500 plus emigracja

Na początek cytat z mojego ulubionego dostarczyciela cytatów.

Adam Bielan w TVN 24 „To będzie wymuszało wzrost płac w Polsce i to jest wiadomość bardzo dobra. Trudno się mi, jako politykowi martwić z tego powodu, że przedsiębiorcy będą zmuszeni, by podnosić często głodowe pensje. Natomiast nie ma, co ukrywać, że w pewnym momencie pojawi się u nas sytuacja jak na zachodzie Europy, że pewnych prac Polacy nie będą chcieli podejmować. I wtedy, jako społeczeństwo będziemy musieli podjąć decyzję, na ile otwieramy swoje granice na migrantów i z jakiego kierunku”

Lubię szczerość Adama, na którą mu się czasami schodzi. Zgadzam się, że brak rąk do pracy wymusza na przedsiębiorcach konieczność podwyżek, które dzięki 500 plus przekraczają ich możliwości, bo 500 plus sprawia, że 700 złotych podwyżki może oznaczać utratę prawa do 500 zł, czyli faktycznie ktoś, kto chce dać swemu pracownikowi 700 zł na rękę musi wyłożyć 1200 zł, co z pochodnymi daje jakieś 2000 zł. Jak nie ma skad wziąć, to trzeba podnosić ceny towarów lub usług (co się faktycznie dzieje). Dalej podnoszenie płac w produkcji i usługach, podwyżki cen wywołuje nacisk 5 mln pracowników budżetówki oczekujących podwyżek zżeranych drożyzną pensji. Oliwy do ognia dolewa rząd chwalący się  sukcesami i dochodami budżetu. Jednak rzad pieniądze na podwyżki nauczycieli, policjantów, urzędników musi znaleźć u … podatników i tak rozkręca się nam spirala.

Nikt głośno tego nie chce powiedzieć, ale „odebranie złodziejom” by dać dzieciom części obywateli, zaczyna podgryzać naszą gospodarkę. Jedni nie chcą pracować, bo mają 500 plus inne dochody wynikające z opieki społecznej, drudzy nie chcą więcej pracować, by nie stracić 500 +, trzecim trzeba bardzo mocno podnieść pensje by zrekompensować 500 +. Na koniec i tak płaci za wszystko polski przedsiębiorca i podatnik oraz strefa budżetowa, gdzie podniesienie pensji o 400 – 500 złotych bywa rozłożone na lata.

A przecież wystarczyło zamiast żywej gotówki, zdefiniować, na co można przeznaczyć 500 zł z elektronicznego konta. Np. na dodatkową edukację i uregulować szarą strefę korepetycji, na stomatologię, rehabilitację, okulistykę i mamy moment uporządkowaną szarą strefę w ochronie zdrowia, na wyjazdy, odpoczynek, co moment uporządkuje szarą strefę w pensjonatach etc.

500 plus nie musi być synonimem kupowania spokoju wyborców za pieniądze podatników (także tych uczciwych i nieuczciwych), ale być świetnym instrumentem zwiększania wpływów podatkowych, kontroli cen usług, ograniczania szarej strefy.

Za 5 lat czeka nas dramatyczny deficyt pielęgniarek, nauczycieli. Dziś brakuje rąk do pracy w budownictwie, transporcie rolnictwie. Próbujemy się ratować Ukraińcami, a nawet Nepalczykami, których tylko patrzeć jak wyssie z Polski zgoda UE na pracę w innych krajach. 2 mln Polaków, którzy już wyjechali nawet nie myśli wracać, bo nikt tu o nich nie myśli. Zatem za 5 lat albo trzeba będzie podnieść wiek emerytalny, albo pogodzić się z importem emigrantów z najbardziej muzułmańskich zakątków, bo nie jesteśmy aż tak atrakcyjni by przyjeżdżali do nas ludzie dobrowolnie.

Jest wyjście mniej drastyczne. Natychmiast zacząć realizować wzorowaną Niemczech politykę asymilacyjna Ukraińców oraz dostępnych dziś migrantów, z których można jeszcze wybierać i przebierać.

A teraz zacznie się pewnie hejt, że namawiam do najazdu nas przez islam. Nie Drodzy Moi. Nie dostaję kasy z ZEA, ani RFN, a tym bardziej nie dotuje mnie UE. Można się chwilowo zaprzeć nogami rękami i uznać, że ma być jak jest, ale niczego to nie zmieni, o czym świadczy przywołany cytat. To nie tak, że przez trzy lata Adam Bielan coś zrozumiał, albi świat go zaskoczył, co najwyżej krył się z oczywistością, za której opis można było się pożegnać z polityką. Dziś Adam Bielan z rozbrajającą szczerością stwierdza, że Polska jest skazana na emigrantów, a mnożenie  pięciu stówek na każde polskie dziecko te potrzeby jeszcze bardziej wzmocni. To już czas by do tej myśli przywyknąć.

Wywracanie kota

Rozumiem, że czasami w polityce, trzeba odwrócić kota ogonem, ale nie mam usprawiedliwienia, gdy się tego kota bez zmrużenia oka żywcem odziera ze skóry, by następnie naciągnąć ją tył na przód, włosiem do środka i na koniec ogłosić, że zwłoki mają się znakomicie.

Słuchając marszałka S.Karczewskiego tuż po głosowaniu nad losem prezydenckiego pomysłu na piękne samobójstwo, a następnie obserwując twórcze rozwinięcie jego myśli przez usłużne Wiadomości oraz kanał TVPInfo, zastanawiałem się nad jak daleko można posunąć się w przekonaniu, że ma się do czynienia nie z nieźle wykształconym i inteligentnym narodem, a masą delikatnie rzecz ujmując nierozgarniętych jednostek, które kupią każdą woltę. Marszałka Karczewskiego miałem okazję poznać w 2015 r. podczas kampanii wyborczej. Nie twierdzę, że był jak rzecznik Łapiński „bratem łatą” i chętnie przestawał z lokalnymi mediami. Raczej od nas stronił, uciekając w rozliczne telefony.  Nie mam jednak wątpliwości, że to inteligentny, znający swoją wartość człowiek. Co jednak sprawia, że nie potrafi wyjść i szczerze zakomunikować nie tyle wszystkim Polakom, ale wyborcom Prawa i Sprawiedliwości, że 25 lipca 2018 50 senatorów tej partii wstrzymując się od głosowania za projektem referendum uchroniło Prezydenta RP Andrzeja Dudę przed powtórką kompromitacji, jakiej doznał jego poprzednik, a Polskę przed polityczną nawalanką w 100 lecie odzyskania niepodległości.

Telewizja Jacka Kurskiego przyzwyczaiła mnie do tego, że jest nadzwyczajnie zdolna do wszystkiego, a pracujący tam dziennikarze mają za nic warsztat, opinię, a szczególnie nie szanują swych widzów. OK. to nie pierwszy przypadek polskiego medium robionego z pełnym przekonaniem, że odbiorca jest istotą zbędną  i wystarczy samo przekonanie redakcji, że wykonuje kawał roboty na własny użytek i przychód.  Lista znanych mi przypadków jest nadzwyczaj długa i zawiera zarówno wielkie redakcje, jak i małe lokalne portaliki, służące zaspakajaniu deficytów i leczeniu kompleksów prowadzących. Wszystkie jedną cechę wspólną. Mogą mieć w nosie odbiorców dzięki sowitym dotacjom, czy to z budżetu obywateli, państwowej korporacji lub szastającej kasa UE. Dlatego nie dziwi mnie interpretacja dzisiejszego głosowania, jako dowodu na wredną obstrukcję Platformy Obywatelskiej, której 27 senatorów głosowało przeciwko konsultacji z suwerenem koncepcji zmian konstytucji. Senatorowie PiS posiadający bezwzględną decydującą o wszystkim większość głosowali za lub wstrzymali się od głosowania, ale garstka opozycji była jak zawsze przeciw. I jak żyć panie w takim kraju, jak żyć?

Każdy z wstrzymujących od głosu senatorów wiedział doskonale, że głosuje przeciw referendum. Odetchnął nawet Prezydent A. Duda, który szukając samodzielności bez konsultacji ze swoim zapleczem politycznym wyciągnął pomysł referendum. Jego realizacja byłaby spektakularnym walnięciem głową w ścianę i co najmniej zamroczeniem. Zakładanie, że A. Duda będzie się mścił na swej partii i zacznie wetować to i owo, jest myśleniem z pogranicza pomroczności jasnej.  Po co ma to robić, skoro oficjalnie J. Kaczyński niemal zatwardził jego kandydaturę na drugą kadencję? Nie gryzie się ręki, która karmi w sytuacji, gdy nie ma innej. Obecny Prezydent z poparciem PiS dopóki nie pojawi się jakiś poważny kandydat spoza obecnej opozycji, może spać spokojnie i o ile nie popełni błędów B. Komorowskiego zapewne będzie prezydentem RP do 2025 roku, zależąc wyłącznie od zdrowia J. Kaczyńskiego, którego szwankowanie już dostarcza paliwa do rozlicznych spekulacji nie tylko medialnych.  Nie trzeba wielkiej wyobraźni czy wiedzy by zdawać sobie sprawę, że bez Prezesa PiS czeka dekompozycja, bo dziś tylko autorytet J. Kaczyńskiego jest w stanie utemperować ambicje kilku potencjalnych spadkobierców idei  braci Kaczyńskich.

Można rzeczywistość rasować, bo nie da się jej nigdy w pełni obiektywnie opisać, choć starać się należy. Żyć po drugiej stronie lustra można tylko w bajkach lub w koszmarnym śnie, bo wcześniej czy później ktoś tłucze lustro lub budzimy się w środku ciemnej nocy zlani zimnym potem.  Co by się stało, gdyby nie totalna, gnuśna i leniwa intelektualnie opozycja postanowiła zagłosować za prezydenckim projektem? Do jego przyjęcia potrzeba było 47 głosów. Gdyby 27 senatorów PO przyłączyło się do 10 głosujących na tak, referendum nie doszłoby do skutku, ale 50 senatorom PiS trudno było powiedzieć nie byliśmy przeciw cennej inicjatywie Prezydenta RP, ale jednie wstrzymaliśmy się od głosu. Na szczęście dla PiS, Prezydenta i Jacka Kurskiego PO i Nowoczesna jest totalnie beznadziejną opozycją, którą stać, co najwyżej na dociekliwość posła Brejzy. Na nieszczęście dla PiS, ta partia wciąż żyje przekonaniem, że za pięć stówek na drugie i następne dziecko Polacy pozwolą na wszystko. Nie wiem na co jeszcze pozwolą, ale odnotowuję, że liczba moich znajomych, którzy zauważają niekoniecznie pozytywne skutki tego programu galopująco rośnie. 500 zł robiło wrażenie dwa lata temu, bo lepiej mieć 500 złotych, niż ich nie mieć, ale trzeba pamiętać, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Wrzucenie na rynek 24 mld rocznie musi skończyć się nie tylko wzrostem cen, ale przede wszystkim rozkręceniem oczekiwań konsumpcyjnych. Jeszcze trzy lata temu moi znajomi na krótki urlop jechali nad Białe, do Krynicy, czy Zakopanego. Dziś prześcigają się na all inclusive od Chorwacji po Kanary. Fakt nasz Bałtyk jest zimny i drogi, ale to nie zmienia tego, że na zagraniczne wojaże jadą nie tylko ci, których na to stać. Polacy chcą coraz więcej zarabiać i coraz mniej pracować, co wydaje się całkiem naturalne, ale czy osiągnęliśmy ten poziom rozwoju? Cieszy nas poziom rozwoju gospodarczego, ale tylko gdy nie patrzymy na to co się dzieje w gospodarkach innych krajów i relacjach UE-USA-Rosja-Chiny.  W TVPInfo polska stal się leje a świat truchleje z podziwu, co przypomina mi czasy dzieciństwa, gdy robotników, którzy uwierzyli w cud drugiej Polski przepuszczano przez ścieżki zdrowia by wybić im z głowy myśl o podwyżkach.

Skazani na porażkę

Nie jestem osobą w myśl powszechnie przyjętej definicji niepełnosprawną. Nawet nikt z mojej najbliższej rodziny nie jest kimś takim. Mam za to wielu przyjaciół wśród tych, który przyszli na świat inni niż uznana przez nas ludzi zdrowych norma, przez co ośmielamy się o nich mówić niepełnosprawni. Jestem też dumny, że wielu rodziców tych ludzi darzy mnie zaufaniem, dzięki czemu mogę na protest na sejmowym holu patrzeć bez konieczności szukania odpowiednich na tę okoliczność słów.

Niepełnosprawność nie sprawia, że jesteśmy innymi ludźmi, to tylko cielesne lub umysłowe uwięzienie człowieka posiadającego takie same pragnienia, marzenia, aspiracje, jak pozostała część społeczeństwa. Tak samo jak inni boją się samotności, pragną miłości, chcą być szczęśliwi i co niektórych bardzo szokuje, marzą o drugiej połowie i przekazaniu życia. Dziwnie się czuję pisząc takie oczywistości 25 lat po pierwszym poważniejszym kontakcie z ludźmi zamkniętymi wtedy w domach, a często nawet ciemnych komórkach. Wydawałoby się, że przez to ćwierćwiecze dokonała się wielka rewolucja uwalniająca moich przyjaciół z tych ludzkich więzień. Być może nie razi nas osoba z porażeniem mózgowym przyjmująca komunię, dziecko z zespołem Dawna nie jest nazywane przepraszam za zwrot sprzed lah – „mongołem”, a biała laska wywołuje w nas odruch podania ręki przed wejściem na przejście na pieszych. Ale nie zniknął w nas lęk przez niepełnosprawnością, którą nadal chcielibyśmy wypchnąć poza nasze zdrowe, bogate życie.

Od połowy lat 90 tych współtworzyłem kampanie mające na celu łamanie barier w relacjach ze środowiskiem osób niepełnosprawnych. Początkowo było pięknie i romantycznie, potem pojawiły się środku ze zreformowanych, PFRONów, ale w połowie I dekady XXI wieku skończyła się medialna pogoda dla niepełnosprawnych a wraz z nią środki na zmienienia świadomości zdrowszej części społeczeństwa. Po następnych 10 latach odkryłem w opiniotwórczym tygodniku okładkę, według której rodzice dzieci niepełnosprawnych są bardzo nieszczęśliwi, bo ich chore dzieci odbierają im szansę na ziemski sukces. Już nikt nie załamywał rąk, gdy klasy integracyjne były miejscem selekcji dzieci, zapewniającej dopływ większej subwencji dla szkoły. Nie wzruszały orzeczenia lekarzy ZUS, według których z zespołu Dawna można było wyrosnąć. Ze społeczeństwa otwartego na akceptację niepełnosprawności, jako odmienności wymagającej od nas wsparcia, zaczęliśmy przechodzić na pozycje społeczności zamykającej na nią oczy i udającej, że skoro nie przydarzyała się ona nam, czy najbliższym, to jej nie ma.

Tylko przez moment pod koniec ubiegłego tysiąclecia politycy wpisywali na swe sztandary problem osób niepełnosprawnych. Szybko zauważono, że zakłady pracy chronionej, odpisy na PFRON, Domy Pomocy Społecznej, to miejsca gdzie można coś przyciąć, zaoszczędzić bez obawy na znaczącą utratę popularności. Inna sprawa, że były to okazje cwaniaków szukających łatwych pieniędzy dzięki politycznym koneksjom. Tyle, że na uszczelnianiu systemu pomocy nie tracili cwaniacy, a potencjalni beneficjenci. Przypadek? Nie sądzę. Pomoc tej szczególnej grupie obywateli Polski została dokładnie skalkulowana. W kraju gdzie politycy śmiertelnie boją się głosowania przez Internet, niepełnosprawni skutecznie zostali pozbawieni praw obywatelskich, choć z rodzinami stanowią 10 procent elektoratu. O bezradności świadczy nawet 5 punkt z programu premiera, Morawieckiego, który planuje wydanie 23 mld złotych na usuwanie barier w wydostaniu się z domowych więzień osób starszych i niepełnosprawnych, nie pytając przy tym czy będę mieli, za co kupić leki, żywność, nie mówiąc już od dostępie do kultury i rozrywki. Zresztą te 23 mld nie pochodzą z polskiego, ale unijnego budżetu i muszą być na te cele przeznaczone, bo gdyby nie to …, to zapewne poszłyby na inne bardziej politycznie opłacalne cele.

Rząd jest niewolnikiem swojej hurra propagandy sukcesu i choć z łatwością mógłby rozwiązać problem 500 złotych pomocy dla niepełnosprawnych, to z lęku przed następnymi daleko bardziej drenującymi budżet protestami grup o zdecydowanie większej sile politycznej, nie może ustąpić. Budżet nie jest wcale w tak świetny stanie, a przyszłość też nie rysuje się w różowych kolorach, bo kto, jak kto, ale były bankowiec, premier Morawiecki wie, że europejska gospodarka zaczyna zwalniać i lada moment trzeba będzie znowu zaciskać pasa w obliczu nieuchronnego kryzysu, którego Polska nie przetrwa dzięki wielkim pieniądzom z UE. Już dziś szpitale rozpaczliwie poszukują pielęgniarek, a za 5 lat zaczniemy odczuwać katastrofalny brak chętnych do pracy w pustoszejących szkołach, z których nauczyciele zaczną przechodzić masowo na emerytury. Bez pieniędzy nie da się tego zatrzymać, bo przecież młody magister mając do wyboru 1500 złotych na rękę za walkę o przetrwanie w szkole i kilka razy tyle za pracę na nowoczesnej koparce, wybierze 40 godzin pracy w komforcie.

Czy zatem te 12 osób nocujących w Sejmie jest skazanie na porażkę? Odpowiedź nasuwa się sama, jakkolwiek bardzo nie tyle boli, co najzwyczajniej w świecie wkurza. Czuję się równie bezradny i przerażony, bo to nie jest walka o jakieś tam 500 złotych. To walka także o moje prawo do pomocy, gdy jej naprawdę będę potrzebował.

 

Kobiety

Często próbuje się wmówić światu, że chrześcijaństwo jest z natury rzeczy religią mężczyzn, uzasadniającą ich dominację nad kobietami. Powiedzieć, że wynika to z niewiedzy byłoby zbyt dużym uproszczeniem, zwłaszcza, że sam znam wielu facetów, którzy własne dysfunkcje próbują ukryć pod pozorem prawa do dominacji nad kobietami, czego uzasadnienia próbują doszukać się tradycji lub literze Pisma. Tymczasem każdy świadom swej wiary w zbawienie jakie dokonuje się w Chrystusie, musi zdawać sobie sprawę, że Bóg wysyła na świat swego Syna nie w ognistym rydwanie, nie wyłania się on z otchłani morza, wnętrza wulkanu, ani w żaden inny sposób godny zdaniem nas śmiertelników Stworzyciela, ale wykorzystuje do tego największy cud jaki jest udziałem istot żywych. Jezus przychodzi na ten świat dzięki kobiecie. Młodziutka żydówka z Nazaretu otrzymuje dar większy niż znani nam prorocy i patriarchowie. Może powiedzieć Bogu tak lub nie. Nie zostaje zmuszona do macierzyństwa, do heroicznej walki o przetrwanie swoje i dziecka w świecie ludzi, według których popełniła jeden z najcięższych występków. Siłę do wzięcia odpowiedzialności za wybawienie od grzechów całego świata może dać tylko miłość matki. Przez swoje tak Maria daje nowe szanse na nowe życie każdemu z nas, stając się tym samym naszą matką.

Maria nie jest jedyną kobietą współuczestniczącą w dziele zbawienia na równi z mężczyznami. Kultura, w której dokonuje się zbawienie ogranicza kobiety w prawach i zajęciach.. Tym bardziej należy docenić rolę Elżbiety, która przyjmuje Marię do swego domu. Siostry Łazarza Marię i Martę, Marię Magdalenę, Weronikę i dziesiątki kobiet obecnych na kartach Ewangelii. Ktoś powie, że ich rola jest ograniczona do wykonywania codziennych czynności, w czasie gdy 12 apostołów może swobodnie chodzić za Jezusem i być w pełni jego uczniami. Ale czy bycie przez trzy lata najbliższymi towarzyszami Zbawiciela, świadkami cudów, uczestnictwo w setkach spotkań, bycie, wysłuchanie tysięcy opowieści, sprawiło, że mieli w sobie dość odwagi by pójść za Chrystusem w tą najtrudniejszą drogę? By wytrwać z nim do końca pod krzyżem, zdjąć martwe ciało i złożyć w grobie, a potem cierpliwie czekać na poranek dnia trzeciego?

Gdzie byli Ci odważni mężczyźni od chwili aresztowania po poranek zmartwychwstania? Jeden zdradził, drugi się wyparł. Dziewięciu rozpierzchło się przerażonych po mieście w obawie przed podzieleniem losu nauczyciela. Pod krzyżem odnalazł się najmłodszy Jan, który przyszedł tu za Maryją i kilkoma innymi kobietami. Wszyscy poza Judaszem zabarykadowali się w wieczerniku martwiąc się jak ujść z życiem z Jerozolimy, a potem wrócić do dawnych zajęć. Kto idzie w pierwszej możliwej chwili do grobu? Kto spotyka Anioła, odkrywa pusty grób, oznajamia to uczniom?

Tak naprawdę żadna z wielkich religii tak mocno nie eksponuje roli kobiet jak chrześcijaństwo. I nie chodzi tu tylko o jej początki, ale o nie dającą się ująć w wartości obiektywne rolę w przekazywaniu wiary. Od pierwszych słów „to jest Bozia”, po świadomą naukę skreślenia znaku krzyża przez każdego z nas, po rozróżnienie dobra i zła w relacjach z drugim człowiekiem, po rozpoznanie pierwszych znaków jakie daje nam Bóg. Udział kobiet w przekazie i zrozumieniu Boga czyni je domowymi kapłankami, bez których trud szafarzy sakramentów byłby daremny, również dlatego, że ich też ktoś nauczył prostego gestu złożonych dłoni w modlitwie.

Wielkosobotnie zastygnięcie cz. XV

31 marca o 16 stej zapraszam na premierę 15 części  cyklu Wielkosobotnie zastygnięcie. Moim słuchaczom pytającym o czym w tym roku, dedykuję przedpremierowo fragment.

Poeci twierdzą, że życie człowieka jest drogą, zmierzaniem od chwili do chwili. Wędrówką, której nie możemy zatrzymać, cofnąć się o milimetr, ale i też nie dana jest nam umiejętność przyspieszania jej o sekundę. Gdy jesteśmy młodzi wierzymy w tę opowieść. Wydaje się nam, że przed nami tak wiele czasu. Popełnione błędy wydają się nieistotne, łatwe do zapomnienia, krzywdy do naprawienia. Pełni pychy sądzimy, że wszystko przed nami. Góry do zdobycia, morza do przepłynięcia. Przemy naprzód naiwnie sądząc, że zdobywamy świat, który leży na wyciągnięcie ręki. Wraz z upływem życia, utratą sił, jesteśmy zmuszeni do rezygnacji z kolejnych marzeń, uznania swej słabości. Dopadają nas nie rozwiązane problemy, nienaprawione krzywdy, a perspektywa nieuniknionego końca czasu odziera nas ze złudzeń, że to my kreujemy świat, a nie on nas. Dojrzewamy, dorastamy, do zrozumienia skali własnych niemożności. Pojmujemy, że jesteśmy zdani na to co jedni nazywają losem, przeznaczeniem, karmą, przypadkiem albo działaniem siły wyższej. Przypominamy sobie opowieści dziadków, rodziców, odkrywamy na nowo Tego, o którego istnieniu trochę zapomnieliśmy. Nie ostawiliśmy Go bok, bo On jest, wbrew naszemu zapomnieniu. Raczej zamknęliśmy na Niego swe oczy sądząc, że to wystarczy, by przestał istnieć, a przynajmniej nas nie obserwował.

Świadomość obecności siły, która nie tylko stworzyła ten jedyny ze światów jaki znamy i do końca nie pojmujemy, jest podobna do odkrycia Kopernika. Nasz rodak nie sprawił, że Słońce zamiast latać bez sensu nad płaską jak talerz Ziemią, wylądowało w środku układu złożonego z krążących wokół niego planet. Kopernik pojął i opisał rzeczywistość, której oczywiście wielu jeszcze przez wieki zaprzeczało, bo przerastało to ich rozum, który kierował się wyłącznie tym co dostarczały mu zmysły. Podobnie jest z obecnością Boga w naszym życiu. Nie mamy żadnego narzędzia, a tym bardziej zmysłu by Go odczuć. Racjonaliści buntują się zatem i żądają dowodów, wierzący czują Go jak Kopernik zapatrzony w rozgwieżdżone niebo. On też czuł, że coś tu jest nie tak i poszukiwał sposobu ukojenia niepokoju. Nasze serca wbrew rozumowi, też nam podpowiadają, że coś jest nie tak. Ten świat jest zbyt skomplikowany, by powstał i istniał z nieskończenie małego punktu i był dziełem wyłącznie przypadku. Czujemy to jako dzieci codziennie poszerzające swój horyzont wraz z nowymi umiejętnościami i jako ludzie dojrzali, doświadczając swej bezsilności, która przychodzi wraz z wiekiem.

Człowiek umieszczony w klatce czasoprzestrzeni gdzie wszystko począwszy od definicji punktu po chwilę jest nieskończenie małe i krótkie jest skazany na Boga, którego istnienie pozwala się w tym układzie odnaleźć. Odkryty ze swą nieskończonością i wszechmocą Bóg sprawia, że z nieskończonego okruchu stajemy się potrzebnym komuś istnieniem. Punktem w czterowymiarowych puzzlach, bez którego nie będą one kompletne. Przeczucie, które przechodzi w wiarę, to narzędzie do okrycia nie tylko Boga, ale zrozumienia swej podmiotowości, odpowiedzi na najważniejsze pytanie po co tu się znaleźliśmy i do czego zostaliśmy stworzeni. Nawet najmarniejsze ludzkie życie, jest potrzebne, służy czemuś. Każda nasza decyzja zmienia świat. Buduje lub burzy jego porządek na określoną skalę. Pojmujemy to dopiero doświadczając jak mało znaczymy sami bez lub tym bardziej w relacji z innymi. Nasze życie staje się bezcenne, bo nie otrzymaliśmy go w darze, by się nim zabawić, ale wpisać się w nieskończoną całość. Czynić nim porządek lub go burzyć. Skoro nasze życie jest zbiorem nieskończenie krótkich chwili trwających w nieskończenie małych punktach posiadających dowolnej możliwość zmiany w podobnym, to po cóż interwencja w nie Tego które je stworzył?

I tu czas na zasadnicze pytanie dlaczego Bóg nadając nam przymiot wolności, posyła nam Swego Syna, a następnie pozwala nam Go ukrzyżować, zniszczyć, a potem wskrzeszając Go, zamiast mścić się jak uczynił to z Adamem i Ewą? Tym samym ogłasza, że odtąd cokolwiek byśmy nie zrobili, to każdy nasz grzech będzie nam darowany, aż do końca świata. Czemu ma służyć ten manifest bezkarności ludu. Z perspektywy ślepca nie potrafiącego dotkną, zobaczyć, poczuć istnienia istoty wyższej od siebie, to kompletnie niepojęte. Wszakże po co nam wiedza, że słońce stoi w miejscu, a ziemia się wokół niego kręci? Budzimy się gdy oświetla ziemię, zasypiamy gdy znika za horyzontem, grzejemy się w jego blasku, bez refleksji skąd bierze się to ciepło. Po prostu jest. To nie oznacza, że jego istnienie nie podlega określony prawom i faktycznie nie porządkuje naszego życia, poprzez dostarczanie nam życiodajnego światła, ciepła i milionów innych oddziaływań z których nie zdajemy sobie sprawy, a bez czego byśmy nie istnieli. Słońce nie może jednak samo o sobie stanowić, a tym bardziej decydować. Powstało, istnieje i kiedyś zgaśnie o czym zadecydują prawa fizyki. Człowiek jakkolwiek ograniczony prawami fizyki i relacjami z innymi elementami świata może dokonywać wyborów i może zmieniać ten świat na skalę swych możliwości i potrzeb. Także życie innych podobnych sobie. Zrywając harmonię z Bogiem, wybierając wolność bez podporządkowania się woli Stwórcy zaburzył jego ład. Wprowadził chaos. Bóg pogodził się z tym, ale wiedząc, że nawet nieskończenie mała cząstka jest zaczynem zdarzeń, które tworzą całe światy, postanowił wprowadzić do tego układu element porządkujący, stabilizujący. Wybrał zatem miejsce, czas, sposób na miarę swych nieograniczonych możliwości i ludzkich potrzeb. Wybrał też stosownych do swego planu ludzi.

Dobro i zło

Nie da się udawać, że się nie ma niczego do powiedzenie w sprawie zawieruchy po przyjęciu ustawy o IPN. Wypowiadać się można, a nawet należy, ale z pełną świadomością konsekwencji, co dotyczy nie tylko polityków, ale także publicystów, a może nawet bardziej tych drugich, bo pierwszych można wytłumaczyć dyplomacją lub jej brakiem, a drudzy mają obyczaj zmieniać zdanie w zależności kto aktualnie im płaci.

Niezmiennie od lat stronię od zero jedynkowej metodologii w pisaniu o przeszłości. Wybaczam zaangażowanym regionalistom patrzenie na przeszłość przez pryzmat pojedynczych wydarzeń, czy postaci, bo wartością w przypadku ich pracy jest opisywanie spraw jednostkowych umykających podczas procesu tworzenia syntez na potrzeby wyciągnięcia wniosków na poziomie narodu czy państwa.  Praca regionalistów, jakkolwiek posiadająca walor bezcenności, stroni dość często od ogólnego kontekstu, i zazwyczaj emocjonalnie nacechowana. Wyciąganie na jej podstawie wniosków ogólnych  jest uznane za dyskwalifikujące

Skąd ten wstęp? Ano dyskutanci zamiast faktami i wynikami badań historycznych, przerzucają się jednostkowymi wydarzeniami, które zapewne miały miejsce, ale też są trudne do weryfikacji w czasie rozmowy. Do tego dochodzą emocje i polityczne kalkulacje. W efekcie nie ma żadnego dialogu, tylko jatka. I zarzut ten odnoszę do wszystkich uczestników sporu, sam próbując się od niego dystansować, bo jakkolwiek zawodowo specjalizowałem się w okresie 1939 – 1948, to problematyka relacji polsko-żydowskich nie zajmowała poczesnego miejsca. Czemu? A z dość prozaicznego powodu. Był to temat zawsze budzące niezdrowe emocje, a naukowe opracowania jeszcze 20 lat temu traktowano jako niszowe. Jakkolwiek to zabrzmi, to dzięki Sąsiadom T. Grossa podjęto bardzo intensywne profesjonalne badania  historii polskich Żydów, nie tylko w kontekście holokaustu. Niestety wyniki tych prac nie są uwzględniane w tym co ja rozumiem jako politykę historyczną , czyli w rzetelnym informowaniu polskiego społeczeństwa o faktach i skali poszczególnych zjawisk, a jednocześnie burzeniu mitów i fałszywych kalek tworzonych przez historiografię i propagandę zewnątrzną.

To prawda, że prawda obroni się sama, ale żeby tak się stało ona musi być zbadana, opisana i zaprezentowana do powszechnej świadomości. Prawda nie bywa zawsze wygodna, ale jeśli ją będziemy rasować, to po prostu przestanie być prawdą i stanie się kłamstwem.  Nie potrafimy pisać, mówić, myśleć o relacjach polsko – żydowskich. Przykład? Mówimy o 6 mln polskich ofiar II WŚ. Połowa z nich to polscy Żydzi, których zagłada traktowana jest przez obie strony całkiem oddzielnie, więcej w naszej świadomości to są jak gdyby dwie różne historie. Tymczasem to się działo jednocześnie, może według dwóch planów, ale w tym samym miejscu i czasie, z udziałem tych samych ludzi.

W czasie II WŚ zginęło 6 mln obywateli polskich w tym 3 mln wyznawców judaizmu, z których duża część czuła się Polakami.  Praprzyczyną problemu z jakim mamy dziś do czynienia, niezależnie po której sporu stoimy i co o nim myślimy, jest nierozwiązany zarówno przez nas Polaków, jak i stronę Izraelską dylemat jak zdefiniować Żydów zamieszkujących Polskę przed 1939 r. Czy to był inny obcy naród, czy tylko wyznawcy innej religii, wspólnota kulturowa etc. Najlepszym dowodem na to jest konsekwentne używanie zbitki polsko – żydowskie. To Polak nie mógł być starozakonnym, a Żyd chrześcijaninem? Bracia von Krokow z Krokowej walczyli w 1939 r w dwóch armiach polskiej i niemieckiej. Ani jednemu ani drugiemu nie odmawia się polskości i niemieckości.

Spór, z którym mamy do czynienia nie tylko pomiędzy Polską a Izraelem, Polską a społecznością żydowską na świecie, nigdy nie zostanie zażegnany, jeśli wszystkie strony nie stworzą wspólnych definicji rzeczy elementarnych. Dla Niemców Żydem konsekwentnie był każdy potomek innego Żyda do określonego stopnia pokrewieństwa, również ten, który uważał się za Polaka, a jednocześnie wyznawał dowolną religię. A dla nas? Mówimy Żyd, myślimy … . Myślimy to co do nas dotrze wraz z jakąś wiedzą. Dla jednych to będzie kwestia wyznania, dla innych narodowości, polityki, mentalności, czy interesu, ale ten rozrzut skojarzeń tylko potwierdza moją tezę, o braku definicji oraz szczerej opartej na solidnej podstawie naukowej rozmowie. Bez tego będziemy mieli do czynienia ze wzajemnymi atakami, posądzeniami, lękami, żądaniami. Ludzie pamiętają jak wyglądało to bohaterstwo i szmalcownictwo, ale ta pamięć dotyczy jednostkowych przypadków. Historycy już prawie ujęli to w skalę i jednocześni szczegółowo opracowali okoliczności, co sprawia, że potrafimy zrozumieć te liczby. Prawda prowadzi do wzajemnej empatii. Empatia pozwoli nam zrozumieć, rzecz dotyczy 6 mln  ofiar. Przestańmy je dzielić. Lektura choćby donosów na gestapo, czy ubecję, albo współczesne nam wpisy na internetowych forach pokazuję dobrych i złych ludzi. Zbrodniarzy i ofiary.  W jednym i drugim przypadku rzecz dotyczy konkretnych  ludzi, a ich wyznanie i narodowość okazuje się rzeczą wtórną. Mordowali ludzie, ludzi, a wyznanie czy narodowość było tylko pretekstem.

Bóg nie stworzył człowieka jako Żyda, Polaka, Niemca, Eskimosa. I Bóg nie będzie rozlicza nas z narodowości, lecz uczynków. Bycie Niemcem, Żydem, czy Polakiem nie będzie okolicznością łagodzącą.

31 Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale i wszyscy aniołowie z Nim, wtedy zasiądzie na swoim tronie pełnym chwały. 32 I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych [ludzi] od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. 33 Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie. 34 Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: „Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata!
35 Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść;
byłem spragniony, a daliście Mi pić;
byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie;
36 byłem nagi, a przyodzialiście Mnie;
byłem chory, a odwiedziliście Mnie;
byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie”.
37 Wówczas zapytają sprawiedliwi: „Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? 38 Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? 39 Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?” 40 A Król im odpowie: „Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”.
41 Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: „Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom!
42 Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść;
byłem spragniony, a nie daliście Mi pić;
43 byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie;
byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie;
byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie.”
44 Wówczas zapytają i ci: „Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie?” 45 Wtedy odpowie im: „Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili”. 46 I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego».

PS Tekst dedykuję szczególnie tym, którzy dziś mnie lub bardziej celowo starają się postawić po którejś z wielu stron konfliktu, zapominając o tym, że jeszcze kilka lat temu pisali i mówili coś zgoła odmiennego, a pozbawieni zdolności honorowych nie potrafią połknąć języka. Jak się czegoś nie wie, nie potrafi, nie umie, to się tym nie zajmuje.

Zgryz

Rezydenci i Minister Zdrowia odtrąbili koniec protestu. 6 % zamiast 6,8% choć „aż” rok szybciej niż zagwarantowane przez poprzednika. Podwyżka uposażenia chyba też naa identycznym poziomie co proponował poprzednik. Jedyna nowość to sekretarki medyczne, których liczby i kompetencji nie bardzo znamy, ale przypominają mi się czasy pań pracujących w rejestracji i porządkujących papierki po lekarzach. W prywatnych przyvodniach już takie osoby są od dawna. O co zatem ten szum i głodówki? Przecież minister Szumowski otworzył dorgę do klauzuli odpracowywyania studiów medycznych i specjalizacji, co akurat jako podatnik gorąco popieram nie tylko w tym zawodzie.
Nie pytam jak to porozumienie ma się do sytuacji pacjentów, bo jak dotąd żaden prostest lekarzy nie poprawił naszej sytuacji, a wręcz kończył się dłuższymi kolejkami, skracanymi przez wizyty w prywatnych gabinetach. Wciąż nikt nie ośmiela się przywrócić ulgi podatkowej na prywatne usługi medyków. Ulgi która funkcjonowała ledwie dwa lata zmuszając prywatne gabinety do propozycji „bez fakturki 20 % taniej”. Ogłoszone przez GUS średnje zarobki lekarzy w 2016 każą zapytać w co my tak naprawdę gramy w ochronie zdrowia? Czy ktoś kto raz był u dentysty uwierzy, że ten grzebiąc w naszej próchnicy i zgryzie ryzykując przyt tym dyskopatią robi do za 4600 zł brutto na miesiąc?

Zdaniem byłego belfra

Rzadko śledzę komentarze anonimowych internautów, bowiem jakoś nie przekonują mnie do siebie nawet Ci którzy bardzo rozsądne opinie kryją pod anonimowością. Niemniej dyskusja wokół zajęć w ferie w jednym z łukowskich liceów mnie zaintrygowała. Nie ma to co prawda otwartego chamstwa i agresji, ale rzuca się od razy ten znane mi z mojej paroletniej pracy w szkole hasło „nie rób więcej niż inni, bo oni tego nie lubią”.

Nie chce mi się pytać ile z tych „rodziców, studentów” są nimi rzeczywiście, a ile z nich to wkurzeni koledzy belfrów. Zakładając nawet, że część uczniów rzeczywiście woli na 100 dni przed maturą leżeć przed telewizorem do południa, a potem szukać sposobu by dotrwać do następnego dnia, że nie każdy widzi się na medycynie, a część być może zamiast konsultacji woli płatne korepetycje, które zaczyna się dawać już w szkole podstawowej, to zbyt wiele tych wpisów ma dziwnie spójną linię i stylistykę.

Znajomi nauczyciele znów krzykną, że się ich czepiam, że nie doceniam, że zapomniałem jak byłem jednym z nich, ale pozwólcie, że wspomnę swe dzieciństwo spędzone między szkołą a kościołem w Domu Nauczyciela. Moi rodzice byli dwuprzedmiotowcami i do 1981 pracowali sześć dni w tygodniu po 26 g pensum plus 13 godzin nadliczbowych a tata jako dyrektor szkoły miał ich 20. Nie miał sekretarki, pedagoga, ale za to dwa stopnie wizytatorów, którzy odwiedzali szkołę kilka razy do roku, bynajmniej w celach nie towarzyskich. Do mojej szkoły chodziło około 200 dzieci, a uczyło ją 8-9 nauczycieli, z których każdy miał co najmniej Studium Nauczycielskie. Wakacje zaczynały się w ostatni piątek czerwca, ferie wprowadzili pod koniec lat 70 tych. Nie było komputerów, nauczyciele jeździli na wycieczki, mieli kółka, SKSy, mnóstwo papierów do ręcznego wypisania, klasówki do sprawdzenia. Mam prowadziła jeszcze bibliotekę i co roku trzeba było wciągnąć masę nowych książek. Wakacje zaczynali gdzieś dwa tygodnie po końcu roku szkolnego, a rok szkolny zaczynała rada pedagogiczna na dwa tygodnie przed 1 września. Kiedy porównuję zakres wiedzy jaką mieli nam do przekazania, to obecni uczniowie mogą tylko odetchnąć z ulgą, ze to se nevrati. Skończyłem małomiasteczkowe liceum z którego jestem dumny i bez korków dostałem się na oblegane studia niezgodne z kierunkiem klasy. Z matematyki miałem dobry, ale dziś maturzyście nie drżą przed całkami, czy macierzami. Zadaniami z założonym błędem, który trzeba było znaleźć. Na studia można było zdawać raz do roku i to na jeden kierunek, korki dawali tylko doktorzy z uczelni, bo np. na filologię germańską na UMCS było 15 miejsc.

Do czego zmierzam. Myślę, że polska oświata jest bardzo chora i w każdym aspekcie. To nie tylko efekt spartaczonych reform, ale także dużo w tym winy nauczycieli. Polską szkołę należy podnieść, ale trzeba sobie zdać sprawę, że bez sensownego podniesienia wymagań, nie wzrosną ani płace, ani prestiż i szacunek do tego zawodu.

My naród?

Nie urodziłem się, ani nie wychowałem się w mieście, w którym mieszkam w sumie połowę swego życia. Jego historię poznawałem jak dziesiątki innych. Z perspektywy zawodów, który wykonuję. Tu zaczynałem swoją niezbyt długą pracę nauczyciela historii. Włócząc się po okolicy odkrywałem kolejne intrygujące okruchy przeszłości. W tym czasie nie istniał internet, a regionaliści dopiero zaczynali zbierać pamiątki, spisywać wspomnienia świadków historii, którzy czasami jeszcze z lękiem nie opowiadali bajek, ale sięgali po żywe w nich wspomnienia. Nie było jeszcze kamer, rekorderów, którymi można by te wspomnienia zarejestrować. A szkoda, bo dziś wielu amatorów tworzenia mitów i burzenia pomników, miałoby zdecydowanie trudniej mącić ludziom w głowach. Należę do ostatniego pokolenia, które nie przeżywszy II WŚ miało szansę o niej usłyszeć od autentycznych jej uczestników. Przeżyliśmy też rodzenie się pierwszej Solidarności, stan wojenny i narodziny demokracji. Może dlatego historia nie jest dla nas kwestią tego na czyje zamówienie jest pisana. Nie jest też czarno – biała. Nie stawiamy bezmyślnie nowych pomników, nie garniemy się do burzenia starych.  To nie jest dziś popularna postawa. Patrzenie na przeszłość z dystansu jej doświadczenia nie jest mile widziane. W dobie ultra szybkich mediów i nie ma czasu na dystans. Młodsi od nas chcą wszystkiego, także ocen, szybko, na już. Nie trzeba mówić, że to oznacza daleko idące uogólnienia. Nie ma drogi odwoławczej. Raz wydany wyrok, jest ostateczny. Wobec skomplikowaności materii ludzkiego życia, przyczynia się do pogłębiania podziałów. Historia przestaje na naszych oczach być ostatecznym i niepodważalnym kryterium wyznaczającego wspólnotę narodową, cofając nas do czasów plemiennych.

Łatwość z jakim cofamy się o całe tysiąclecie jest tym bardziej przerażająca jeśli przekonamy się, że najbardziej wrażliwe, najmłodsze pokolenie karmione biało czarną papką, przestaje być nią zainteresowane. Przyjmuje proste kalki za pewniki i bezkrytycznie je powiela lub pozostaje wobec nich obojętnymi. O przeszłości nie usłyszą już prawdy od rodziców, bo ci jej nie znają. Dziadkowie, świadkowie nie zweryfikują pisanych na zamówienie podręczników i politycznych artykułów. Nie czując więzi jakie narzuca wspólna przeszłość, zobojętnieją na teraźniejszość. Dezintegracja będzie postępować szybciej niż w czasach szczytu rusyfikacji i germanizacji, bo zamiast polskości czeka nas nijakość.

prawie 30 lat temu na Łapiguzie odkryłem zarośnięty wojskowy cmentarz z czasów I WŚ i wojny z Sowietami.  W dzień wagarowicza z pierwszą klasą moich wychowanków poszliśmy tam z grabiami i farbą. Niezdarnie odsłoniliśmy krzyże, których nie zniszczyła komuna, poprawiliśmy farbą litery. Do dziś moi uczniowie twierdzą, że bywają tam regularnie. Dobrowolnie, bo czują związek z tym miejscem. Ilu dzisiejszych sześcioklasistów za 30 lat odwiedzi to miejsce?

Zostanę anarchistą

Przez większość swego życia wydawało mi się, że cieszę się wolnością. Mogę myśleć, mówić, robić praktycznie wszystko, a jedyne ograniczenia wynikają wyłącznie z moich zdolności i możliwości. Nawet w komunie czułem się wolny na swej wewnętrznej emigracji, tworząc sobie mały, prywatny światek, do którego mogłem zapraszać kogo chciałem. Nie ze względu na wiek, który ma swoje prawa i narzuca nowe ograniczenia, ani też nie z powodu tej czy innej konkretnej władzy, coraz mocniej odczuwam utrat ę tego romantycznego poczucia osobistej wolności, którą ogranicza mi się pod różnymi pozorami, równie często, co przewrotnie tłumaczonymi troską o … moje dobro, wolność, bezpieczeństwo.

Nie ma we mnie przekonania obrońców słusznych praw kobiet, że świat sam z siebie powinien szanować moją nietykalność i miliony kamer śledzących już niemal mój każdy krok poza moim mieszkaniem, w jakimś sensie gwarantują mi, że w przypadku napaści wzrasta szansa na złapanie złoczyńcy. Poczucie odwetu na złoczyńcy, nie przywróci mi zdrowia, czy życia. Niemniej bardziej mnie uwiera ta świadomość ciągłej obserwacji, analizy moich zachowań, także pod kątem traktowania mnie, jako potencjalnego zagrożenia dla innych. Tak. Jesteśmy ciągle podejrzanymi o wszelkie bezeceństwa i bardziej chodzi o to by nas na nich złapać niż przed nimi ochronić. Ilość narzędzi, które służą zbieraniu o nas informacji i instytucji, które bez żadnej naszej kontroli, a nawet świadomości te informacje przetwarzają przerasta naszą wyobraźnię. To nie jest kwestia adresu, stanu cywilnego, numeru buta, czy nawet stanu zdrowia. To są informacje, które tylko z pozoru są pod naszą kontrolą. Kilkadziesiąt służb i instytucji państwa, tysiące firm codziennie przejmuje i przetwarza wiedzę na nasz temat, które być może zdradzamy tylko w konfesjonale, gdzie, co prawda wciąż obowiązuje tajemnica spowiedzi, ale dotyczy ona wyłącznie naszej relacji z kapłanem. 99 procent naszych grzechów jest już skatalogowanych w zasobach państwa oraz firm, które dzięki nim mogą docierać do nas z najbardziej wyrafinowanymi ofertami. Zasadniczo nie ma w tym żadnych ograniczeń i tylko krucha litera prawa chroni nas jeszcze przed wykorzystaniem tych informacji w sposób, który uczyni z nas niewolników. Od lat przywykłem do myśli, że moje rozmowy telefoniczne mogą być rejestrowane dla zachowania tzw. Bezpieczeństwa publicznego. W sumie przecież niczego złego w nich nie ma, a nawet gdyby to przecież prawo mówi jasno, że nie mogą być one użyte w procesie przeciw mnie. Ale cóż to. Panowie i Panie od Sowy też, jeśli zdawali sobie sprawę, że są nagrywani, też czuli się bezpieczni. Przecież nikt teoretycznie nie może nagrywać prywatnych rozmów nawet osób publicznych, a tym bardziej ich publikować. W sumie prawo tego zabrania. I co z tego? Czy ja sobie życzę by gigant internetowy nie tylko zbierał, ale analizował, czego szukam w Internecie i na podstawie tego tworzył mój profil konsumencki? Jakie mam przesłanki, że pewnego dnia ktoś nie sprzeda tych informacji, a te odpowiednio spreparowane nie zmuszą mnie do robienia rzeczy, których nie chcę? To nie są spekulacje, urojenia, czy teoretyzowanie. Czy ktoś z Państwa dał radę wymazać swój numer telefonu od namolnie oferujących różne usługi? Kto w Polsce chroni nasze prawa konsumenckie, gwarantuje bezpieczeństwo danych? UOKiK i GIODO? A jaki mamy do nich dostęp?

Sprowadzenie mnie do cyfrowego do poziomu długiego szeregu zer i jedynek, to coś, z czym można sobie jeszcze jakoś poradzić. W sumie w sercu Jaty mam jeszcze poczucie, że cały świat nie ma do mnie dostępu. Gorzej jest z nieznośnym poczuciem utraty wolności słowa i myśli, jakie od lat fundują nam nasze polityczne elity wszelkiej maści. Pisząc felietony w studenckiej rozgłośni w schyłkowej komunie w sumie nie musiałem się zbytnio hamować. Wiadomo, że jako element wrogi nie miałem szans na pracę w ówczesnych mediach państwowych, a więc co najwyżej mogłem dostać zakaz obrażania uczuć ludowej władzy, która na takich jak ja młodzików patrzyła raczej przez palce i z politowaniem., co z kolei dawało mi dość dużą swobodę. Jeszcze więcej wolności było w czasie rozmów w kręgu znajomych. Wystarczyło zachować zasady dobrego wychowania i można było powiedzieć wszystko. Ktoś powie, dziś także. Naprawdę? Chyba nie ma nic gorszego ponad to, do czego doprowadził konflikt dawnych przyjaciół, jak to skuteczne pozbawienie zdecydowanej większości Polaków prawa do posiadania własnego zdania. Zwrócenie uwagi na oczywiste błędy u uchybienia z miejsca ustawia nas po jakiejś stronie i bezpowrotnie zamyka możliwość zmiany. Nikogo nie interesuje racjonalność, logika, przyzwoitość. Jak się raz nie opowiesz, ale tylko zwrócisz oczywistą uwagę, albo pochwalisz, to na sto procent jesteś lemingiem, albo oszołomem. Każdy musi być do czegoś zapisany i zaliczony, albo stanowić milczącą większość, bez prawa do głosu. Ten szantaż stosowany przez jednych i drugich niszczy wolność słowa i wypowiedzi. Posiadanie własnych poglądów, zdania pozbawia nie tylko części praw obywatelskich, ale co gorsza daje pretekst do bezpardonowego ataku dworu klienteli przyssanych do tego czy owego stołu, broniących swego stanu posiadania. Donosicielstwo, niszczenie godności poprzez bezpardonowy hejt w Internecie znany niegdyś, jako ostracyzm, niszczy nie tylko [publiczna debatę, ale i społeczeństwo, sprowadzając nas do roli milczących baranów prowadzonych na rzeź.

Nie chcąc żyć w świecie, w którym Wielki Brat Orwella byłby miłym misiem z okienka, ani tym bardziej stracić zdolność samodzielnego myślenia i jego werbalizacji, coraz bliżej mi do ludzi z kręgu darknetu, który z miejsca handlu bronią i prochami, staje się przestrzenią wolności słowa i myśli. Stąd już tylko krok bym na starość został konserwatywnym anarchistą.