Niespodzianka

Dostałem dzisiaj niespodziankę. List od kogoś, kto słucha radia może nie od początku, ale odkąd przełamał się włączył 101,7, czuje się z nami trochę lepiej na świecie. Nie odpisuję mu tu, wprost, ale chciałbym podziękować, bo choć czuć w liście wielki wysiłek by nie przekroczyć pewnej linii, jest dla mnie i byłby (jeśli autor zgodzi się na podzielenie nim), dla moich kolegów z redakcji bardzo ważny, zwłaszcza zważywszy kilka ostatnich prób wymuszenia na nas uległości. Przyznania że władza to przywileje, a nie służba.  

Ten list można by odczytać na dwa sposoby. Można popaść w samozachwyt (nie dla mmnie) lub pojąć ogrom  odpowiedzialności co zdaje się nam odpowiedniejsze. Ja go czytam też jako dowód na słuszność postawionej onegdaj tezy, że w radiu najważniejsze jest nie popalanie, lecz by zawsze słuchać słuchacza. Radio to nie ludzie, którzy przewijają się po drugiej stronie mikrofonu, a więc politycy, twórcy działacze, czy też partnerzy w przedsięwzięciach. Oni pomagają, są ważnym elementem, ale nigdy nie podmiotem naszej pracy. Dzięki takim listom, gdzie w każdym zdaniu przekonuję się o znaczeniu każdego wypowiedzianego na antenie słowa, zawieszenie głosu, kliknięcie w komunikator, reakcji na sms, umacnia się we mnie pewność, dla kogo warto tworzyć to dzieło. Każdy telefon jak choćby słuchacza, który tydzień temu zażyczył sobie odpowiedzi na pytanie czy będzie wojna za 3 miesiące, Pytanie wcale nie absurdalne, bo oparte na analizach amerykańskiej gospodarki. I reakcja tegoż człowieka, który po rozmowie z gen. St. Koziejem natychmiast oddzwonił z potwierdzeniem uzyskanej satysfakcji. To są chwile może nie za częste, ale pozwalające oprzeć się naciskom i próbom zmuszenia do uległości wobec tych, którym marzy się rząd dusz. Kreowanie rzeczywistości by zamazać rzeczywisty jej obraz. Dziękuję za list, za telefon. Dzięki nim jesteśmy silniejsi i czujemy się bardziej zmotywowani do służby dobremu Ojcu i naszym słuchaczom

Wcale nie smutna refleksja ex-belfra

Moja B. wciąż jest nauczycielką (ktoś w końcu musi nieść ten kaganek i podtrzymywać linię zawodową w rodzinie) i nie może się doczekać podwyżki. Dostanie całe 150 złotych na rękę. I wraz nie wierzy, że to możliwe. Dedykuję tę podwyżkę nauczyciela dyplomowanego z kilkunastoletnim stażem, tym, którzy oczekują kilku – kilkunastu tysięcy, które podwoją lub potroją ich dochody.

Za te pieniądze nie za wiele moja B. może kupić. Ale jak to jest w reklamie są pewne rzeczy bezcenne. Kiedy w wakacje idę z nią przez miasto nie słyszę dzień dobry od jej prymusów z pierwszych ławek. Ci, którym poświęca dodatkowe nie płatne godziny w po lekcjach szlifując ich wiedzę, głuchną i ślepną na jej widok ledwie zacznie się kanikuła. Ale z moją B. ciężko jest wyjść na spacer po mieście, bo ciągle ktoś basem woła „Dzień dobry pani! I chowa za siebie niedopałek. To nie orły, ale ci z ostatnich ławek. W ciągu roku potrafią doprowadzić do łez, ale to oni pokazują kindersztubę. Pamiętają, że tej i innym gogom coś zawdzięczają. Troszkę wiedzy, dużo serca, darowany na kredyt rok życia.

Z 6 lat pracy w rodzinnym fachu pamiętam kilka ledwie klas. Moja VIb z „piątki”. Kochane dzieciaki. Ile się człowiek nakłócił z koleżankami o nie, a i z dyrektorem brało się za bary. Nie żałuję niczego, bo wyrośli z nich dobrzy ludzie. Nawet Krzysiek, co trochę pobłądził. Jest dobrym człowiekiem. 22 dziewczyńska z IIIa w liceum. Krótko z nimi mogłem pracować, ale dziś z dumą odszukuję każdą z nich na potralu nasza-klasa.pl. A miała to być taka trudna klasa. 13 – stka z VII od przedsiębiorczości. Przecież czasami to był problem z czytaniem, ale po roku, nawet ściągawki nauczyli robić. I wszystko zawdzięczali … sobie.

Tak sobie wspominam, sumuję własne i kolegów doświadczenia i wychodzi mi, że warto dawać z siebie wszystko nie przede wszystkim tym, co mają wrodzony lub wmówiony przez rodziców talent i zdolności. Z nich, jeśli mają i tak wyrosną, choć nie zawsze może tacy jak o sobie myślą, ludzie. I tak rzadko, kiedy cząsteczkę swego sukcesu zapiszą  belfrowi. Bez wahania dawać serce i siły warto tym, co i talentu i zdolności czasami nie wystarcza. Tym, co czasami błądzą, albo ich talent trzeba ratować, co by się nie rozmienił na drobne. Na nich trudno się belfrowi zawieść, czy ich życiem rozczarować. Takich uczniów się kocha i wie się, że oni potrafią to uczucie oddać jesli nie nauczycielowi to innemu człowiekowi, a ten feetback (jak mawia mój przyjaciel), w tym zawodzie jest największym sukcesem, satysfakcją, odorczoną, ale w końcu płatną po latach premią.

Czasami ktoś prosi mnie o jakąś formę uprawiania rodzinnego fachu. Unikam jednak czegoś więcej niż pomoc w naglych przypadkach i parę rad starszego kolegi. Nie dlatego, że obiecałem sobie, że po śmierci MT juz nikogo i nieczego nie będę uczył, ale raczej dlatego, że za często spotykałem „zdolnych ludzi” … .

Pani S.

Rozumiem, że niektórzy rodzą się mniej rozsądni niż przeciętna, ale żeby jeszcze potem dostawać za to tytuł naukowy jakiejkolwiek uczelni, to już trzeba taki dziw przyrody tłumaczyć jedynie zejściem się w jednym miejscu kilkudziesięciu podobnych sobie. Już na drugi dzień po wyborach zdziwiony, co nieco bardzo mizernym wynikiem LiDu pozwoliłem sobie wypalić z koncepcją, że to mogą być ostatnie wybory tej formacji. Nie spodobało się to kilkorgu lewitantom, ale dziś nic mi nie pozostaje, jak wyrok podtrzymać. Szukanie lekarstwa na ideową jałowość w antyklerykalizmie jest więcej niż pokracznym i śmiesznym zabiegiem. Jak można poważne traktować ugrupowanie, które przez 15 lat w kościele szuka akceptacji, by na koniec przyparte do mury przez swych wyborców, zaczyna ten sam kościół atakować? Pani Senyszyn jest nie tyle niewiarygodna, co jej się tylko wydaje, że wyrzucając z siebie frustrację, jest antyklerykalna i antykościelna. Zapomina, ze jej protoplaści zanim wzięli się za ten fach, odbywali odpowiednie ku temu nauki. Trzeba wiedzieć, co się krytykuje. Operowanie obelgami jest wyłącznie wystawianiem sobie smutniej recenzji. Na marginesie warto bacznie przyjrzeć się sierotkom po mamusi partii. Zwłaszcza tym, którzy deklarują przywiązanie do chrześcijaństwa i nawet chadzają do kościoła więcej niż od wielkiego dzwonu. Pan Olejniczak nie zdobył się na odcięcie się od swej koleżanki. Kto następny?

Nie twierdzę, że poglądy pani Senyszyn nie znajdą poklasku w ludzie. Telewizja, której właścicielem jest człowiek, który pod pozorem pomocy Kościołowi, przejmuje kolejne stacje diecezjalne, już publikuje napastliwe sosy, a jej dziennikarze delektują się słowami posłanki. Styl uderzenia zdecydowanie ogranicza rozmiar zakładanych zniszczeń. Ludzie mają dość jadu i nienawiści, który sączy się z politycznych saloników od lewa do prawa. Owszem poplotkują w domach i biurach, ale trudno będzie im zaszczepić nienawiść do biskupów. Wyprowadzić z kościołów. Chyba, że komuś przyjdzie do głowy odpłacić pięknym za nadobne. Nie ma sensu. Postkomunistyczna lewica po 18 latach agonii umiera w realiach wolnego rynku, bo sprzedała lewicowe wartości za luksusowe samochody i wille liderów. Antyklerykalność to za mało by zbudować trwały ruch polityczny wykraczający poza środowiska ultrafeminstyczne i gejowskie.

Kościół jednak nie może zastygać w samouspokojeniu. Anemiczny atak poseł Senyszyn może ukryć faktyczne zagrożenia dla przyszłości, które tkwią w relatywizmie, jaki ogarnia polskich katolików. W odchodzeniu od zasad wiary, tworzeniu sobie religii na własny użytek. W zaniku duszpasterstwa, w rozpadzie wspólnot parafialnych, w pozostawianiu potrzebujących pocieszenia samych sobie. Jeszcze cieszą nas pozornie pełne kościoły i liczne powołania, lecz uważna analiza już wskazuje pierwsze oznaki kryzysu. Poczynając od niezrozumiałych dla wiernych podziałów wśród hierarchów, którzy zbyt często różnią się w bardzo istotnych dla laikatu kwestiach. Zaangażowanie kapłanów w pracę w szkołach ogranicza ich czas pracy duszpasterskiej. Inna kwestia to dość instrumentalne traktowanie świeckich zaangażowanych w pracę na rzecz  kościoła. To problemy, o których czas już nie tylko rozmawiać, to sprawy, których już nie wolno podmiatać pod dywan, czas stawić się im czoła. Pytanie tylko kto je zauważa i chce się z nimi zmierzyć.  

 

Na początek 2008

Marcin dziś powiedział, że powoli wchodzimy w Nowy Rok. Tak jakoś bez szczególnego „kopa”. Może to i tak wygląda, ale faktycznie to końcówka starego wrzuciła takie obroty, że dla sporej części ludzkości w kraju nad Wisłą, święta śmignęły, jak zaprzęg siwobrodego staruszka z Rudolfem na czele. Dobrze, że choć układ kalendarza dał szansę na wyhamowanie przed sylwestrem. A propos Sylwestrowej nocy. Patrząć w telewizorki można by odnieść wrażenie, że cała Polska balowała na koncertach, balach i prywatkach. To jest jak z wakacjami. Podobno wyjeżdża na nie ktoż żyw, a tak naprawdę 10 – 15 procent z nas. To samo z tymi szaleństwami. Bawi się 10 procent, reszta siedzi w domach i najczęściej budzi ją hałas petard. Osobiście z rodziną dotrzymaliśmy tradycji i Nowy Rok przywtaliśmy za miastem, detonując nieco świecidełek, życząc sobie co by za rok wreszcie gdzieś znależć sobie domek za miastem. Przy obecnych ceanch nieruchomosci wciąż tylko marzenie. Ale w sumie bez nich trudno żyć.

Życie umyka nam dzień za dniem, spędzanymi na ogłupiającej bieganinie za tym, czy za tamtym. Kilka dni wzglednego spokoju, unokania kanałów informacyjnych, porzucenia internetu uzmysłąwia, że bez tego daje się zdecydowanie łatwiej żyć. Jest dla kogo i po co. Większość kupionych w przedświątecznym amoku rzeczy okazuje się zwykłym śmieciem w błyszczącym opakowaniu. Dobrze że są święta, bo nawet politycy jakoś nie trybią. Może oberwali od ludzi po pasterkach?

Dziś wyszedł pierwszy numer odnowionego Echa Katolickiego. Trzymam kciuiki, bo layout odpowiada czasaom. Medium to jednak nie format a treść. Zatem te fajnie zaprojetowane ramki trzeba nią zapełnić. Patrzę na skromny zespół EK … i zaciskoma kciuki, oby Wam sił i serca starczyło, bo w tym jest klucz do sukcesu tygodnika o historii pełnej wzlotów i czasami bolesnych upadków, za które odpowiedzialni na szczęście już umknęli sobie w siną dal. Jedno radzę puszczajcie mimo uszu złośliwości zazdrośników, bo jest i będzie ich pełno. Pierwszych, których słuchałem już dziś mocno ten layout zabolał. No cóż jak się nie własnych osiągnięć cudze bolą podwójnie. Klasycznie nasze polskie.  

Skórki i sreberka czyli My z lat 60 tych

Co roku o tej porze świat raczył chcieć już lekko hamować, by wraz z pierwszą gwiazdką wstrzymać oddech i podarować nam cud. Czekam na ten cud, by przypomnieć sobie choć raz do roku jak naprawdę płynie czas. Codziennie doświadczamy względności jego pojmowania. Mój serdeczny kolega naukowiec, gdy łapałem go na poranną rozmowę, odwoził dziecko wieczorem (17sta to wieczór – serio Tomku!)  na szkolną wigilię.  Dla mnie wieczór zaczyna się o 23 ciej, ale poranek jest nam wspólny. Z zawiścią patrzę na zachodnich sąsiadów.  Im czasu wystarcza na życie i pracę, nam ledwie na pracę i sen. Dziękujemy Wam nasi „kochani” ludowi władcy, za 45 lat niedorozwoju. Nasze pokolenie płaci za nie najwyższą cenę, by zmniejszyć dystans. By nasze dzieci mogły mieć szansę na zauważenie jak zmieniają się pory roku, by nie wypędzał ich z domu dzień, a nie przypędzała noc. By czas sobie płynął a nie był deficytowym towarem, jak większość rzeczy w Waszym ‚cudownym państwie”. Nikomu do głowy nie przychodzi zapytać kto nam zrekompensuje  dzieciństwo z kamieniami zamiast zabawek, sreberko co zapachem przypominało czekoladę, zasuszone skórki pomarańczy, które magicznie sypały śneigiem w lipcu byle tylko zamknąć oczy i czekać na statek co wypływał z Kuby. A może by tak jedne z drugim choć przeprosił, za nasze kulawe rodzicielstwo, zwichnięte na zapewnieniu dzieciom przetrwania i wizji życia a nie wyłącznie pracy.

Kiedy byłen w wieku mojej starszej córki,  znoszono stan wojenny. Nie uczyłem sie niemieckiego (sorry Panie Profesorze) bo i po co. Wyjazd na Zachód wydawał się startem w kosmos, z wilczym biletem lub lojalką w kieszeni. Dziś moje dzieci już były tam gdzie jeszcze mnie było (nie wiem czy będę bo na to trzeba życia, pracy nie starcza). Dziś muszę im tłumaczyc co to granica, żelazna kurtyna, mur … . A wokół juz nie tylko KaCykowie mi wmawiają, jak to świetnie się żyło w PRL-u.

Jak komu. Mnie nie.  

Otwierają dziś granice dla Polaków. Mnie tam wszystko jedno. PAszport mam od czasu gdy go przestał być nagrodą lub wilczym biletem i można go tyrzymać w domu. I nie oddam za Chiny Ludowe nikomu. Bo kiedyś o nim marzyłem. By moje dzieci nie marzyły.

Nie oddam go kurcze blade, mimo, że jest pełnoletni i jeszcza ani razu nie wyjechał z szuflady. A jak się kurcze rozmyślą? To niech już będzie tym wilczym biletem na starość.

Łubu dubu

Niedawno ktos mi zasugerował udanie się na emeryturę i porządkowanie świata w miescie mojego zamieszkania. W zasadzie powinienem podzieować anonimowi, bo podszył się pod kogoś, kogo z przyjemnością będę mógł gościć w jednym z programów Rozmowy o zyciu w PRLu. Nawet dziecinne maile anonimowych bohaterów mogą przyczynić się w sumie do czegoś pożytecznego. Ale tak na kanwie tego jednostkowego aktu „odwagi i żczyliwości obywatelskiej” do mojej osoby, warto zadać sobie pytanie skąd w ludziach tyle bezinteresownej zawiści, zazdrości i jednocześnie braku odwagi. Nie lubię wszelkich forów, czatów, gdzie ludzie posługujący się często kilkoma nickami dokonują czegoś w rodzaju sądu elektronicznego nad innymi, śmiało wymienianymi z imienia i nazwiska. E-anonimy oczywiscie są świetnie poinformowani, znają wszystko i wszyskich nawet myśli i intencje. Nie jest to zbyt przyjemne stać się celem tego elektronicznego magla, tym bardziej że e-praczki są bardziej dosadne od swych analogowych proplastek. 

Wiele lat temu mój ojciec miał spore kłopoty ze względu na syna którego nie potrafił wychować na wierne dziecko ludowej Ojczyzny. Powód? Załóżmy, że nieznana mi bliżej osoba (ale ja jej świetnue znany), wysmarowała na miejscowy posterunek milicji kilka anonimów, jak to niesforny młodzieniec w rozmowach szkaluje „matkę która żywi, broni i chroni”.  Raz jeden w życiu widziałem wściekłego tatę. Ale dziś nie wiem na kogo? Na wierną obywtaelkę, czy też na eSBecję, która przez kilka godzin udawadniała jakim jest marnym rodziciem. Pamiętam, że wtedy sobie obiecałem, że już nigdy nikt nie będzie wkurzony przez moje poglądy i że zawsze będę za nie odpowiadał osobiście. Fakt czasami łatwiej byłoby jeśli nie zamilknąć, to uzyć pseudonimu. Ale wartość prawdy, czy poglądów ocenia się potencjalnymi konsekwencjami ich głoszenia i obrony

Mimo, że otwarte ogłoszenie tego co się myśli, nie przysparza grona przyjaciół, to na dłuższą metę wydaje się opłącalne. I wcale nie chodzi o szacunek do samego siebie. Stałość i otwartość poglądów moim przynajmniej zdaniem z biegiem czasu zostają docenione nawet przez tych którym się czsami podpadło. Nie jest tak, że nigdy sie nie pomylilem, ale wtedy trzeba umieć przeprosić, przyznać się do błedu, uznać racje drugiej strony. To nie boli, tego wymaga szacunek jaki się należy kazdemu człowiekowi, również temu którego działanie  jest podmiotem naszej nawet najsurowszej oceny. Trzeba wszakże pamietać, ze nic i nikt nas nie upowaznił do oceniania drugiej osoby. Możemy jedynie odnosić się do jej czynów. To ewangeliczna oczywistość, o której tak często zapominają zarówno receznowani jaki i recenzenci. Prawda jednak jest obca emaglowcom.  

Pisząc pracę magisterską miałem wątpliwą przyjemność dotrzeć do notatek służbowych funkcjonariuszy bezpieczeństwa publicznego z okresu przez refendum ludowym. Przerzuciłem setki artukułów z ówczesnej socjalistycznej prasy. Przykro to odkryć, ale wielu (nie wszyscy), lecz bardzo duża grupa forumowiczów posługuje się argumentacją i językiem bardzo pokrewnym tamtym czasom. Językiem donosów, oskarżeń, pomówień, przypuszczeń w imię „dobra ogółu”, „Ludowej Ojczyzny”, „partii” etc. W teczkach MBP raporty mają swych autorów, którzy na swe ofiary przede wszystkim wybierali takich którym nie mogli dorównać w normalnej rywalizacji, więc używali ludowych instrumentów, by wszystcy byli równi, a oni równiejsi. To donosy na przedwojennych lekarzy, urzędników, prawników, nauczycieli, wykwalfikowanych robotników. Podpisywane były przez całe pokolenie pieczeującego się zawołaniem „nie matura, lecz chęć szczera … ”

Fora, czaty, outcasty ujawniają bardzo ciemną stronę naszej obywatelskiej anonimowej odwagi. Prym wiodą na nich trenerzy Jarząbkowie, którzy akrtymi nocnej odwagi wyrównują sobie dzienne akty uległości.  No bo przecież głupio na forum pod pięciona nickami pisać łubu dubu łubu dubu niech nam żyje prezes naszego klubu … niech żyje nam.

26

26 lat. To juz naprawdę tyle czasu? Szkoda teh półki bibuły, którą strach wrzucił do pieca. Parę egzemplarzy przetrwało. Przede wszystkim zeszyciki historyczne z dziejami, których miało nie być. Z profesjonalonego punktu widzenia, to była dość naiwna dydaktyka, ale wtedy nikt na to zwracał uwagi. Ileż ludzi dzis cokolwiek wie o Polsce dzięki niej .. .

26 lat. Był rok 1820 r. Już po pierwszych aresztowaniach spiskowców, ale wciąz Królestwo Polskie udawało namiastkę polskiej państwowości. W 1857 i pierwsze jaskółki nowego zrywu. Traugutt jeszcze czarował Żelechowianki i innne mieszczki w carskim mundurze. W 1891 zawiązywały się pierwsze narodowe ugrupowiania polityczne. W 1944 trwała realizacja planu Burza i warszawska insurekcja.  W 1982 r. noc stanu. Jaka Polska jest dziś? Jacy my jesteśmy 26 lat po?

Basia

Basia, przysłała mi dziś promyczek słonka w ten kolejny bardzo trudny dla mnie dzień. Mam jednak troszeczkę szczęścia, bo codziennie ktoś sprawia mi promyczek. We wtorek Pani Profesor (też z Krakowa), wczoraj matematyczna niespodzianka i autograf, dziś nowa płyta Basi Stępniak Wilk.

Z Basią znamy ledwie kilka lat. Czasmi coś sobie piszemy, czasami dzwonimy, chwilę pogadamy. Jak bardzo starzy znajomi. Nie o sobie wprost, ale zawsze o czymś. Czasmi Basia przyśle mi coś i napisze na kolorowej karteczze Posłuchaj. Przeczytaj. A przecież tylko studiowaliśmy w tym samym mieście i choć być moze wpadaliśmy na siebie zapedzeni w Chatce czy na miasteczku, to ani razu nie spotkaliśmy się świadomie w jednym miejscu i czasie. Dziwne w tym świecie? Prawdaż? Dwa i pół roku temu Basia przysłała mi Słodką chwilę zmian. Bardzo ważną płytę. Dla Niej i dla mnie. Jaką ci obiecać … Słodka chwila … perełeczki treści i nastroju. Po roku Marek Niedźwiecki odkrył Bombonierkę i Basia została … sobą czyli kobietą tęskniąco – subtelną, patrzącą na świat z lekko filuternym przymróżeniem oka. Basię nawiązującą w formie przekazu do najlepszych tradycji polskiej piosenki lat 60 tych. Piosenki uciekającej z wielkich estrad. Takiej co się ją najlepiej śpiewa w i przy małej czarnej. Basia jest w stu procentach kobietą pisząco śpiewającą, nie uwiera to gruboskórnego faceta. Nie zawodzi, bo poznała niewłaściwego faceta, co ją rzucił, nie wydrapuje przyjaciółce oczu. „Moja B”. mówi o Basie „śpiewa, a nie uskarża się”.

Basia napisała dziś na niebieskiej kartce, że pewnie płyta niespójna. Prawda. Zrobiłbym z niej dwie, tak jak znam dwie Basie. Filuterną w Futerku z Bombonierką. I tą przewracającą z tęsknoty zwiewnie cały dom. Basia? Czemu nie dwie płyty? Kilka piosenek już znam, bo Basia lubi zdradzać … swoje sekreciki. Byliśmy juz na Wiosnę i w Augustowie. (Patrz Basiu jesień przyszła bez listuuuu…, a nie przecież jest ta płyta zza wielkiej wody, uff). Proponujesz Futerko. Pamiętasz? Bombonierka też mi się nie podobała … . Dobrze, że jest pierwszy utwór. Taki Basiny, a tchnący chęć do pozostania tu i teraz. Pod słońce słucha się tak jak teskni za nim w te okruchy światła. Obce kraje … dedykuję Agatce i Leszkowi. Nie tylko ja Wam to mówię. Marzenie naszego pokolenia – wpisane w Pośród cisz, … perełka, która umknie innym, ale zostanie  u mnie … jest jak dla mnie szyta. Regałowe Latanie … polecam.

Jest w tej płycie progres (brr skąd mi się taki słowa biorą). Basia pozostała sobą, ale nie pozostała w miejscu. Życzę Ci Basiu by świat usłyszał to co naprawdę brzmi i gra. A przed świętami sobie pogawędzimy przy małej czarnej … a może wreszcie też i w …

Lubię tę Basię. Choćby za to Tylko proszę przyjdź.

Pani Profesor

Zima znowu jakoś się nie śpieszy. Może i dzięki temu spóźnieniu na budowach większy ruch, ale nie wiem czy budowlańcy są wystarczająco odporni na depresję wywołaną brakiem słonecznego światła, żeby wykręcać jakieś super ponadnormatywne wyniki, zdolne pchnąć polską gospodarkę na ścieżkę 10 procentowego wzrostu gospodarczego. Brak słońca, krótki dzień w całości spędzony w pracy, działa na mnie z okrutną skutecznością. Stąd każdy powód do radości witam niemal jak jeden słoneczny dzień nad Bałtykiem.

Pani profesor. Drobna starsza pani. Nie żaden wulkan energii. Ale niewyczerpalna kopalnia spokoju i mądrości. Nie takiej wyczytanej z tysięcy książek i sformatowanej na własną modłę, jakiej wiele wokół, ale mądrości wynikłej z połączenia wiedzy tysięcy poznanych bezpośrednio lub za pośrednictwem książek ludzi i własnego doświadczenia. Mądrości zawierającej oceny, z którymi się nie dyskutuje, a którym daleko do apodyktyczności. W swojej pracy spotykam setki ludzi. Z niewieloma pragnę kraść swój prywatny czas. Kwadrans nagrania z Panią Profesor to nie wywiad, nie rozmowa, to przedsmak uczty, gdzie umysł i dusza doznają najwyższych emocji. Nie chce publicznie rozmawiać o swej przyjaźni z JP II. Nie musi. To co z niej wyniosła, co pojęła, przekazuje w tym co mówi i robi. Kwadrans rozmowy i uczucia uczniaka, co dostąpił zaszczytu rozmowy z mistrzem o sprawach,  których jeszcze wiele musi się uczyć. …. To był ten promyk światła na steraną zimową depresję duszę. Pozostaje też nadzieja spełnienia obietnicy podarowania zaproszenia na dłuższą ucztę przy następnej wizycie.

Ta chwila otarcia się o kogoś niezwykłego, sprawia, że powrót do rzeczywistości wydaje się dyskomfortem. Wokół ludzie zapędzeni, zapatrzeni w siebie, zdecydowani na obronę siebie za wszelką cenę i sposób. Szukają coraz to nowych szans, stawiają puste pytania i rzucają się w wir poszukiwania odpowiedzi. By być pierwszymi przy wyznaczonej sobie mecie. By pocieszyć się, naergetyzować do następnego biegu. Chwycić coś co nie istnieje. W środku zamętu czuję się jak czasami biegam z taczką,  na którą od czasu do czasu ktoś zdąży cokolwiek wrzucić. Czasami jest pusta, ale szum wokół jest tak wielki, ze nie wiadomo co, kiedy i gdzie do niej naładować.

26 lat. Niemowlęta urodzone w tę noc biorą się za pracę na rzecz Polski. Wtedy też czuliśmy się w wirze wydarzeń, na które straciliśmy wpływ. Wyglądaliśmy czegoś, co zatrzyma nas w tym biegu przed siebie. Pragnęliśmy zwycięstwa, wolności, ale jednocześnie nie wiedzieliśmy co z nią poczniemy, jeśli zdąży się cud jej odzyskania. Niedzielny poranek. To było jak cięcie nożem. Koniec marzeń, ale i uczucie ulgi, że cokolwiek, ale się wreszcie stało, klarowności. W jedną noc wszystko znów nabrało sensu, celu i porządku. Już wiedzieliśmy kto, jest kim i czego naprawdę chcemy, do czego musimy dojrzeć, by znów nie utracić.  

Dziś do Bożego Narodzenia pozostało niespełna dwa tygodnie, więc czas zadać sobie zadać pytanie, czy 26 lat po świat zdąży wyhamować i zauważyć pierwszą gwiazdkę. 

Kalizm

Wczoraj Pan Prezydent m. Siedlce przyznał się do zaglądania na tę stronkę. Czyli jednak to ktoś czyta, poza poszukiwaczami literówek, których zostawiam tu bez liku i co nawpawa mnie wstydem. Skonfudowany swą ułomnością, zajrzałem na kilka modnych ostatnio politycznych blogów. No niech mi któś powie, że ja mam pokręcony styl. Pan exMarszałek potrafi tak zakręcić, że ho ho, a był Prezes ZChN wypisać takie „rewelacje” i przecieki, że ha ha. Ale nie zazdroszczę. Pierwszemu „lojalności” przyjaciół, drugiemu lojalności własnej.

Kwestia lojalności objawiła nam się jako poroblem polityczny i społeczny. Z obbserwacji mnóstwa dobrze funkcjonujących instytucji, wiem, że lojalność jest spoiwem łączącym każdy w pełni profesjonalny zespół. Ale musi ona być uznawana za wartość przez wszystkich jego członków. Niestety zbyt często wymaga się tej cechy od innych samemu wybierając osiąganie partykularnych celów. Lojalność nie jest ślepą jednomyślnością, nie wyklucza dyskusji, wskazywania błędów, bo staje się hipokratyczną karykaturą. Wyklucza uprzeywilejowanie kogokolwiek z powodów innych niż ujete w „regulaminie grupy”, bo nie może ona dominować choćby nad hierarchicznością. Lojalność z samej definicji nie jest czynnikiem anarchizujący, a przeciwnie. Banały? Ale jakże często przypominane, gdy samemu się wymaga wsparcia grupy, a zapominane gdy stają się zachowaniem wymaganym. Jasne, że warunkiem istnienia lojalności jest zaufanie. To wartość, którą wnosi sie do zespółu niejeko aport. Grupy rozpoadają się, gdy okazzywane zaufanie nie spotyka się z oddaniem tegoż samego przez pozostałych jej członków. Lojalność, zaufanie to wartości wykluczające kalizm*, który skrywany przez lata, wyłazi jak pierze z dziurawej pierzyny.  

* Kalizm. Jak Kali dziać się krzywda to Kalego wszytskie ratować, jak krzywda dziać się innemu, to Kali zacierać ręce i tańczyć wokół ogniska.