Ludzkie Narodzenie

Im jestem starszy tym częściej Adwent kojarzy mi się nie z radosnym oczekiwaniem, ale nostalgią. Rozumiem ludzi, którzy w pewnym momencie swego życia przestali liczyć czas od Świąt do Świąt. Z każdą pierwszą gwiazdką coraz mniej tych świąt przed nami. Ten stan smuteczku jak by powiedział poeta pojawia się wraz z pustym nakryciem po rodzicu, którego zabrakło.

Boże Narodzenie najbardziej rodzinne ze świąt. Świat zamiera w oczekiwaniu na cud narodzin Boga w ludzkiej postaci. Okazuje tym nie tylko swą bezgraniczną miłość, ale daje do zrozumienia, jak bezcenny jest dla Niego każdy z nas, a przez to oczekuje od nas wzajemnej miłości bliźniego. Tak często mówimy Jezu, Boże, kocham Was. Ile razy zdarzyło się nam zwrócić w ten sam sposób do obcego człowieka? A kto nam zagwarantuje, że to właśnie nie syn ubogiego cieśli proszący o pracę, wsparcie? Takie myśli przychodzą nam do głowy czasami zbyt późno, gdy już nie możemy niczego naprawić, bo na wigilijnym stole zostaje kolejne puste naczynie.

Przez lata Boże Narodzenie kojarzyło mi się z pokojem wbrew temu co dzieje się wokół nas. Pamiętam Boże narodzenie 1981. Szczególne dla mojej rodziny, bo stan wojenny nie pozwolił zebrać się przy wigilijnej wieczerzy całej rodzinie. Pierwszy dzień świąt z delikatnie podrobioną przepustką, wypełnionym po brzegu pociągu. Nie. Nie było patriotycznych porywów, ale omdlały dzieciak z matką znalazł miejsce w przedziale. Wyobrażacie sobie Państwo taki gest dziś?

Smutek, to najlepsze słowo na określenie tego czego jesteśmy świadkami. Peter Gabriel śpiewał w Games Without Frontiers „Gdyby spojrzenia mogły zabić, pewnie by zabiły, w zabawach bez granic – wojnie bez łez”. 36 lat później gra trwa w najlepsze. Ludzie odpowiadający za nasze tu i teraz rozciągają naszą wyobraźnię, czyniąc nas zakładnikami w czymś co już dawno przestało być grą. Miłość bliźniego? Nawet nikt nie sili się na pustosłowie. Najważniejsze jest być na szczycie i skutecznie deptać palce tych co chcą nas w tym zastąpić. Doczekaliśmy czasów, gdy nie ma prawda nie musi być prawdą, a kłamstwo, kłamstwem. Czasów usprawiedliwiania podłości potrzebą chwili, a nawet dobrem ogółu. Zwiewamy szeregi chcą bronić spraw i rzeczy, które jeszcze 30 lat temu były dla nas antywartościami. Jesteśmy gotowi porywać się barykady by walczyć z samymi sobą o coś czego istoty nawet nie próbujemy zrozumieć, ale jesteśmy w stanie poświęcić to co najważniejsze, to o czym śnimy po nocach, co wspominamy z czasów dzieciństwa, czego zawsze pragnęliśmy. Poczucie bezpieczeństwa, radość wspólnoty dziejów i wartości, które czynią nasze życie spełnionym, potrzebnym.

Jak za siądziemy do polskiej wigilijnej wieczerzy? Z zaciśniętymi pięściami, ustami wykrzywionymi wymuszonym uśmiechem. Złożymy sobie życzenia, które zaraz w głębi duszy przekreślimy, a może już stać nas na to by sobie wykrzyczeć „życzę ci wszystkiego najgorszego”? To ostanie wcale mnie nie zaskoczy.

Co sprawia, że jestem smutny na te Święta? Do mojego stołu zasiądą, wszyscy, których kocham, a oni mnie kochają, ale czy na ten jedyny jaki Bóg nam dał świat spłynie Jego pokój? Czy ludzie pozwolą się narodzić Bogu w sercach?  Smutno mi, gdy widzę jak moi bracia w wierze, przestają sobie wierzyć, pchając ten świat ku przepaści.

 

 

 

Piękna nasza Polska cała

Piękna nasza Polska cała, ale zachodnia jej część jakby piękniejsza, bogatsza, chętniej wybierana, jaki miejsce fabryk, czy jak to woli montowni. Po Mercedesie, Lufthansa i General Motors wybudują tym razem w Środzie Wielkopolskiej serwis silników. Pięknie. W sumie powód do dumy, radości. Duża inwestycja za 250 mln euro, kolejne miejsca pracy w Polsce.. Zachodniej. Jakbym miał szukać dziury w całym, to mógłbym się pokusić n początek o postawienie, a następnie uzasadnienie tezy o regermanizacji Ziem Odzyskanych. Oto niemieckie firmy wykupują odzyskane ziemie piastowskie i zabudowują je swoimi fabrykami. Wybierają też Polskę, bo tania siła robocza, która pozwala maksymalizować zyski, konsumowane przez niemieckich podatników po drugiej strony Odry. Prawda, że zgrabnie mi to wyszło? Nie wykluczam, że ktoś już ocenił inwestycyjny boom na terenach dawnego zaboru pruskiego. Nie jest to trudne, bo przecież sieć nowobudowanych lub naprawianych dróg skupia się właśnie w tym rejonie, co czasami daje asumpt do pytania, czy przypadkiem nie przyłączyliśmy już Ziem Odzyskanych do RFN. Na szczęście sieć powoli acz systematycznie rozrasta się na wschód, północ i południe, choć dziwnym zbiegiem okoliczności wciąż zatrzymuje się na Wiśle. Są „plany na przyłączenie Litwy do Adriatyku”, więc być może za jakiś czas zobaczymy więcej niż kawałek A-4 dalej niż do Krakowa.

Tak na serio, to cieszy zainteresowanie inwestorów Polską. Szkoda, że tylko zachodnią połówką ze zdecydowanym przechyłem na rzecz Dolnego Śląska i Wielkopolski. Myślę, że nie tylko ja życzyłbym sobie logo GM na przykład w siedleckiej strefie gospodarczej, a Lufthansy na bialskim lotnisku. Co powoduje, że nikt nawet nie zapyta o te tereny? Obawa przed białymi niedźwiedziami, bo przecież nie brak wiedzy, że to też Polska, zamieszkana przez równie pracowitych, co tanich polskich robotników. Brak skomunikowania z Zachodnią Europą? Odrzucam ten argument. Drogi mamy marne, ale za to linie kolejowe zmodernizowane. Lotnisk też nie brakuje. Czyżby bliskość wschodniej granicy rodziła aż tak wiele obaw? A może jest inna przyczyna. Niemcy przeżyli już najazd Jugosłowian, Turków, Algierczyków, ale też i Czeczenów, czy Syryjczyków. Milionów Ukraińców już jest w Polsce. Coraz większa liczba ma prawo do pracy, pobytu. Płacąc podatki nabywa prawa do opieki państwa. Ściągają swoje rodziny, kupują mieszkania. Stają się naszymi sąsiadami. Nie ma w tym nic zdrożnego. Cierpimy na brak rąk do pracy, zwłaszcza w tych najmniej płatnych, czy ciężkich zajęciach, zatem akceptujemy robotników rolnych, budowlanych, kasjerów, sprzątaczki, opiekunki dla dzieci i starszych. W zasypanej inwestycjami zachodniej Polsce Ukraińcy załatwiają problem braku taniej siły roboczej. Kształcą się, uczą nowej kultury pracy, podnoszą kwalifikacje. Płacą skromne podatki, uczą się polskiego i niemieckiego. Ale kiedy przyjdzie kryzys i w pierwszej kolejności zamknięte zostaną polskie montownie? Do kogo zwrócą się po pomoc? Na czyim utrzymaniu pozostaną, bo przecież do swej ojczyzny nie wrócą. Jest też druga opcja. W starzejącej Europie budujemy wielki rezerwuar nie tylko taniej siły roboczej, ale i wyedukowaną, tożsamą cywilizacyjnie społeczność gotową pracować na emerytury …, no chyba nie sądzicie Państwo, że nasze, polskie.

Ta historia nie jest efektem wybujałem wyobraźni autora, ale obserwacją tego, co już się gdzieś wydarzyło. A wnioskiem, nie jest zabarykadowanie tej czy innej granicy, ale zaprzestanie tworzenia sobie problemów, gdy dość nam rzeczywistych, które trzeba zauważyć, docenić i zacząć rozwiązywać. Począwszy od realnej polityki zrównoważonego rozwoju, bo dbałość o skuteczny program asymilacji nie tylko Ukraińców, ale wszelkich przybyszy, którzy na dziś chcieliby w Polsce pozostać.

Polska

Dedykuję Frankowi.

Czy zadawałeś sobie pytanie, co to jest Polska? Banalne? Doprawdy? To, czym jest dziś dla nas Polska? Tylko proszę bez wielkich słów, które zwykle przez swój patos skutecznie przykrywają rzeczywistość.

Kiedy byłem małym chłopcem, Polska to był mój dom, rodzice, koledzy ze szkoły, szkoła i kaplica, między którymi się wychowałem i … książki, które połykałem dziesiątkami. Polska to była też zielono – brązowa plama mapy, której czytanie zawsze mnie pociągało. Ta Polska rosła wraz ze mną. Rozrastała się o coraz bardziej samodzielne wyprawy do rodziny i nie tylko. Bogaciła się wraz z nowymi znajomościami, przygodami. Nabierała głębi wraz z rosnącym zamiłowaniem do historii, którą wzbudziły opowiadania … Karola Maya, bo to od nich przepłynąłem do Trylogii. Moja Polska nie stała jeszcze w kontraście z innymi krajami, bo one były tak odległe, nieosiągalne. Historia Polski pełna była wielkich czynów, bohaterów, ale nie dramatów, czy rozterek. Świadomość zagrożeń wynikała z wielokrotnie powtarzanego przekazu o odwetowcach, terrorystach, kapitalistach. Z tych kalek wyzwolić mnie miał sierpień i nowe nieznane mi wcześniej ksiązki. Do mojej Polski weszli ONI. Polacy, ale inni niż ja. Już nie życzliwi, opiekuńczy, ale interesowni, gardzący moimi marzeniami. Powodowali w młodym człowieku, że ściskała mu się pięść i czasami miało się ochotę złapać za kamień. W grudniowy mroźny poranek dowiedziałem się, że muszę sobie Polskę wymyślić na nowo, ogrodzić swój mały świat. Tam poznałem ludzi takich jak ja, którzy przez Polskę rozumieli jako prawo do własnych ocen i poglądów, szacunku do jednostki. To zabawne, ale wydaje mi się, że wtedy czułem się bardziej wolny niż dziś. Bo nawet dyskutując z przedstawicielami tamtej władzy, nie bałem się mówić, co myślę. Konsekwencje były przewidywalne i w kontekście codzienności wcale nie przerażały. Co można zabrać komuś, kto ma niewiele? Jak cierpieć więzienie w niewoli? Owszem byłem młody i wydawało mi się, że na wszystko mi jeszcze wystarczy czasu. Nie mając wpływu na to, co w Polsce, w mojej małej Ojczyźnie czułem się wolnym człowiekiem. Mogłem w niej czytać, rozmawiać, poznawać, kochać. Nie znałem innego świata, bo nie miałem prawa do paszportu. Może gdybym zaznał smaku rozstania?

Z końcem studiów, założeniem rodziny zbiegł czas przemian, których pragnęliśmy i kompletnie w nie nie wierzyliśmy. Jak to możliwe? Doświadczeni grudniowym rozczarowaniem nie mogliśmy uwierzyć, że to potrwa dłużej niż rok czy dwa. Poza tym, kto z nas wiedział jak ma wyglądać ta nasza Polska? Bez onych, skoro oni wciąż żyli obok. Dziś łatwo mówić o błędach 89 roku. Grzmieć, pouczać, oceniać. Kiedy zaczynałem pracę zarabiałem 20 dolarów miesięcznie, za które w Pewexie mogłem kupić jeansy? Jakie jak mogłem mieć pojęcie, jaka ma być ta wolna Polska? A co inni wtedy byli dużo ode mnie mądrzejsi? Ktoś przed nami wyszedł z komuny? Nie mieliśmy Wessi., Którzy wpompowali biliony marek w dawne NRD, a i tak wszyscy stamtąd chcieli wyjechać?golabki-2

Po 27 latach wciąż nie wiemy, jaka ma być nasza Polska. Tak bardzo boimy się odpowiedzi na to pytanie, że z braku starych onych wymyślamy sobie nowych. Przerażeni możliwościami, jakie daje nam współczesność, z lęku, czy im podołamy, zamykamy się przed światem, który wcale nie chce nas zjeść. Dziś mam marzenie mojej Polski i kocham tę niedoskonałą na miarę naszej wyobraźni sprzed 27 lat. Marzę by stała się wielką Polską z mojej małej wewnętrznej emigracji. Polską ludzi, którzy pozwalają się kochać. Polską trudnej historii pisanej przez życie i dokonania zwykłych ludzi, którzy mają proste marzenia.

Drugi obieg

Dawno, dawno temu w Polsce politycy wczesnym rankiem sięgali po gazety, by dowiedzieć się, co o ich pomysłach i działaniach myślą czytelnicy, czyli wyborcy. Dawno, dawno temu politycy nie oczekiwali od dziennikarzy wywiadów przeprowadzonych na kolanach, pytań uzgodnionych z biurem prasowych, bałwochwalczych felietonów, potwierdzenia ich samopoczucia. Dawno, dawno temu polscy wyborcy sięgając po gazety, włączając radio, czy telewizor mieli prawo sądzić, że to, co słyszą, czytają lub oglądają, ma coś wspólnego z poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie jak jest naprawdę. To dawno, dawno temu, nie było jeszcze tak dawno.

Rewolucja, jakim stało się w Polsce zniesienie cenzury przyniosła narodziny tysięcy nowych redakcji i tytułów. Każdy mógł założyć sobie gazetę, wielu radio, a ostatnio blog, czy internetową witrynę. Wiele chęci, mało pomysłu jak połączyć ideę z koniecznością utrzymania. Rozwój Internetu umożliwił nam łatwy dostęp do informacji za darmo. Zgoda na podwójne finansowanie mediów publicznych ze słabo ściąganego abonamentu oraz wpływów z reklamy, zdemolowała rynek reklamowy. Wydawcy ratując biznes skazywali się na romans z polityką gwarantującą wpływy z reklamy państwowych spółek lub dostęp do rządowych lub samorządowych ogłoszeń. Władza szybko zorientowała się, że media publiczne nie muszą być jedynym sposobem dotarcia do wyborców. Dziennikarska niezależność i apolityczność skończyła się gdzieś po rozpadzie AWS na progu afery Rywina. Symptomatyczne, że najbardziej rozpoznawalni dziennikarze III RP przez 20 lat kariery kilkanaście razy zmieniali miejsca pracy, krążąc przy okazji po mediach ideologicznie od ściany do ściany. Świetnym przykładem jest skład redakcji Życia z kropką: Tomasz Wołek, Ryszard Legutko, Cezary Michalski, Paweł Fąfara, Piotr Semka, Jacek Łęski, Łukasz Warzecha, Piotr Zaremba, Bronisław Wildstein, Piotr Skwieciński, Tomasz Lis, Dorota Kania, Cezary Gmyz, Wojciech Sumliński, Jan Wróbel, Joanna Lichocka-Bichniewicz, Bertold Kittel, że wymienię tylko kilka. Wtedy koledzy, a nawet przyjaciele. Dziś decydują o skrajnie różnych emocjach swych odbiorców.

Kilka dni temu medialny światek zelektryzowała zapowiedź felietonu Krzysztofa Ziemca. Ostatniego prezentera Wiadomości z czasów telewizji Jana Dworaka, znanego z konserwatywnych poglądów. Redaktor Ziemiec dość ostro wytknął obecnej ekipie, liczne błędy i zaniechania, motywując to działaniem na rzecz dobra PiS. Spekulacje, czy tym tekstem Ziemiec żegna się z telewizją publiczną, tylko potwierdzają, że ma nie tylko on ma rację. Od słynnego rozwodu politycznych przyjaciół, politycy uważają, że mogą popełnić każdy błąd, bo zawsze można to, czym przykryć. To przekonanie bierze się z pewności, że wyborcy są idiotami, którzy kupują każdą historyjkę, pod warunkiem wprowadzenia ich w odpowiedni stan emocjonalny. Najlepiej, gdy są to negatywne emocje, skierowane wobec przeciwnika politycznego. Politycy w Polsce są przekonani, że wysyłając Polaków z powrotem w czasy plemienne, czyli dzieląc ich i wzajemnie napuszczając, głównie z wykorzystując do tego uzależnione od siebie media, zdobywają władzę na zawsze. Zawsze w polskiej polityce trwa od dwóch do ośmiu lat. Zawsze jednak za długo, by przegrani lub przegnani, nie potrafili zrozumieć przyczyn swych zwycięstw i klęsk. Stąd tak wielkiego znaczenia nabierają niezależne analizy tych porażek. Analizy rzetelne, pozbawione emocji, a zwłaszcza te szukające przyczyn wyłącznie poza samym ugrupowaniem. Trudno na poważnie brać biadolenie trzódki Jacka Żakowskiego w TOK FM, czy też ataki euforii telewizji Jacka Kurskiego. Wbrew dwóm głównym nurtom, które nie wypracowały przez rok żadnej solidnej diagnozy przyczyn porażki jednych, a zwycięstwa innych takie analizy powstają. Można je znaleźć w Internecie, ale widać w te miejsca polscy politycy i tak zwani publicyści nie zaglądają. A to oznacza istnienie drugiego, alternatywnego obiegu opinii i informacji, na który politycy i wydawcy nie mają wpływu. Jego oficjalne ignorowanie przypina mi lata 80 te, gdzie dzięki Głosowi Ameryki, RWE lub BBC, Polacy wiedzieli o sobie i świecie więcej niż ówczesnej władzy się wydawało.

 

Quo vadis mój Kraju

Afera reprywatyzacyjna, kryzys w spółkach skarbu państwa, początek prac komisji ds. Amber Gold, dymisja ministra skarbu, fiasko rozmów w sprawie śmigłowców, umowa CETA, epidemia ASF, odrzucenie projektu ustawy o ochronie życia, dymisja ministra finansów, rekonstrukcja rządu, forum w Krynicy, protesty pielęgniarek, zawodów medycznych, rolników, nauczycieli, konwencje programowe trzech partii, … . Tym wszystkim można by obdzielić nie jeden pełny sezon polityczny, a tymczasem to tylko lista najpoważniejszych wydarzeń w ciągu sześciu tygodni. Znacząca część z tego jeszcze 10 lat temu sprawiłaby, że paru gości musiałoby szukać nowego zajęcia. Dziś są to tylko kolejne narracje, mające przykryć to, co podnosiło ciśnienie ledwie dzień wcześniej. Ani politycy, ani dziennikarze nie zmuszają się już do dochodzenia istoty czegokolwiek, nadużywając wielkich słów, niszczą ich znaczenie, podobnie jak to robili z autorytetami, o których wspomnienie naraża na śmieszność. Publika traci zaś miarę uznając wszystko za pozór, grę, zaczyna walczyć tylko, co dotyczy najbardziej podstawowych potrzeb. Nie znam nikogo, kto jeszcze by łudził się, że w Polsce mogą istnieć wartości wspólne. Skoro nawet słowa mają inne znaczenie w zależności, kto je wypowiada? Co może nas łączyć? Ktoś próbuje nam wmówić, że jesteśmy podzieleni na pół. Tylko na pół? Ja widzę wokół siebie ludzi grających non stop w znaną mi z dzieciństwa grę w państwa, która polegała na wywoływaniu wojny przeciwko komuś, kto miał więcej terenu. Wywołany miał złapać za kij (symbol władzy), a wywołujący do tego momentu miał czas odbiec na tyle daleko, by nie zostać trafiony patykiem. Akcja kończyła się odcięciem tyle terytorium przeciwnika ile można było zagarnąć. Kiedyś obowiązywały reguły. Nie można było rzucać w głowę, przy odcinaniu terenu nie wolno było się podpierać itd. Dziś każdy komuś rzuca wyzwania i zaraz wali na oślep bejsbolem. Liczy się tylko, kto komu wyrwie więcej, albo skutecznie zamroczy.

Kilka dni temu rozmawiałem z panią, którą znam od 20 lat. Wrażliwą, rozumną, na wskroś uczciwą, delikatną, ledwie debiutującą w wielkiej polityce. Przykro mi do dziś, że musiałem jej zadawać pytania, na które nie mogła odpowiedzieć mi zgodnie z tym, co ma w sercu. Widziałem jak pytania rozdzierają ją na pół.  Przekaz dnia, interes partii, czy własne zdanie, sumienie. Obowiązkiem dziennikarza jest jednak pytać.  Trudno mi do dziś otrząsnąć z przygnębienia, bo kiedy widzi się jak ta machina wciąga i mieli ludzi. Jak tworzy alternatywy, kto nie z nami?…. Gryź, bo cię zagryziemy. Bierz ile możesz, dopóki możesz, bo potem nie będziesz mógł. To dziś weźmiesz, jutro będzie ci zabrane. Jak wielu porządnych ludzi przekształciło w pozbawionych własnego zdania i sumienia, wiernych i biernych aparatczyków? Skąd ja to już znam? Kiedy to widziałem? Jak bardzo marzyłem, że dożyję czasów Polski wolnych, rozumnych, wrażliwych na potrzeby innych ludzi władzy?

Kim, że zatem dziś byłby Jezus z Nazaretu ze swoim nauczaniem? Przesiadujący z faryzeuszami, saduceuszami, nie stroniący od celników, zelotów? Głoszący prawdy niewygodne? Czy przetrwałby ze swą nauką trzy lata? Kto dziś pozwoliłby Chrzcicielowi głosić trudne prawdy o rządzących? Kto zażądałby jego głowy?

Na przykrycie czego wystarczyłaby narracja o ścięciu jednego, ukrzyżowanie drugiego?

Za mało

Reprywatyzacja, wygaszanie gimnazjów, dymisja w nagrodę za dobrą robotę, kontrola CBA w spółkach, ASF, nowelizacja budżetu, klapa ustawy o podatku od supermarketów, komisja ds. Amber Gold, podkomisja smoleńska, a za moment ustawa o ochronie życia. I to wszystko w niespełna trzy tygodnie! Ok. część z tych zdarzeń stanowi kontynuację, sezonu poprzedniego, a i tak strach pomyśleć, co się dalej będzie działo skoro trzęsienie ziemi i tsunami, już przeszło, a napięcie zdaje się rosnąć dalej. Przy takim natłoku zdarzeń jak zawsze umyka nam to, co najistotniejsze, z czego powinniśmy sobie zdawać sprawę, czego nie da się odkręcić jedną czy dwoma ustawami, czy serią dymisji.

Oświata, jeśli ma działać musi być konsekwentna, przewidywalna, dawać poczucie stabilizacji nie nauczycielom, ale dzieciom i rodzicom. To banał, ale wysyłając dzieci do szkoły powinniśmy wiedzieć, kto, czego i jak będzie je uczył, co powinno zaplanować nam ich przyszłość. Ja wiem, że zaraz odezwie się przemądrzały ex kurator i powie mi, że rodzice nie powinni determinować przyszłości dzieci. Może i nie powinni, ale jak świat światem nawet jak im pozwalają decydować, to też mają wpływ. Kiedy profesor Handtke wymyślał swoją reformę gimnazjalną, byłem zdecydowanym przeciwnikiem tego eksperymentu. Uważałem to za zbędne, sztuczne i pogłębiające problemy, jakie miały zlikwidować. Po 18 latach nadal uważam, że gimnazja nie były niczym dobrym, ale skoro już są, wpierw trzeba sobie zadać pytanie, jakie konsekwencje wywoła ich likwidacja i czy nie prościej je udoskonalić niż zafundować totalny chaos, jaki zapanuje 1 września przyszłego roku. Myli się, bowiem każdy, kto uważa, że wygaszenie gimnazjów rozwiąż problemu nadpobudliwej w tym wieku młodzieży. Burza hormonów pozostanie, bowiem w podstawówkach, jeszcze bardziej przeludnionych niż obecnie. Co to oznacza dla rodziców? Być może dodatkowe zmiany, a co zatem idzie rozwali terminarze dostarczania i odbierania dzieci ze szkoły. Przymusowa rejonizacja oznacza przenoszenie dzieci ze szkoły do szkoły. Ucieszą się wydawcy podręczników, bo oto MEN nie będzie już fundował darmowego jednego podręcznika. Samorządy będą refundować koszty zakupu dowolnie wybranych podręczników. Nie chcę się już zagłębiać jak to możliwe by po roku, gdy mamy zamieszanie z podwójną pierwszą klasą, potem jej zmniejszeniem w następnym roczniku fundujemy sobie przez dwa lata podwójny system gimnazjum, podstawówka oraz cztero i trzy letnie liceum! Za kilka lat znowu zróżnicowana matura. Ledwie opanowaliśmy sytuację z gimnazjami i znów zrzucamy z mostu na główkę kilka roczników naszych dzieci nie wiedząc, czy w dole płynie woda. Głupia to głupia, ale reforma Handtkego była prowadzono od poziomu pierwszej klasy podstawówki. Tymczasem za rok w naszych szkołach ma się zmienić wszystko począwszy od siatki godzi, podręczniki, programy, nauczycieli, rejony szkół, system nadzoru etc., Przy czym na rok przed wiemy tylko tyle, że jest projekt ustawy. Politycy w kampanii obiecują różne rzeczy, ale dochodząc do władzy powinni sprawdzić, czy obietnice da się w tej innej formie zrealizować. Tymczasem minister Zalewska nie przedstawiając żadnych analiz celowości, w ciemno, obiecując tylko damy radę, podejmuje jednoosobową decyzję, której sama najwyraźniej się obawia zaznaczając, że nie wprowadzi zmian oświacie w latach, gdy są planowane wybory parlamentarne, czy samorządowe. Jeszcze bardziej cierpnie mi skóra, gdy minister edukacji swoją wiedzę opiera na raportach NIK (zaiste wyspecjalizowany w edukacji organ) i Systemie Informacji Oświatowej (system opiera się na samoocenie placówek), który jeszcze rok temu udowadniał, że w polskiej szkole wszystko jest tip top. Pani mister nie przyjmuje żadnych argumentów, każdy, kto próbuje racjonalizować rozmowę, jest odsyłany do oślej ławki. Chciałby zapytać, ale nie mogę, bo urzędnicy milczą, na czym polegały te konsultacje z różnymi grupami, skoro nawet oświatowa Solidarność do nich nie została zaproszona, mimo usilnych próśb. Jako żywo przypomina mi się rok, 1998 kiedy do ministra Handtke też nie docierały żadne argumenty. Tak jak dziś, kiedy pytanie o zwolnienia nauczycieli Pani minister beztrosko odpowiada „przecież ilość dzieci się nie zmieni”, zapominając, że szkoły są prowadzone przez różne organy i choćby na tym styku dojdzie do redukcji przede wszystkim nauczycieli przedmiotów ścisłych. Projekt reformy nie mówi nic o zmniejszaniu ilości dzieci w klasach, o zmianie sposobu naliczania subwencji, ale za to na zarządzony radach pedagogicznych sporo mówi się o okolicznościach, w jakich nauczyciel może być wydalony z zawodu. Czemu akurat ten motyw? Rodzicom też nie mówi się o konieczności przenoszenia dzieci do innych szkół, czy też zwiększeniu liczebności klas, konieczności kupowania nowych podręczników. Zapowiada się wprowadzenie nauki programowania i gry w szachy w najmłodszych klasach. A czemu nie brydż, nie jazda konna, czy zajęcia z fitness?

Kiedy podejmujemy, jako rodzice decyzję o wyborze szkoły dla naszego dziecka, tak naprawdę decydujemy o jego przyszłym życiu. Potem ono i my sami ponosimy tego dobre i złe konsekwencje. Jeśli jesteśmy świadomymi rodzicami, dobrze ją przemyślamy, konsultujemy, dyskutujemy. Chcemy mieć pewność, że dobrze robimy, bo to jest ludzkie życie. Niestety kiedy jedna osoba podejmuje o losie setek tysięcy naszych dzieci i pozbawia nas przy tym prawa głosu, nawet, jeśli pochodzi z partii, która wygrała wybory, to tracimy to prawo jak najlepszej edukacji naszych pociech. Nie ma takiej większości, która może pozbawiać rodziców prawa do decydowania o swych dzieciach. Samo zapewnianie damy radę a kto nie z nami ten niech zamilczy, to za mało.

Żegnaj stara nowa szkoło.

Nie dlatego, że nie mam nowego tekstu, ale dlatego, żeby zadać pytanie na ile ten nie stracił na swej aktualności. Felieton ten napisałem w czerwcu 2000 rok po rozpoczęciu reformy ministra Handtke  …

Żegnaj stara nowa szkoło.

Tuż tuż za drzwiami stoi koniec pierwszego roku szkolnego po reformie.

Za zgodę na reformę dyrektorzy i działacze związkowi dostali po cichu obietnicę szybkiego awansu finansowego. Pierwsi stali się gorącymi orędownikami racjonalizmu sieci szkolnej i zatrudnienia, drudzy przymknęli oko na zwolnienia i likwidację małych szkół.

Nowy system awansu miał być wprowadzony już w pierwszym dniu obowiązywania reformy, ale zabrakło kasy i chęci na nowelizację Karty Nauczyciela. Ostatecznie Kartę znowelizowano po pół roku, obiecano w niej podwyżki z wyrównaniem od 1 stycznia.

Obiecano jak wiele rzeczy w tej reformie. Bo przecież obiecano wyrównanie szans edukacyjnych w gimnazjach, a już mamy egzaminy wstępne do gimnazjów organizowanych przez renomowane licea. Egzaminy są wbrew obowiązującej ustawie, kuratorium zakazuje, pani wiceminister zakaz odwołuje. W mniejszych gimnazjach nagminnie stosuje się selekcję uczniów poprzez tworzenie lepszych i gorszych klas. Nikt tego nie kontroluje. W naszym regionie jest co najmniej kilkanaście takich gimnazjów, które stosują zasadę dzielenie dzieci na mądrzejsze i głupsze przy organizowaniu klas. To jest skandal? Jest. Ale nikt tego nie zamierza nawet kontrolować. Rodzice mieli mieć wpływ na szkoły? Mają do momentu gdy na ich głosach zależy radnym lub dyrektorom. Szkoła miała być bliżej dzieci, miała być bardziej przyjazna, mniej encyklopedyczna, bardziej polska … Co z tych zapowiedzi zostało?

Wzrost poziomu nauczania załatwić ma obniżenie progu średniej, od którego uczeń otrzyma świadectwo z wyróżnieniem. To będzie tylko manewr statystyczny? Ale jaki nośny propagandowo. Po roku funkcjonowania reformy liczba uczniów wyróżniających wzrośnie nawet o 300 %. To jest sukces.

Wróćmy do pieniędzy, na brak których oświata narzekała od zawsze. Nauczyciele od razu mieli zarabiać dobrze i dużo, nawet 700 – 1000 dolarów. Potem spuszczono nieco z tonu, ale i tak nowelizacja Karty Nauczyciela obiecywała znaczące sumy, choć odbiegały one od deklaracji. Podwyżki z wyrównaniem miały się pojawić zaraz po podpisaniu ustawy przez prezydenta, potem, trzeba było to zweryfikować, bo brakowało rozporządzeń wykonawczych ministra, potem gminnych regulaminów, a teraz?

Teraz – brakuje pieniędzy. Okazuje się bowiem , że reformatorzy byli hojni zapewniając zaledwie 75 % środków na płace. Pozostałe środki miały sobie wytrzasnąć gminy. Skąd? A co to ministerstwo obchodzi. Swoją działkę zapewnili, bez trudu, bo przecież to dokładnie tyle ile było dotąd. A gminy podwyżki muszą dać. Kasę na nie, niech sobie wykopią spod ziemi.

Nauczyciele są wściekli. Zgodzili się na wzrost wymagań, utratę przywilejów, za co mieli dostać zapłatę. A nie dostają, bo nie ma z czego. Chcą skarżyć gminę, bo ministerstwo i reformatorzy zręcznie przestali być ich pracodawcami. Gminy zaś będą skarżyć ministerstwo.

Czym to się skończy? Niczym. Sądy orzekną, winni rozłożą ręce i powiedzą: a skąd mamy wziąć? Zresztą procesy będą się ciągnąć dostatecznie długo by odpowiedzialni za złożone obietnice z rządzących stali się opozycją, która winę przerzuci na następców. A ci ostatni będą odbijać piłeczkę do poprzedników i tak w kółko Macieju.

Najgorzej na tym wszystko wyjdą wspomniani na początku dyrektorzy i związkowcy. Obie grupy jako nawet dyplomowani nauczyciele też poczekają ruski miesiąc na podwyżki. Pierwsi szybko stracą motywację do poganiania swych pracowników do zwiększonego wysiłku. Drudzy po zejściu na ziemię ze związkowych fotelików, będą przemykać pod ścianami, by uniknąć pytania za ile sprzedali prawa swoich kolegów. Zresztą czy związki nauczycielskie w ogóle przetrwają w takiej sytuacji też jest jak najbardziej na miejscu.

Chyba, że gminy podniosą czynsze, opłaty za wodę, ścieki, psy, nowe tablice rejestracyjne itd., tylko po to by dotrzymać obietnic, na których składanie nie miały wpływu. Ale to nie one lecz pani Wierzchowska i profesor Handke przejdą do historii, jako Ci, którzy dokonali eksperymentu pod hasłem reforma szkolna, za który rachunki przyjdzie płacić wszystkim, tylko nie autorom, którzy z radością powitają wakacyjną przerwę w reformowaniu oświaty.

 

Jedni już byli, drudzy będą, następni przyjdą

Przez osiem lat rząd zdominowany przez PO komunikował mi przy każdej okazji, że powinienem być szczęśliwy, że moim krajem rządzą on, a nie poprzednicy, którzy zostawili kraj w ruinie, a państwo w rozsypce. Szczęście miały dopełniać kolejne kilometry autostrad i ekspresówek, gdzieś tam kolejne fabryki, samoloty i miliony moich krajan przysyłających miliardy funtów swoim rodzinom. Z przekazu było pięknie i wspaniale, a na pod koniec rządów ciepłego kranu, jeszcze tolerancyjnie. To znaczy miałem się cieszyć, że mniejszości mnie tolerują i pozwalając tkwić przy swoich przyzwyczajeniach. Z perspektywy Warszawy kraj zdawał się kwitnąć, a Polacy konsumowali sukces na miarę Polski Kazimierza Jagiellończyka, gdy na tronie każdego sąsiada zasiadali synowie, zboże szerokim strumieniem wypływało, a złoto przypływało. Tylko mnie jakoś żyło się wciąż nerwowo, niepewność jutra mnie zżerała, emerytura się oddalała, na każdym kroku ktoś próbował mnie naciągnąć, oszukać, czego nie było, komu zgłosić, drogi wcale nie były mniej dziurawe, rolnicy nieodmiennie je blokowali. Sukces Polski nijak się miał do mojego codziennego doświadczenia, czego ówcześni rządzący nijak nie mogli pojąć, w końcu znudzeni marudzeniem, przestali odbierać telefony, okopali się w warszawskich knajpach i salonach, grzali się w przeświadczeniu dokonania tak wielkich rzeczy, że naród nie ma innego wyjścia jak tylko ich podjąć pod nogi i powierzyć swój los na następne 4 lata.

Wspominam poprzednią ekipę nie po to by poprawić sobie humor kopaniem leżących, co czyni dziś wielu dla przypodobania się nowej ekipie, co bardziej przypomina sekcje zwłok, a nawet ocieranie się o nekrofilię. Bardziej chodzi mi o przestrogę dla obecnej ekipy, która wydaje się skręcać na autostradę samozachwytu przetartą przez poprzedników. Wszakże nie minął rok, gdy słyszeliśmy, że czego nie dotknęła poprzednia władza, zamieniło się w ruinę. Dziś ledwie po 8 miesiącach dobrej zmiany Polska z dnia na dzień staje się krajem miodem i mlekiem płynącym. Każda dziedzina, nawet ta, w której jeszcze niczego nie zmieniono (wyjąwszy personalia), kwitnie. Wysyłany jest komunikat, że oto wstaliśmy z kolan, jesteśmy bezpieczni, a program 500 plus uczynił wszystkich Polaków bogatszymi, jednocześnie przekreślając zagrożenie wymarciem narodu. To nie jest z mojej strony kpina, czy ironia, jedynie powtórzenie oficjalnego przekazu obecnej władzy. Z mojej perspektywy wygląda to na deja vu, bo oto nie minął rok, a już ciężko w prowincjonalnym biurze zastać posła, zaprosić nawet z tygodniowym wyprzedzeniem na rozmowę w radiu. Z zaskoczeniem patrzę, jak obecna ekipa nie tylko z powodów obiektywnych, ale i czasami na własne życzenie zraża sobie kolejne grupy zawodowe, społeczne, czy mentalne i przyjmuje za dobrą monetę to co pokazują zaprzyjaźnione media.

W moim życiu nic się nie zmieniło. Wciąż w pracy gnębi nas niepokój o jutro. Nie czuję się bezpieczniejszy, bogatszy, a wręcz przeciwnie eskalowany do granic możliwości polityczny konflikt, czyni moje życie pozbawionym stabilizujących go zasad i praw. Nie przemawia do mnie program 500 plus, przeraża zaś perspektywa nędznej emerytury. Zresztą nie wiem, kto odpowiada za promocję tego programu, ale ciągłe coraz to ciągłe o nim przypominanie, zaczyna przynosić dokładnie odwrotny skutek. Prezent cieszy, ale przestaje, gdy darczyńczyca zbyt często domaga się wdzięczności. Historia sprzed roku uczy, że Polacy pragną spokoju, stabilizacji i nie lubią czekać na swoją kolejkę. A co do władzy wiedzą też, że jedni już byli, obecni kiedyś będą, a już  zaczynają się rozglądać za następnymi.

Reprywatyzacja

Reprywatyzacja ma szansę zostać hasłem nadchodzącej jesieni. Będzie tołkowane do znudzenia przez media, polityków, aż nam zbrzydnie do tego stopnia, że przestaniemy się zajmować jego właściwym znaczeniem i ewentualnymi konsekwencjami. Przed tymi ostatnimi warto się jednak zabezpieczyć, czyli nie dać sobie wmówić ciąży.

Oglądałem występ wicemarszałka Tyszki, który śląc gromy na głowy warszawskich urzędników odpowiedzialnych za reprywatyzacyjne afery, wskrzesił stary pomysł na ustawę reprywatyzacyjną, która w jego mniemaniu przyczyni się do zbawienia świata, a jego samego zaprowadzi na cokoły i tabliczki z nazwami ulic. Pomysł jest stary jak nasza demokracja i sprowadza się do zwrotu zagrabionych dóbr przez nazistów i komunistów poprzez przekazanie ziem znajdujących się w gestii Agencji Nieruchomości Rolnych Skarbu Państwa. Pan Poseł wygłosił swe orędzie miną kogoś, kto oczywiście wszystko policzył i przewidział, czym tylko potwierdził, że tak naprawdę nie ma w tym względzie zielonego pojęcia, czego dotyczy materia.

W gestii ANR znajduje się niespełna 1, 5 mln hektarów gruntów. Nawet licząc po średniej cenie z 30 kwietnia, 2016 czyli 40 tys. złotych, daje to 60 mld złotych, przy czym po 1 maja dzięki nowej ustawie o obrocie ziemią ta cena to pobożne życzenie. Ale jeśli nawet cały ten areał przekazać poszkodowanym, to ilu z nich mieszka na terenie gminy od lat 5 …. etc. Ale jeśli nawet po raz drugi, dać im to bez względu na zapisy w ustawie o obrocie ziemią i pozwolić swobodnie sprzedać … to już widzę jak banki nasyłają egzekutorów na polskich rolników, którzy pod swą ojcowiznę wzięli kredyty … . Z drugiej strony nie ma nawet szacunków, co wartości mienia, które mogłoby podlegać roszczeniom reprywatyzacyjnym. Ba, nie ma żadnego rejestru takiego mienia, a co dopiero mrowić się o szacowaniu jego wartości, czy zakreśleniu, komu należą się odszkodowania. Osobom fizycznym? Instytucjom, firmom, spadkobiercom, pełnomocnikom.

Pan Marszałek Tyszka nie bierze też pod uwagę losu ludzi, którzy dziś mieszkają, pracują na gruntach, czy budynkach podlegających roszczeniom. Tzw. Ziemie Odzyskane to pikuś. Co zrobić z majątkami 3 milionów polskich Żydów, którzy gdzieś zawsze mają jakiś spadkobierców, a ich mienie dziś służy polskim obywatelom? W naszym regionie 77 lat temu Żydzi stanowili nawet 70 procent mieszkańców miasteczek. Postulowana ustawa nie może ich pominąć, bo już widzę nagłówki CNN, WSJ, BBC, a nawet w Russia Today. I Parlament i Komisja Europejska w miesiąc by nam zatrzasnęły kasę i drzwi, bez zastosowania procedury obrony demokracji. Założę się, że także premier Orban by się przyłączył do sankcji.

Druga sprawa to faktyczne pytanie czy nas stać na reprywatyzację. duża część z gruntów, którymi dysponuje lub dysponowała ANR to areały, które zostały znacjonalizowane przez komunę i są już przedmiotem roszczeń. Grunty orne zamiast miejskich parceli? W jakiej proporcji? A skoro raczej na pewno ich nie wystarczy to, co innym? Jak policzyć wartość nieruchomości zniszczonych w wyniku działań wojennych, a następnie odbudowanych przez państwo lub prywatnych właścicieli? Jak liczyć wartość parceli przed wojną pełniącej rolę wiejskiego ogródka, dziś będącej atrakcyjnie zabudowaną działką w eleganckiej lub biurowej części miasta?

Poruszam tylko wierzchołek reprywatyzacyjnej góry lodowej, której z wielkim wysiłkiem unikały rządy przez ostatnie 27 lat. Jednym chodziło o bezkarne uwłaszczenia, ale większość zdawała sobie sprawę, że o tę górę można się wyłącznie rozbić. Wielkość roszczeń przy szczupłości możliwości ich zaspokojenia, pozwala mi z góry założyć, że beztroskość, z jaką miedzy innymi Pan Tyszka otwiera tę puszkę Pandory, skończy się na wykopaniu kolejnych rowów między Polakami oraz pozostawienie rozbebłanym problemu następnym pokoleniom. Obiecać jednym karząc drugich, a potem pierwszych pozostawić z rozbudzonymi nadziejami, a pozostałych z nakazem spłacenia niezaciągniętych długów.

 

 

 

Panowie! Grajcie jak najdłużej.

Jak każdego normalnego faceta bawi mnie udział polskiej reprezentacji we francuskim EURO. No, dobra przyjmuję do wiadomości, że są faceci, których to nie interesuje, ale to jakaś dziwaczna skłonność do wyróżniania się z tłumu lub fanaberia. Jak można nie kochać piłki nożnej? Coraz więcej moich znajomych pań się tym fascynuje, a powiem nawet, że coraz lepiej się orientuje w szczegółach. Pytanie, co to jest spalony, kompletnie nie wprawia ich w panikę.

Jest jednak w Polsce grupa ludzi, którzy muszą teraz zgrzytać zębami, bo 23 futbolistów skutecznie wypchnęło ich z pierwszych stron gazet i jedynek w telewizjach. Polacy przez kilkanaście dni wolą składać hołdy Lewemu, Krysze, czy Szczęsnemu niż zawracać sobie głowę czy i w co przywali jeden poseł drugiemu albo, co minister ma akurat na myśli. W poniedziałek przed południem widziałem kilka rozpaczliwych prób zaistnienia w mediach, ale każda konferencja, czy wystąpienie przepadały w euforii po skromnym jeden zero z Irlandią. Po raz pierwszy od dawna spokojnie przerzucałem kanały bez obawy, że natrafię na polityka, który z miną Napoleona ogłosi mi jakąś prawdę, w którą będę musiał uwierzyć, by nie zostać zaliczony do Targowicy, czy oszołomów. To bardzo przyjemne uczucie być panem i władcą własnych emocji i to tych najbardziej pozytywnych. Radości, dumy, spokoju. Czegoś, o czym już chyba zapomnieliśmy karmieni od 10 lat papką strachu, frustracji i kompleksów, które mają nam podpowiadać, na kogo mamy oddać głos, po czyjej stanąć stronie, czyja racja jest bardziejsza, etc.

Zaiste wielkim mędrcem był ten, kto wymyślił mistrzostwa w piłce nożnej i wprowadził tam polską reprezentację, albowiem sprawił, że Polacy padają sobie w ramiona, dyskutują z sobą z uśmiechem, zgadzają się, są dla siebie mili, pomocni i nikomu nie przychodzi zapisać naszych orłów do jakiejś partii. Owszem politycy bardzo by chcieli, że przypomnę nieudolną próbę zawłaszczenia Lewandowskiego, ale na szczęście żaden z panów dla dobra własnego, piłki i naszego umęczonego polityczną młocką narodu, nie poddał się kuszeniu na różne sposoby.

Jako naród, społeczeństwo, ale i w tym najbardziej podstawowym wymiarze rodzin, kręgów przyjaciół, potrzebujemy pozytywnych emocji, dobrych przeżyć. Potrzebujemy resetu, odprężenia od nieustannie nakręcanej spirali negatywnych emocji, wciągania nas w bezsensowną jatkę, która jednym daje władzę, a pozostałym zostawia niepokój w sercach. Jednoczą nas sukcesy szczypiornistów, skoczków narciarskich, siatkarek i siatkarzy, ale powiedzmy sobie szczerze jest jeden sport, który sprawia, ze malujemy się na biało – czerwono, że wydajemy pieniądze na biało-czerwone gadżety, że wrzeszczymy w euforii w barach i mieszkaniach, że nie pytamy się nawzajem, komu wierzymy, tylko ściskamy się po strzelonej bramce nawet z obcym gościem. To piłka nożna. Magiczny sport oddający jak żaden inny polską duszę. Marzenia o wielkości, heroiczną walkę z silniejszym, romantyzm pomieszany z szaleństwem. Możemy nie wiedzieć, co to jest ten spalony, ale tylko na stadionie Mazurek Dąbrowskiego wyciąga nas jak struna i wywołuje dreszcze na plecach. Dlatego chłopaki grajcie nam na tym Euro jak najdłużej. Bo odkąd zabrakło nam wielkiego papieża, Polaka, ale i przecież kibica, świętego Jana Pawła II, to tylko wy możecie dać nam na małą chwilę tę niepowtarzalną, ale tak konieczną dla równowagi autentyczną, nie udawaną, nie sterowaną polską wspólnotę serc i dusz.