże reklamowa, rozrywkowa i porno żerowały na kobietach bezwzględnie czyniąc z nich w najlepszym przypadku bezwolne wieszaki na ubrania, bez głosu najmniejszego sprzeciwu sufrażystek. Więcej słyszało się o obrońcach zwierząt futerkowych, czy walczących o prawa Indian amazońskich, niż o tych którzy by protestowali przeciwko konkursom na Miss wszelakie. Nikt nigdy nie ukrywał, że choćby na ten wielki  i mały ekran najkrótsza droga wiodła przez łóżka producentów, reżyserów, sponsorów czy aktorów. Ba kolorowe magazyny na pierwszych stronach umieszczały gorące romanse na planach zdjęciowych, czy zmiany partnerów gwiazd telewizyjnych anten.  Seks był wpisany niemalże w konstytucje świata reklam i rozrywki. Owszem od czasu do czasu ktoś kogoś oskarżył o molestowanie, nadużycia wobec nieletnich, narkotyki etc. Sprawa znikała z gazet zaraz po pierwszej ugodzie z pokrzywdzonymi, suto opłaconej przez kolejną gwiazdę. Ile spraw było sfingowanych, a ile nawet nie ujrzało światła dziennego nie wiadomo. Faktem jest to, że oprawcy spokojnie odbierali kolejne nagrody, podpisywali kontrakty i rozdawali  miliony zdjęć fanom, uczestniczyli w kolejnych upojnych przyjęciach, szaleństwach na jachtach, epatując półnagimi ciałami, ustanawiając kolejne wzorce szczęścia i sukcesu. Sukces był przepustką do szczęścia. A szczęście to wolność i dowolność, także ta zahaczająca o ból i przemoc. Wielkim można było więcej, Roman Polański latami unika odpowiedzialności chroniony nie tylko przez adwokatów, ale i rządy państw. Biznes jest biznes. Pieniądz, który można było zarobić na kolejnym filmie, reklamie była ważniejszy niż człowiek.

I oto niemal z dnia na dzień na naszych oczach dokonuje się coś na poziomie przewrotu kopernikańskiego. Nikt nie tylko nie broni Kevina S ., ale nie waha się wyrzucić mnóstwo pieniędzy za usunięcie go ze zmontowanego już filmu, zakończyć legendarny serial. Spacey staje się początkiem serii. Producent, aktorzy, dziennikarze, politycy. Dzień po dniu, konferencja po konferencji. Tak zmienia się świat nie tylko „szołbiznesu”. Padają mity, pomniki. Rewolucja seksualna wydaje się ponosić klęskę. A świat uważany za lewacki  i postępowy staje … pruderyjnym i konserwatywnym obyczajowo.  Czyżby czeka nas powrót epoki wiktoriańskiej? Golizna zniknie z reklam, swoboda obyczajów z rozrywki? Tak, ale pod warunkiem, że da się to przeliczyć na pieniądze. Wolność seksualna być może już się przejadła Być może pokazano już wszystko i zarobiono na tym pieniądze. Być może czas na inne emocje, inne wartości. Być może ktoś to przeliczy i zadecyduje co przyniesie więcej kasy. Tego ja nie wiem, choć cały czas czekam na nasze polskie wyznania. Na podjęcie śledztwa w sprawie pedofili na Dworcu Centralnym, ujawnienie listy klientów dilera celebrytów. Czekam nie dla zaspokojenia jakiejś żądzy sensacji, ale by zrozumieć zawrotne kariery nie tylko w świecie polskiej rozrywki, ale i polityki.

Króliki

Zaiste nie wiem kto jest doradcą ds. wizerunku Jego Książęcej Mości  Ministra Zdrowia, ale jeśli ktoś taki istnieje, to jest na podwójnej gaży. Minister Radziwiłł ze zdumiewającą łatwością zmierza do gabinetu kolegi o specjalności chirurg – ortopeda. Nogi ma totalnie postrzelane, więc zaczął szukać miejsca wyżej. Kampania mająca skłonić mnie bym jak królik dbając o zdrowie był prokreacyjny, jest delikatnie rzecz ujmując obarczona tyloma kontekstami, skojarzeniami, że z pewnością będzie płodnym (to nie jest przejęzyczenie) tematem niedwuznacznych dowcipów i kabaretowych skeczy.  Osobiście jako niegdyś nieletni  hodowca w  królików śmiem zauważyć, że to nie Pan królik, ale Pani królikowa zdolna jest nie w ciągu życia, ale ledwie roku urodzić w kilku miotach nawet 70 królicząt. Pan królik, nie praktykujący monogamii, może się szczycić kosmicznymi jak na ludzką wyobraźnię wynikami. Tym samym żyjącemu w wieloletnim ludzkim stadle monogamicznym przychodzi zadać pytanie Jego Króliczej Mości, jak mam naśladować owe króliki? Gryźć marchewkę z cudzych grządek, kicać po łąkach i … trzy kropki zostawiam Państwa wyobraźni. Mojej już po pierwszym obejrzeniu przesłanie „kto, jak kto, ale my króliki wiemy, jak zadbać o liczne potomstwo. Jeśli chcesz kiedyś zostać rodzicem, weź przykład z królików ” wystarczy do awansu Ministra z Księcia na Król(ika).

A na poważnie.  Szkoda, że ta „szutka” kosztuje nas 2,7 mln złotych, które wydane na leczenie bezpłodności  przyniosłoby radość może nie kilkuset tysiącom, ale kilkuset ludzkich par.

Prohibicja

Grupa posłów PiS proponuje zmiany w ustawie o wychowaniu w trzeźwości. Wśród wielu raczej przemilaczanych zmian najgłośniej dyskutuje się o zakazie sprzedaży alkoholu między 22 a 6 rano. Zakazu, którego zasadniczo … nie ma, bo ustawa daje wyłącznie możliwość wprowadzenia ograniczenia samorządom i to tylko odnośnie punktów handlowych. Żeby było jasne uważam, że takie rozwiązanie jest jak najbardziej logiczne i godne wsparcia. Samorządy najlpeiej znają problemy swych mieszkańców, wiedzą też czy wogóle ktoś sprzedaje legalnie alkohol po 22.00 ( mam nadzieję, że „ofiarą” padną stacje benzynowe sprzedające nie tylko paliwo autom). Prohibicja nie będzie całkowita bo ustawa nie zajmuje się lokalami gastronomicznymi, gdzie można spożywać do oporu i … Parlamentem RP, gdzie nadal legalnie każdy poseł, senator i jego goście mogą kupować i pić każdy alkohol. Zaiste nie rozumiem dlaczego Sejm i Senat RP oraz nasi wybrańcy (bo nie pracownicy) mogą robić to co jest teoretycznie zakazane każdemu z nich w innym miejscu. Teoretycznie bo przecież nikt nie odważy się podać alkomatu posłowi w czasie wizyty w szkole lub podczas podróży, kiedy pijanego może wywalić każdy kierowca, czy konduktor.  Tłumaczenia o szczególnych warunkach pracy, gościach etc. to dziecinada. A twierdzenie, że w tej kadencji nikt nie widział na sali posłów pod wpływem brzmi jak clintnowskie „ale się nie zaciągałem”. Inna sprawa, że trudno inaczej pojąć niektórych zachowań naszych dzielnych reprezentantów narodu.

Na oddzielny tekst zasługuje wytyczne co do profilaktyki, ale o tym najlepiej gdy wypowiadają się specjaliści tj, policjanci, lekarze, rodziny alkoholików, a w najmniejszym stponiu ci co walczą z chorobą i jej skutkami ulotkami i wykładami.